Minęło 160 lat od powstania styczniowego i tej rocznicy tym bardziej nie można pominąć, bo znowuż nam grozi zaborcza tragedia. Jeżeli więc nawet ten tekst ukaże się kilka dni wcześniej, ale w styczniu 2023 roku, to jak najbardziej celnie, wszak 22 stycznia 1863 roku powstanie styczniowe się rozpoczęło. Jeszcze niedawno starano się wszelkie nasze zmagania z wrogimi siłami przemilczać, czyniąc to nie bezmyślnie ale partyjnie naumyślnie, wiedząc, że zatracając pamięć, zatracamy swoją polskość i narodowość. Napisano na ten temat już wiele, ale trzeba wreszcie powiedzieć na przekór tym wszystkim, co chcą być tylko Europejczykami i obywatelami świata, że prawdziwy Polak o polskości nie może zapomnieć! Nie mówię tego oczywiście w imieniu tych, dla których polskość jest pustym słowem, ale w imieniu tych wszystkich, którzy bycie Polakami uważają za swoją chwałę. Dlatego podobnie jak o naszej historii należy wiedzieć jak najwięcej, tak również o powstaniu styczniowym zawsze można jeszcze cokolwiek dopowiedzieć, wszak o heroicznych zmaganiach naszych powstańców z rosyjskim zaborcą słów nigdy za wiele, i to tym bardziej teraz, kiedy Ukraina zmaga się tak bohatersko ofiarnie z moskalami.

        O powstaniu styczniowym bodaj najlepiej znana jest nam Stefana Żeromskiego „Wierna rzeka”, natomiast najmniej wiemy o „Kryjakach” Marii Wielopolskiej, które ukazały się dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę powstania styczniowego, gdy „Wierna rzeka ” cokolwiek wcześniej. To jednak niespecjalna różnica, bowiem opowieść Wielopolskiej zapomniano, chociaż Żeromski poprzedził ją swoim słowem, a „Wierna rzeka” zyskała uznanie. I nie pomogła nawet „Kryjakom” tak znaczna fabularyzacja autentycznych zdarzeń – z ks. Stanisławem Brzóską w roli głównej – i tragedia ostatnich chwil popowstańczych batalii.

        Jak bowiem w „Wiernej rzece” powstanie jeszcze trwało, tak w „Kryjakach” już dawno się skończyło, o czym nie wiedziała garstka powstańców, która z partii ks. Brzóski się ostała, zimując w 1865 roku w podlaskich lasach w okolicach Sokołowa. Lecz chociaż potem dotarła do nich ta bolesna wieść, nie zaprzestali walki i wszyscy zginęli. Ks. Stanisława Brzóskę i Franciszka Wilczyńskiego dopadli moskale w leśnym jarze, na którego straży wręcz symbolicznie stał olbrzymi dąb i gdzie miała swoje leże cała partia. Ta relacja to już sprawa Wielopolskiej, by kreacja ks. Brzóski zyskała więcej mitycznego heroizmu, bo naprawdę wyglądało to inaczej. Ks. Brzóska z adiutantem Wilczyńskim dostali się do niewoli we wsi Krasnodęby-Spytki. Oczywiście finał był wiadomy i przez Wielopolską wedle historycznej prawdy podany. Szubieniczną egzekucję wykonano wobec wielotysięcznego tłumu 23 maja 1865 roku w Sokołowie Podlaskim. I tak opowieść się kończy.

Poniżej kontynuacja tekstu

        Chociaż inaczej będzie w „Wiernej rzece”, to cokolwiek wspólnego można by w tych obu utworach odnaleźć. Tam Odrowąż po bitwie pod Małogoszczem ratuje za wszelka cenę swoje życie, ale wywieziony przez matkę nie podejmie już powstańczej walki. Co prawda dojdzie w dworku do utarczki kilku powstańców z kozakami, ale jedynie z przypadku, i tylko los sprawi, że wszyscy zginą. Natomiast w „Kryjakach” powstańcy nie ustaną w walce z wrogiem i nawet będą zwyciężać, dobijając moskali i walcząc do ostatka, a przy tym pamiętając o przysiędze złożonej ks. Brzósce, który nakazał im bronić się jako tej „grand gardzie narodu” przed śmiercią i zarazem nakazując być wiernym przysiędze, „że nie będę tęsknił za śmiercią, ani w chwili głodu, ani w chwili Męki, tylko że do walki i do trwania tęsknić będę”.

        Co prawda nie zabraknie w „Kryjakach” politycznego dyskursu, ale o zupełnie innej tematyce. Bo nie jak w „Wiernej rzece” o politycznych niuansach styczniowego powstania, ale o negatywnej ocenie powstańczego zrywu przez niektórych polityków i duchownych. Dlatego nie przypadkiem na stronie tytułowej umieści Wielopolska jako motto słowa chrześcijańskiego socjalisty, ks. Félicité Roberta Lamennais’a (1782-1854): „Wstań Polsko, z tego co nazywają Twoim grobem – ja wiem, że to Twoja  kolebka”, które wobec informacji mówiącej na ostatniej stronie tej opowieści nie tylko o ukończeniu tego utworu w Złoczowie 4 kwietnia 1913 roku, ale także wskazania na „czterdziestą ósmą rocznicę pojmania Brzóski i Wilczyńskiego, ostatnich zbrojnych powstańców” i na stu dziewiętnastą rocznicę stracenia na gilotynie aktywnego w Rewolucji Francuskiej i współpracującego później z Mirabeau i Dantonem, Camilla Desmoulinsea, nakazują zarówno pamiętać o zaborczym zniewoleniu ojczyzny, ale zarazem mieć nadzieję na wyzwolenie.

        Potem w drugim rozdziale zapoznamy się z dyskusją ks. Brzóski, ranionego podczas potyczki z Rosjanami i przebywającego w klasztorze kapucynów, z biskupem podlaskim, Pawłem Szymańskim, starającym się odwieść go jako kapłana od udziału w powstaniu, i to m. in. takimi słowami: „Kościół idzie zawsze z rządem w parze, jakikolwiek byłby stosunek tego rządu do ludności”. Na to nawet Żeromski się nie odważył i stąd nie przypadkiem pisał w przedmowie, że „W „opowieści” Marii J. Wielopolskiej pod tytułem „Kryjaki”, pomiędzy wierszami tak zwanej fabuły raz wraz połyskuje ostrze sarkazmu, złośliwej cytaty”, by zaraz potem przepowiedzieć, jaki będzie tego efekt:

        „Obawiam się, że te międzywierszowe połyski bardzo ciężko zaważą na losie utworu. Nie przeważy siła i artyzm dzieła mniemań i pasji twórczych, tak źle widzianych przez współczesnych sędziów literatury polskiej”.

        I miał rację! „Kryjaki” zapomniano, i to pomimo dwukrotnego wznowienia ich po wojnie – w roku 1945 w Londynie i 1962 w Warszawie. Ponadto nie doczekała się ta „opowieść” ani osobnego omówienia, ani zbyt wielu słów w historycznoliterackich opracowaniach Młodej Polski. Jedynie Artur Hutnikiewicz, podobnie jak wcześniej Jerzy Kądziela zwrócili uwagę na inność tego tekstu od „dekadenckiej minoderii”, nazywając go trafnie „cyklem opowieści” z racji kojarzonej tam beletrystyki z „literaturą faktu” i publicystyką. Zresztą ideologicznej dyskusji było najwięcej po pierwszym wydaniu z roku 1913, z którego tu się korzysta. Przy czym trzeba jeszcze pamiętać o relacji „Kryjaków” z ideowym zainteresowaniem Piłsudskiego powstaniem styczniowym, co u Wielopolskiej, ceniącej tak bardzo Marszałka, było jak najbardziej zrozumiałe. Dlatego w „Kryjakach” Wielopolska tak akcentowała zalety cenione w Związku Strzeleckim, czyli „pochwałę cnót żołnierskich, karność, posłuszeństwo, moc charakterów”. To jednak sprawa drugorzędna i przede wszystkim w tym miejscu nie tak ważna, jak historyczna prezentacja narodowego powstania, która, jak zauważył Kądziela, okaże się w „Kryjakach” bliska „apologii straceńczego męstwa ujętej emocjonalnie, niekiedy ekstatycznie, na wzór prozy Żeromskiego”. Zrozumiały stąd skierowany przez Wielopolska do Żeromskiego adres, by poprzedził „Kryjaki” swoim słowem.

        Oczywiście Żeromski się na to zgodził, chociaż zdawał sobie sprawę, że może tym sprawić Wielopolskiej kłopot, jeżeli konserwatywni krytycy tak bardzo go negowali, czemu poświęcił niemal połowę tegoż wstępu. Niemniej już w pierwszym akapicie „słowa wstępnego” powiadał, że ten utwór „nie potrzebuje niczyjego zalecenia, sam przemawia za siebie i będzie się sam skutecznie domagał o pamięć w piśmiennictwie polskim”. Chociaż będzie z tym kłopot, ponieważ jak już powiedziano tu wcześniej „pomiędzy wierszami tak zwanej fabuły raz wraz połyskuje ostrze sarkazmu, złośliwej cytaty”. To jednak sensowne, bowiem „przez jego użycie wydobyty został potężny głos, pierwszy w literaturze, o straszliwym roku powstania”. Czyżby to Żeromskiego skromność, jeżeli ta powieść nie była pierwsza, wszak wcześniej zaistniała jego „Wierna rzeka”? Lecz nie o pierwszeństwo w tym temacie chodziło, ale właśnie o ten sarkazm tak bardzo w „Kryjakach” czytelny, a szczególnie we wskazanym tu  drugim rozdziale. Nie o klechdę bowiem w „Kryjakach” chodziło, której miano „Wierna rzeka” zyskała, może właśnie za sprawą tej „opowieści”, ale o ten rewolucyjny wygłos, który zaistniał u Wielopolskiej. Wszak Żeromski trafnie zauważył, że „Klechda domowa, w ciemną noc szeptana dygocącymi wargami przez tych, co widzieli, dzieciom, co drżą przed okrucieństwem widziadła, miesza się tutaj z wersją publiczną, z cytatą historyczną, albo z przeklinającą, ślepą, mściwą, śmiertelna, pół-publiczną, pół-prawdą, pół-inwektywą”,  bo wedle wiary ks. Brzóski nadejdzie kiedyś taka chwila, że lud zyska świadomość i „przemówi sam ołowiem za siebie i za nas”.

        Rezygnując z omawiania fabuły, Żeromski zwróci w swoim słowie wstępnym jedynie uwagę na najbardziej bolesne sprawy, jak chociażby na tę pannę, spokrewnioną z Emilią Plater, która nie mogła przyłączyć się do ks. Brzóski, bo tak naprawdę jego powstańcza partia już niewiele znaczyła, czy na tę scenę, jak to zakuty w kajdany mąż musiał patrzeć na tańczącą i gwałconą przez Rosjan (sic!) żonę, a wreszcie na dyskurs ks. Brzóski z podlaskim biskupem i kazaniem ks. Tomaszewskiego w tle, by chłopi wyłapywali powstańców. Oczywiście to nie wszystkie sceny tej „potężnej i ponurej symfonii (…) skonu polskiego powstania”, która chociaż oparta jedynie na niektórych faktach, to przetworzonych już w klechdy, których nie można zwać takimi sobie opowieściami słuchanymi przy kołowrotkach w długie zimowe wieczory, ale już „wieściami wiecznymi, podobnymi do odmian zbiorowego snu plemienia, – mitami o nieśmiertelnej piękności cierpień bohaterów i o najwyższej polskiej ofierze”.

        Tak bowiem Żeromski widział narodziny mitu w ludowej klechdzie, i tego nie mógł przemilczeć w introdukcji poświęconej „Kryjakom”. Podobnie jak sceny z tą ważką-świtezianką, składającą jakby pocałunek śmierci na ustach żołnierzy ks. Brzóski, na co też we wstępnym słowie wskazał, chcąc zarazem jakby powiedzieć, że to przecież ze snu jego Udałego Walgierza: „A o północku, o pierwszych kurach, padnie zmora na jego chrapiące piersi. Przydusi mu zmora potężne barki jakoby zbója kolany, a gardziel ściśnie kleszczami. Śni się sen. Wypływa z pustki nocnej mgła-wazka, łąteczka błękitna, co nad wodami w poranek się unasza, co na badylach nocuje, na liliach wodnych śpi – boginka cudnej postaci, dziwnej urody.  Spojrzał w nia nagle rycerz Walgierz oczyma widzącymi i poznał ja w krzyku radości.

Cudki to żony twarz!”.

        Poza tym można by tu jeszcze wskazać na las kryjący powstańców, chociaż w „Wiernej rzece” jest on bardziej symboliczny, niż w „Kryjakach” realistyczny. W sumie jednak jest tu tego niewiele. Więcej tu zbliżeń emocjonalnych, które niczym liryki w wierszu nie sposób wyrazić słowem. Ponadto są jeszcze te inne, jak chociażby ów szubieniczny obraz, skojarzony w ostatnim słowie z naczelnym symbolem „Wesela”  Wyspiańskiego, wobec którego komentarz jest już zbyteczny, chociaż o „Róży” Żeromskiego też nie pozwalający zapomnieć i nawet z racji tego deszczu o tej mistyce miłości, Żeromskiemu tak bliskiej, a tutaj tak modernistycznie skojarzonej ze śmiercią:

        „Zakołysał się Brzózka lekko, nie skrzywiwszy nawet twarzy. Potem kat trącił drugi stołek i obaj wisielcy jęli się chwiać w rozwilgotniałym na szczęt powietrzu, niby dwa białe, ofiarne komunikanty, podawane niebu drżącą dłonią.

        Deszcz zaś spokojnie płynął po ich nienaturalnie wydłużonych ciałach, jak po słomianym chochole, kryjącym nie wiadomo co.

        Są takie chochoły – w ogrodach – co kryją na sen zimowy krzaki płomiennej róży, aby z wiosną mogła na nowo zakwitnąć”.

        Czy wreszcie to, co daje się zauważyć, że jak w „Kryjakach” mamy w zimowo-wiosennym okresie 1865 roku ostatki styczniowego powstania, tak „Wierna rzeka” rozpoczyna się 24 lutego 1863 roku od pobojowiska pod Małogoszczem. Powstanie zaledwie się rozpoczęło, ale ciężko ranny Odrowąż nie weźmie już w nim udziału. Tymczasem w „Kryjakach” chociaż już się skończyło, to garstka powstańców stale walczy. Ponadto w obu powieściach jawi się co prawda piękna dziewczyna, ale w każdej inny będzie tego finał. U Wielopolskiej nie można w ogóle liczyć na wątek miłosny, natomiast u Żeromskiego będzie on tak bardzo rozbudowany, że niektórzy będą mówili o „Wiernej rzece” jako romansie. Wreszcie w „Kryjakach” powstańcy skutecznie kryją się w podlaskim borze, zaś w „Wiernej rzece” w szlacheckim dworku. Lecz chociaż ta ważka-świtezianka i ta wplątana w kratę okna rozkwitająca gałąź jabłoni tez nie pozwolą zapomnieć o Żeromskim, to znaczących i bezpośrednich miejsc wspólnych w „Kryjakach” z „Wierną rzeką” nie znajdziemy, co czyni utwór Wieloposkiej jak najbardziej oryginalnym i tylko szkoda, że nadal przemilczanym.

Tadeusz Linkner

Por. T. Linkner, (Za)poznawanie Żeromskiego, Gdańsk 2017, s. 239-244.