Macron: amerykańska wolność słowa to „jej przeciwieństwo”. Paryż chce szybszej cenzury w Unii
Prezydent Francji Emmanuel Macron podczas wizyty państwowej w Hiszpanii nazwał amerykańskie rozumienie wolności słowa „przeciwieństwem wolności słowa”. Wolność, według niego, istnieje tylko wewnątrz „wspólnych ram” wyznaczonych przez państwo. Obraźliwy wpis w internecie zestawił z uderzeniem przechodnia na ulicy, a od Ursuli von der Leyen zażądał, by unijne prawo o usługach cyfrowych (DSA) egzekwowano „dużo szybciej i dużo mocniej”.
Wypowiedź padła 29 września 2026 roku na Uniwersytecie Complutense w Madrycie, podczas sesji pytań ze studentami w ramach spotkania o demokracji, młodzieży i sieciach społecznościowych. Była to pierwsza wizyta państwowa francuskiego prezydenta w Hiszpanii od 2009 roku. Zapis opublikował Pałac Elizejski.
Macron mówił wprost: tak zwana amerykańska „free speech”, przynajmniej w kształcie, w jakim jest dziś reklamowana, jest „przeciwieństwem wolności słowa”. „Nie ma wolności, jeśli nie ma ograniczenia mojej wolności, które zaczyna się tam, gdzie zaczyna się wolność innych i szacunek dla wspólnych ram.” Wolność, dodał, wymaga „porządku publicznego”.
Potem sięgnął po porównanie z ulicy. „Wiem to, kiedy idę chodnikiem: moja wolność nie może oznaczać, że wolno mi pana uderzyć, obrazić albo zniszczyć wspólną przestrzeń. A właśnie takie wyobrażenie o wolności słowa mają niektórzy.”
Tu leży sedno sporu. Uderzenie i wandalizm to przemoc i uszkodzenie mienia. Obraza to słowa. Prawo od dawna rozróżnia te rzeczy, bo gdy mowa zostaje zrównana z ciosem, każdy nieprzyjemny sąd można potraktować jak napaść. Macron tego rozróżnienia nie robi. W jego formule granice wypowiedzi wyznacza nie zakaz przemocy, lecz „wspólne ramy” i „porządek publiczny” — czyli to, co władza w danym momencie uzna za dopuszczalne.
Drugi element jest praktyczny. Macron powiedział, że kilka tygodni wcześniej napisał do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. „Musimy używać DSA dużo bardziej, dużo szybciej i dużo mocniej. Będziemy naciskać. Nacisk oznacza popychanie Komisji, żeby to robiła, i/albo równolegle podejmowanie inicjatyw krajowych, żeby wstrząsnąć sytuacją.”
DSA, przyjęte w 2022 roku, zobowiązuje platformy — Facebooka, X, TikToka, Google’a, YouTube’a — do usuwania treści nielegalnych, oceny „ryzyka systemowego” i ograniczania dezinformacji. Amerykańscy urzędnicy od miesięcy nazywają to narzędziem cenzury o zasięgu eksterytorialnym. Macron nie polemizuje z tym zarzutem. Domaga się szybszego stosowania ustawy.
Kogo chce ścigać? „Dopóki nie ruszymy odpowiedzialności ludzi, którzy rozpowszechniają treści w sieciach, nie uregulujemy tego.” Potem porównał internet z prasą: dziennikarza, który napisze „bzdury”, i redaktora, który je opublikuje, można skazać. W sieci, stwierdził, „tego się nie karze”.
Arbiter ma być zewnętrzny. Macron chce „zaufanych stron trzecich, struktur fact-checkingowych, które pozwolą przywrócić prawdę” — albo przynajmniej fakty, z którymi użytkownik mógłby zestawić teorie, jakie mu się serwuje. Kto ustala, co jest bzdurą, a co faktem, nie powiedział. W praktyce będzie to urząd, platforma albo organizacja uznana przez państwo.
Do tego dochodzi koniec anonimowości. Prezydent chce, by za każdym kontem stała zidentyfikowana osoba, oraz weryfikacji wieku, która ma trzymać dzieci z dala od platform. Oba mechanizmy prowadzą w to samo miejsce: zanim ktoś zabierze głos, system musi wiedzieć, kim jest.
Francja już raz na tym poległa u siebie. Rada Konstytucyjna uchyliła próbę zakazu mediów społecznościowych dla osób poniżej 15. roku życia jako nieproporcjonalne ograniczenie wolności wypowiedzi i naruszenie ochrony życia prywatnego. Macron zapowiedział nową ustawę krajową i powiedział, że unijne przepisy o ochronie dzieci są „owocem tej pracy”. O weryfikacji wieku zapewniał, że dane „nie będą przechowywane” i że system ochroni prywatność „dużo lepiej niż większość rzeczy, które codziennie robicie na tych platformach”.
To ta sama logika, którą Macron stosował wcześniej. W lutym 2026 roku w New Delhi nazwał argument o wolności słowa w sieci „pure bullshit”, jeśli użytkownik nie wie, jak algorytm go prowadzi „od jednej mowy nienawiści do drugiej”. Wtedy mówił o przejrzystości algorytmów. W Madrycie mówi już o karaniu autorów, państwowych weryfikatorach i identyfikacji każdego konta.

































































