Przeszłość nie powinna nam sprawiać bólu, ale równocześnie nie powinna
pokazywać wszystkiego w fałszywym świetle zadowolenia.
Nam dwie dobre koleżanki tak różne jak moje dzieci. Każda inna, każda unikalna, każda po swojemu piękna. Dotyczy to nie tylko wyglądu i zachowania, ale i osobowości. Jedna wszystko widzi czarno, a jeżeli już nie czarno, to szaro, ale na
pewno nie różowo, albo chociaż neutralnie biało. Jak to wygląda na co dzień? Idę z nią do kina. Już z doświadczenia wiem i zostawiam jej wybór filmu, bo inaczej będzie psioczyć nie tylko na film ale i na mnie, że wybrałam zły film. No to ona wybiera. Potem wychodzimy z kina i co się okazuje? Nie tylko, że film był do niczego, a aktorzy grali fatalnie. Dodatkowo to była moja wina.
– Jak to? – pytam – Przecież to ty wybrałaś ten film – próbuję się bronić.
– No tak, ale to ty powinnaś mieć na tyle rozsądku, żeby mnie od wyboru takiego gniota filmowego odwieść. Przecież czytasz zwiastuny filmowe to wiesz.
No sami widzicie jak to jest – obojętnie co, to zawsze jest ktoś inny winny. Jak widać jest to osoba, która zwala na innych nie tylko odpowiedzialność za swoje życie, ale także odpowiedzialność za swój zły humor. Podobnie jest z jej przeszłością.
Same katastrofy, sami wredni ludzie, same nieszczęścia. I nic tu nie pomoże, kiedy próbuję powiedzieć, że owszem, tak jak wszyscy, szczególnie jak trochę dłużej pożyjemy, to niesiemy za sobą bagaż i dobrych i złych chwil. Nie, ta ma same chwile złe. Widać tak lubi. Bycie ofiarą to jej misja. Dlaczego więc z nią chodzę do kina? No bo poza tym, że jest nieprzyjemną krytykantką wszystkiego i wszystkich, jest to osoba bardzo oczytana i bardzo błyskotliwa. Jak się już przebije przez tę czarną lepiącą osnowę krytykanctwa to bardzo przyjemnie i bardzo twórczo z nią się rozmawia. Często jest też błyskotliwie dowcipna, co jest dość rzadkie w naszym ciężkim ciemiężonym wielowiekową opresją poddaństwa narodzie.
Moja druga koleżanka wszystko widzi na różowo. I dobrze. Jej wieczny entuzjazm i optymizm często jest przejadły i mdły, ale jeszcze częściej ożywczy. Spijam jej tęczowy nastrój jak kania dżdż. Co? Nie ma takiego słowa jak dżdż? Do niedawna nie było, ale teraz jest. Sztuczna Inteligencja (AI) powiedziała mi że jest, i jest to ‘dżdż (dawne, rzadkie określenie deszczu) lub współczesny deszcz.’ I tak to nie tylko nasz język jest dynamiczny, ciągle się rozwija i zmienia, ale także jego historia ulega różnym interpretacjom. Jeszcze mam na półce słowniki językowe, do których mało kto dzisiaj zagląda, które mi mówią, że czasownik ‘dżdzy’ nie ma formy w mianowniku, ale już w dopełniaczu (kogo, czego) ma, i jest to właśnie ‘krople dżdżu’. Jak w tym słynnym wierszu Leopolda Staffa (urodzonego w Lembergu – pod zaborem austriackim, czyli w polskim Lwowie, a obecnie w ukraińskim Lviv) ‘dżdżu krople’. Widać ten co uczył Staffa polskiego, za karę wymyślił mu to zjawisku padające i posępnego dżdżu. Czyli, że ten wiersz nie jest o smutku wywołanym deszczem, ale o torturze wywołanej próbą zaklasyfikowania w mianowniku padającego dżdżu. Wypróbujcie na waszych dzieciach i wnukach i zapamiętajcie reakcję.
I tym sposobem, zanim dobrnęłam do mojej radosnej koleżanki, zaprezentowałam wam siebie, osobę, która wszystko zawsze komplikuje i niepotrzebnie rozbiera na kawałki. A radosna koleżanka? Wkrótce wybieram się z nią do kina. Na pewno wszystko będzie się jej podobało. Ach i całe jej życie to jedno pasmo radości i sukcesów, na które sama zapracowała.
MichalinkaToronto@gmail.com, 3. pażdziernika, 2026

































































