Właściwie to nie zrobiło się zimno, tylko nigdy naprawdę się nie ociepliło. Te kilka przyjemnych dni, które mieliśmy od końca zimy, to właściwie nie kilka dni, tylko kilka godzin – tak praktycznie one się nie liczą. Dochodzi połowa maja, a tu dalej: na spacer w rękawiczkach, na głowie wełniana czapka. Co prawda zbliża się zimna Zośka (15 maja), ale magnolie w Toronto dopiero teraz są w rozkwicie. Magnolie z reguły zachwycają nas swoim różowymi olbrzymim kwiecień o miesiąc wcześniej, tak gdzieś  w połowie kwietnia. Wiem bo mam dzieci urodzone 16 kwietnia, więc wiemy kiedy jest wczesna wiosna: wtedy kiedy magnolie już przekwitły na ich urodziny. Wiemy kiedy jest późna wiosna, wtedy kiedy pąki zaczynają dopiero nabrzmiewać. Ale takiej późnej wiosny nie pamiętamy. A w tym roku już prawie połowa maja a magnolie dopiero teraz pokazują swoje piękno. Dogoniły sakura (kwitnące kwiaty wiśni). Całkowite  pomieszanie z poplątaniem nas otacza. A gdzie ocieplenie klimatu, przy tym zimnie?

W Toronto pogoda, czy właściwie zimnica jeszcze jaka taka, ale na mojej wsi (około 225 km na północny wschód) jest znacznie gorzej. Śnieg zalega w otaczających mnie chaszczach i lasach, a bagno dalej się srebrzy lodem, szczególnie w świetle księżyca. Malownicze to, pięknie, przy wtórze skrzeczących żab. Takie przypomnienie skąd wyszliśmy. Ale o tym żeby pracować w polu, to znaczy w ogródku, to nie ma co marzyć, bo jest jeszcze za zimno Co prawda temperatura wskazuje plus 10 stopni, ale z wiatrem jest to zaledwie cztery stopnie. Dodatkowy wiatr nie zapowiadany, czyni moje miejsce istnym wichrowym wzgórzem. Nie zapowiadane są także deszcze – nawet nie wiadomo z jakich chmur.  Spróbujcie w takich warunkach  wyrywać chwasty. A to jest dokładnie to co muszę robić ponieważ bardzo skrupulatnie i przez wiele lat sadziłam sobie dookoła tak zwane gatunki ‘inwazyjne’. Jeżeli one są mało inwazyjne w Toronto, to są bardzo inwazyjne na wsi – jeśli się już przyjmą. Na przykład taki podagrycznik (elder), który wspomaga w bólach reumatycznych. Rozrosło się to do tego stopnia, że nawet nie wiem gdzie się kończy. A powinnam go, zgodnie z zaleceniem sąsiada ekologa, poskromić, ponieważ szkodzi roślinom rodzimym. Tylko jak? Już wypróbowałam kilka sposobów, ale najlepszy to taki ręczny, kiedy klęcząc go się wyrywa. On ma cieniutkie kłącza głęboko i bardzo rozgałęzione, które się rozrastają w niewyobrażalny sposób. Pozostawienie nawet kawałka kłącza skutkuje wybuchem nowych roślinek. Ten podagrycznik to po prostu ze mną  walczy i niestety jak na razie zwycięża. W tym roku postanowiłam go przechytrzyć. Należy znaleźć inny gatunek inwazyjny, który go unieszkodliwi, albo przynajmniej spowolni jego ekspansję. Mam już takich kandydatów. to: amerykańskie chabry, albo nie zapominajki (też są traktowane w Ontario jako inwazyjne), ale te jest łatwo wyplenić – wystarczy powyrywać i podarować sąsiadowi. Zauważyłam także, że melissa (uspokajające ziele) w moich zaatakowanych przez podagrycznik poletkach, nie dopuszcza jego rozrostu. Tam gdzie rośnie melisa to dookoła nie ma podagrycznika. Nie mam nic do stracenia, bo stara metoda wyrywania na kolanach jest mało skuteczna – za to bardzo skuteczna na dostawanie bólu pleców, kolan i rąk. A walka musi trwać!  Nieżyczliwi mnie straszą, że taka walka z podagrycznikiem będzie trwała do końca mojego życia, albo końca życia podagrycznika? Ktokolwiek pierwszy zwycięży. Inni mi radzą sprzedać pole. Do tej walki  potrzebna mi jest pogoda, przy której ręce nie grabieją. Może przyszły tydzień będzie cieplejszy?

Michalinka, Millbridge, 11 maja, 2026

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU