“Wielkie święto dziś u Gucia” – chociaż właściwie Gucio chyba nic na tym święcie nie zyska – może poza kotletem z Ziobry i Romanowskiego.
Chodzi oczywiście o wybory parlamentarne na Węgrzech, które wygrała partia Tisza Petera Magyara, zdobywając tzw. większość  konstytucyjną. Parlament węgierski liczy bowiem 199 deputowanych, więc zdobycie 138 mandatów – a tyle uzyskała Tisza – pozwala nawet na zmianę konstytucji – czemu Wiktor Orban ze swoimi 55 mandatami dla Fideszu może tylko bezsilnie się przyglądać.

Więc nasz Gucio, czyli stojący na czele Volksdeutsche Partei obywatel Tusk Donald może niczego na tym nie zyska, ale to nie znaczy, że nie ma powodów do radości. Chodzi o to, że Wiktor Orban, który – mówiąc nawiasem –  w ciągu ostatnich 16 lat sprawowania rządów, czterokrotnie pod rząd wygrywał wybory  z większością konstytucyjną, stanowił i dla obywatela Tuska Donalda i dla Naczelnika Państwa Kaczyńskiego Jarosława coś w rodzaju żywego wyrzutu sumienia.

O ile obydwaj nasi Umiłowani Przywódcy  podporządkowali wszystko – jeden interesom niemieckim i Ukrainie, a drugi – interesom amerykańsko-żydowskim i Ukrainie – o tyle Orban, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów w postaci grożenia wyjściem czy to z Unii Europejskiej, czy z NATO, kiedy tylko miał do wyboru węgierski interes państwowy, czy jakiś inny – bez wahania wybierał węgierski, wzbudzając żywą irytację Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Z punktu widzenia obydwu naszych Guciów, dopuszczał się w ten sposób aż trzech myślozbrodni: nie słuchał rozkazów Reichsfuhrerin Urszuli Wodęlele, nie tylko stawiał się Naszej Duszeńce, czyli ukraińskiego prezydentowi Zełeńskiemu, ale nawet blokował unijną subwencję 90 mld euro dla tamtejszych oligarchów, żeby jeszcze trochę mogli sobie pokorzystać z wojny – bo pokój – wiadomo – będzie straszny.
Wreszcie trzecia, najpoważniejsza myślozbrodnia Wiktora Orbana polegała na utrzymywaniu normalnych stosunków z rosyjskim prezydentem Putinem, podczas gdy co najmniej od momentu zerwania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego po wysadzeniu w powietrze  bałtyckich gazociągów NordStream, jest rozkaz, że “wszyscy” mają Putina nienawidzić.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

To właśnie całkiem niedawno przypomniał  nam pan prezydent Karol Nawrocki, odwiedzając przed wyborami Węgry. Polacy przyjaźnią się z Węgrami, ale Putina posłusznie nienawidzą chyba, że padnie inny rozkaz. Wprawdzie nienawiść, zgodnie z zasadami politycznej poprawności, powinna być powszechnie znienawidzona, ale, jak to przy każdej zasadzie – jakiś wyjątek musi być – więc i przy tej jest – w stosunku do Putina.
W stosunku do Putina nienawiść nabiera cech szlachetnych, więc nic dziwnego, że wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, w szlachetnej nienawiści do Putina nie dają się nikomu wyprzedzić.

Tedy spektakularny upadek Wiktora Orbana został w środowisku naszych Umiłowanych  Przywódców przyjęty z mściwą satysfakcją – chociaż w kręgach PiS ta mściwa satysfakcja wydaje się zaprawiona goryczą w związku z prawdopodobnym pozbawieniem Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego azylu politycznego na Węgrzech.
Zemsta jest rozkoszą bogów – mawiali starożytni Rzymianie – a cóż dopiero takich ponurych typów, jak obywatel Żurek Waldemar, który swoją żądzę zemsty na znienawidzonym Ziobrze będzie mógł opromienić nimbem szlachetnej walki o praworządność? Jestem przekonany, że z przedstawianiem “zarzutów” obydwu delikwentom, a potem – zaciąganiem ich przed oblicze nienawistnego sądu – oczywiście o starannie “wylosowanym” składzie – stanie się największym przebojem vaginetu obywatela Tuska Donalda w wiosenno-letnim sezonie politycznym – bo przecież poza “rozliczeniami” vaginet żadnego pomysłu na państwo nie ma. Poza rozliczeniami bowiem vaginet oferuje tylko szlachetną nienawiść do Putina i serwilizm wobec prezydenta Zełeńskiego i całego “narodu ukraińskiego” – cokolwiek by to miało znaczyć.

Gdyby jednak z uchyleniem wspomnianego azylu coś poszło nie tak, albo niezależna prokuratura i nienawistne sądy uwinęły się z procesem zbyt szybko, na froncie walki o praworządność mamy jeszcze jeden, dodatkowy odcinek. Chodzi oczywiście o Trybunał Konstytucyjny, do którego szturmuje dodatkowa czwórka sędziów, co to wprawdzie zostali “wybrani”, ale pan prezydent Nawrocki nie odebrał od nich ślubowania. W związku z tym wykombinowali sobie, że swoje śluby panieńskie złożą “wobec” marszałka Włodzimierza  Czarzastego, a wezwany specjalnie notariusz sporządzi protokół i wszystko będzie gites tenteges. W tym przedstawieniu wzięła udział również para sędziów, od których pan prezydent Nawrocki śluby panieńskie odebrał. Najwyraźniej musieli oni uznać, że pierwsze ślubowanie u pana prezydenta im się nie przyjęło, podobnie jak w stanie wojennym pierwszy chrzest u sławnego literata Andrzeja Szczypiorskiego. Na fali ówczesnej dewocji postanowił on się ochrzcić i nawet opisał w “Dygotniku Powszechnym” swoje duchowe przełomy. Ale na mieście pojawiły się pogłoski, że pierwszy chrzest mu się nie przyjął, zaś po latach wyjaśniło się – dlaczego. Otóż, Andrzej Szczypiorski był bardzo wydajnym konfidentem Służby Bezpieczeństwa na odcinku literackim. Nie podejrzewam, że przyczyny odrzucenia przez organizmy wspomnianych sędziów pierwszego ślubowania były takie same, chociaż – czego to ludzie nie gadają?

Tak czy owak, ta dwójka sędziów, chociaż pierwsze ślubowanie najwyraźniej im się nie przyjęło, od pana prezesa TK Bogdana Święczkowskiego, otrzymała zarówno “gabinety”, jak i sprawy “do orzekania”, podczas gdy pozostała czwórka wprawdzie może przychodzić do siedziby TK, ale tylko – do biblioteki, albo ewentualnie – do Biura Podawczego. Do budynku w Alei Szucha, co to był “patronem Gestapo”, eskortuje ich policja, więc jeśli walka o praworządność na tym odcinku się zaostrzy, to policja przystawi panu prezesowi Święczkowskiemu do głowy pistolet, a wtedy jest szansa, że również pozostałej czwórce poprzydziela on “gabinety” i sprawy “do orzekania”. Jeśli jednak pan prezes Święczkowski będzie raczej gotów zginąć od policyjnej kuli, niż sprzeniewierzyć się konstytucji, z którą sypia Kukuniek, to obywatel Żurek Waldemar ma w zanadrzu “Plan C”. Złoży skargę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, a tam, najwyżsi rangą przebierańcy, na polecenie Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, w podskokach “orzekną”, że prezes Święczkowski nie jest żadnym prezesem, a w tej sytuacji wspomniani sędziowie  mogą sami poprzydzielać sobie zarówno “gabinety”, jak i sprawy “do orzekania” . Skąd ta determinacja zarówno u obywatela Żurka Waldemara, jak i – prawdopodobnie – najważniejszych przebierańców z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości? Chodzi o to by jeszcze przed rozpoczęciem kampanii wyborczej do tubylczego parlamentu w Polsce doprowadzić do delegalizacji Konfederacji Korony Polskiej – co leży w gestii TK – podobnie jak do skazania jej przewodniczącego Grzegorza Brauna. Właśnie 13 kwietnia mamy kolejną odsłonę toczącego się w tempie stachanowskim procesu karnego przeciwko niemu, więc jest szansa, by zarówno jedną jak i drugą sprawę załatwić.

Chodzi o to, że zarówno Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, jak i amerykański ambasador w Warszawie, pan Tomasz Róża, nie dopuszczają możliwości, by Grzegorz Braun i jego Konfederacja skalali swoją obecnością święto demokracji, za jakie uchodzą wybory bez względu na to, kto je wygrywa, a kto przegrywa.

 Stanisław Michalkiewicz