Początek roku szkolnego to przeważnie stresujący czas dla uczniów i ich rodzin, w tym roku jednak stres jest podwójny. Trzeba się przyzwyczaić do nowej szkolnej rzeczywistości, w której każde pociągnięcie nosem czy ból głowy może oznaczać testy na COVID-19, kwarantannę i przymusową przerwę w nauce i pracy.

Dr Andrew Morris, specjalista od chorób zakaźnych na Universtiy of Toronto i w Sinai Health, mówi, że agencje zdrowia publicznego współpracują z kuratoriami, by znaleźć rozwiązania pozwalające na kontynuowanie nauki i zapewnienie bezpieczeństwa rodzinom uczniów. Niestety nie ma na to prostej recepty.

Sprawy nie ułatwia fakt, że grypa, COVID-19 i alergie mogą dawać podobne objawy. Większość szkół i punktów daycare woli się zabezpieczyć i nakazuje uczniom z kaszlem, katarem czy bólem brzucha zostawanie w domu i testowanie na obecność koronawirusa. Wytyczne mogą się różnić między prowincjami, zasadniczo jednak rodzice mają oceniać stan swoich dzieci zanim jeszcze wyślą je do szkoły czy przedszkola. “Chore dzieci nie powinny chodzić do szkoły”, powtarza Morris.

W sytuacji, gdy objawy rozwiną się u dziecka w ciągu dnia, większość szkół i daycare’ów prosi rodziców, by zabrali je do domu i przebadali pod kątem koronawirusa lub poddali dwutygodniowej kwarantannie. Dopiero potem dziecko może wrócić na zajęcia.

Denise Faubert opowiada, że jej 10-letnia córka w poniedziałek musiała być zabrana ze szkoły, bo zaczęła ją boleć głowa. Faubert tłumaczy, że dziewczynka była odwodniona. Jej klasa ma lekcje w dostawionym baraku i dzieci nie chcą pić, by nie musieć chodzić do toalety, która znajduje się w głównym budynku szkoły. W domu córka wzięła Tylenol i za półtorej godziny czuła się dobrze. Mimo tego Faubert musiała jeszcze odebrać ze szkoły średniej swoją drugą, 15-letnią córkę. Następnego dnia pojechała z młodszą na test do kliniki w Casselman, Ont., 50 kilometrów za Ottawą, ponieważ w stolicy kolejki były bardzo długie. W środę przyszedł wynik – negatywny – i obie córki mogły wrócić do szkoły.

Faubert mówi, że w szkołach panuje jakaś paranoja. Wytyczne są takie, że placówki boją się, by ktokolwiek przychodził do szkoły.

Rodzice zastanawiają się, jak będzie wyglądał rok szkolny, jeśli po każdym objawie będą musieli zabierać swoje dzieci, robić testy lub poddawać się kwarantannie. Sharon Cheng-Ghafour, która ma 20-miesięczne bliźnięta, opowiada, że w zeszły poniedziałek jedno z dzieci obudziło się rano z kaszlem. Cheng-Ghafour podejrzewała, że to nie wirus, ale postanowiła zatrzymać dzieci w domu. Gdy poinformowała o tym daycare, usłyszała, że jej dzieci nie mogą wrócić do punktu opieki przez dwa tygodnie, chyba że przedstawi negatywny wynik testów.

Niestety punkty testowe drive-thru nie badają dzieci poniżej drugiego roku życia. Pozostaje wizyta w szpitalu na ostrym dyżurze.

W takiej sytuacji nietrudno sobie wyobrazić, że rodzice będą się starali ukryć objawy występujące u dzieci, zauważa Morris. Ontario, Alberta, Quebec i Kolumbia Brytyjska starają się uruchamiać dodatkowe punkty wykonywania badań.

Testy to jeden problem, ale rodzice muszą jeszcze pracować. “Nie wiem, jak poradzę sobie z pracą w przyszłości, jeśli za każdym razem, gdy któreś dziecko zakaszle, będę musiała zostawać w domu przez 14 dni”, mówi Cheng-Ghafour.

Gilda Benhamou z Montrealu, której syn jest już w liceum i ma teraz wszystkie lekcje wirtualnie, obawia się jeszcze, jak taki sposób nauki odbije się na jego edukacji.

Morris stwierdza na koniec, że rodziny będą musiały się adaptować. W ciągu roku szkolnego wytyczne agencji zdrowia publicznego mogą się zmieniać i będzie się zmieniać polityka szkół. Trzeba się będzie przyzwyczaić do zmian i wykształcić umiejętność adaptacji.