Nie mówiłem? Mówiłem i zamierzam powtarzać: moralność podwójna, hipokryzja bezgraniczna, etyka spod psiego ogona. Psy przepraszam. Dałoby się też rzec: bandycka. Jak to u bandyciarni.

Czyli: dobra (kwa-kwa, ble-ble-ble) zmiana. Dobrej zmiany, można powiedzieć, samo sedno. Do tego przekaz medialny tępy intelektualnie jak młot kowalski, a uzasadnienia błędnych decyzji błyskotliwe niczym stal nierdzewna w toalecie wagonu kolejowego stal nierdzewna. Niczym porcelit, robiący w wychodku nowobogackiego za szlachetną porcelanę. I tak dalej, i tak dalej.

No dobrze. To znaczy niedobrze, ale co poza tym? No jak to co poza tym. Poza tym: “Pozyskiwanie futer odbywa się w sposób okrutny”.

 

NIENARZEKANIE

Nie ma to, tamto. Czyste okrucieństwo, wręcz bestialstwo, komunizm z faszyzmem niech się schowają i uczą. Pozyskiwanie futer to bestialstwo i okrucieństwo, w odróżnieniu od pozyskiwania kotleta schabowego, które to pozyskiwanie niechybnie odbywa się poprzez gilgotki dobrostanu świni. Najwyraźniej. Czy tam gilgotanie świni w dobrostan.

Nie powiem przecież, że świnię należy łaskotać pod ogonem. Powiem, że w okolicach świńskiego podgardla. Ewentualnie w okolicach uszu. W pozyskiwaniu podrobów w takim razie stosujemy zapewne metodę subtelnej perswazji. Stuprocentowy dobrostan, a do tego efekt w postaci porcji wątróbki z cebulką. Na patelni. Skwierczy, ale nic a nic nie narzeka.

Cielęcinę natomiast, kontynuujmy, niechybnie pozyskujemy przypadkiem. Pewnie ze zwłok. Przepraszam. Z ciał ludzkich nazywanych zwłokami pozyskujemy narządy ludzkie i te przeszczepiamy bliźnim, sprytnie zakłamując definicję konsumpcji. Dokładnie tak, jak czynić to wypada w erze najnowocześniejszego postępu i najpostępowszej nowoczesności. Przecież transplantacji ratujących życie nie godzi się zwać ludożerką. Czy tam innym wariactwem. Przeszczep to brzmi dumnie, koniec i kropka.

 

NIEPAMIĘTANIE

I tyle o metodach pozyskiwania futer. Przypomnę przy okazji, że jak pozyskujemy mleko, wiadomo powszechnie, a to dzięki niegdysiejszemu osobistemu zaangażowaniu niejakiej Spurek Sylwii. Europarlamentarzystki, z wykształcenia doktor nauk prawnych, nauczycielki akademickiej i działaczki społecznej, w latach 2015–2019 zastępczyni rzecznika praw obywatelskich. Mleko mianowicie bierze się z przemocy seksualnej. Z napastowania i gwałtów na krowach. Ho-ho, tak-tak, ten biały płyn wcale nie pochodzi z butelki w Biedronce, jak sądzą wielkomiejskie przedszkolaki.

I żeby mi nie było to, tamto: to nie tak, żeby zaraz gwałciła krowy pani Spurek. Żadne takie. Ot, przeprowadziła ci ona wywiad z niejaką Krasulą i tyle. Czy tam z inną Mućką. W każdym razie powiadają na mieście, że przeprowadziła. I czego się dowiedzieliśmy?

“Wrzucił mi siana do żłobu, a zielonki do koryta. Nażarłam się, pysk w poidle zanurzyłam, a potem nie pamiętam już nic. Kiedy się obudziłam, byłam wydojona” – wyznała jakoby indagowana krowa. Podobno, zastrzegam po raz wtóry, indagowana przez panią Spurek.

 

CIACHANIE KOMARA

Skoro zatem krowy muszą mierzyć się z tak gigantyczną traumą fizyczną i emocjonalną, wyraźnie widać, że brutalizacja w stosunku do naszych braci mniejszych postępuje. Dodajmy dla jasności obrazu, że te czy inne rośliny wciąż okrada się z owoców życia. Weźmy pomidory. Czy tam inne banany.

Przez to wszystko mówię również, że czasami aż wstyd komara utłuc. Takie czasy. Niektórzy przekonują, że cały ten bzik odbywa się w ramach nieuchronnego i stałego procesu uczłowieczania ludzi. Inni, że to tylko kulturowe uludzanie zwierząt, charakterystyczne dla czasów przełomu. Czy tam dla międzyepoki, zaplątanej dokumentnie w zgiełk. Dokumentnie i chyba już bezpowrotnie.

Tak czy siak – beze mnie, beze mnie. Schabowe są smaczne. Cielęcina też, a pieczona, to już w ogóle. Należycie przyrządzone prosię to również rarytas. Co do komarów natomiast: komar dręczy mnie, ja komara ciach – i po sprawie. Czy tam po komarze, bo one pojedynczo odważne wcale nie są. Atakują stadami, jak nie przymierzając Tuchaczewski na przedpolach Warszawy. Czy tam na Powołżu, w guberni tambowskiej (1918-1921, nie jedyne, za to największe w historii powstanie chłopskie przeciwko bolszewikom).

 

NARUSZENIE BRZĘCZENIEM

Czy tam jak pociotki po Altiero Spinellim, żeby aż sto lat wstecz nie sięgać. Tych z kolei w parlamencie europejskim doliczono się stu dziesięciu, niemniej żadnego z nich nikt nie odważy się ciachnąć niczym byle komara. Oni ciachają mnie. Nas ciachają. Komary i spinelliści.

Z pewnym przybliżeniem, więc zachowując proporcje, za komary robią też w moich oczach posłowie Konfederacji. Małe to, upierdliwe choć nieliczne, ciągle jeszcze nieskuteczne, ale bzyczą coraz głośniej i to nawet lepsze jest od gęgania gęsi kapitolińskich. Natychmiast po głosowaniu nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, Robert Winnicki, poseł Konfederacji złożył wniosek o powtórzenie głosowania, jak uzasadnił: “Ze względu na nieprawidłowości”. Po czym, korzystając z okazji, prosto z mównicy wygarnął “elicie” konstruującej prawo nadwiślańskie: “Dokonaliście ogromnego łajdactwa. Złamaliście dzisiaj polskie rolnictwo. Złamaliście kręgosłupy w swoim własnym klubie. Po raz kolejny. Wprowadziliście dyscyplinę. Nie było jej przy głosowaniu ustaw za życiem. Hańba. Jesteście zwykłymi łajdakami”. Prawda, a przecież bzyczenie i wciąż nic ponad. Jakby sam Jurek Bożyk o komarach nawijał.

 

ZDOLNOŚĆ MORALNA

Uzupełnijmy: marszałek Terlecki prowadzący akurat obrady, przywołał posła Winnickiego do porządku, nakazując mu “opuścić mównicę”, a następnie postanowił, że tenże poseł: “Swoim zachowaniem na sali posiedzeń poważnie naruszył powagę izby”.

W tym momencie warto odnotować pogwarkę redaktora Mazurka Roberta z wiceprzewodniczącym Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości, Suskim Markiem. Mazurek: “Ustawa o ochronie zwierząt staje się powodem rozwalenia koalicji?”. Suski: “To jest jedna z ustaw formacyjnych, z których wynika, czy ktoś ma zdolność moralną do rządzenia, czy nie. Mam wątpliwości, czy ci, którzy głosowali przeciwko tej ustawie mają moralną zdolność do rządzenia”. Dalej było coś o tym, że Polską powinni rządzić dobrzy ludzie, a nie ci, którzy zwierząt nie szanują i godzą się na okrucieństwo. I którzy na takie okrucieństwo patrzą życzliwe. I że: “To nawet nie jest kwestia przynależności do partii, to sprawa formacji duchowej”.

Zapamiętajmy: dobrzy ludzie powinni rządzić Polską i jest to kwestia ich formacji duchowej. Bo – rzecz jasna – nie jest kwestią formacji duchowej ludzi rządzących Polską, przyzwolenie na aborcję eugeniczną. To znaczy na mordowanie dzieci, co do których istnieje podejrzenie, że mogą urodzić się chore.

 

NASZA WINA

Formacja duchowa? Odleciał pan Suski do Władywostoku i uparł się wracać przez Kapsztad. Czy tam przez inne Maroko. Zdarza się niektórym takie coś, niemniej leczenie należałoby wdrażać krótko po urodzeniu. Tu możliwości terapeutyczne, zdaje się, zostały już wyczerpane.

Akurat, formacja duchowa. Prędzej duchoreformacja. Duchosracja prędzej. Język polski zna także inne słowa, tu właściwe: podłość, niegodziwość, plugawość, łotrostwo, szubrawstwo. Słowa parszywstwo i krostowatość również nasz język mógłby poznać przy tej okazji. Muszę powtarzać? Proszę i bez neologizmów: moralność podwójna, hipokryzja bezgraniczna, bandycka etyka międzyepoki. Ale – rządzą. Z naszego przyzwolenia.

Moja wina. Nasza. Nasza wielka wina. Bo czas ucieka i swoim zwyczajem śmieje się z Polski, z polskości, z nas. Głośniej i głośniej. W XVIII wieku się śmiał, w wieku XIX, w XX. Dziś, po tylu latach, to już nie jest śmiech beztroski w obliczu niezrozumiałych wyborów naszej nacji, to iście diabelski rechot. Nasza wina, mówię. Więc?

Więc nasze grzechy zawsze nas dościgną.

Więc chociaż tak nam niedobrze, to przecież bardzo dobrze nam tak.

Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl