Tym­cza­sem pokład coraz bar­dziej pusto­szał. Sta­łem opar­ty o bur­tę i patrzy­łem na fale. Całe szczę­ście czu­łem się cał­kiem dobrze, ale koły­sa­ło coraz sil­niej i woda bry­zga­ła na pokład. Prom był pra­wie nowy i w moim odczu­ciu wspa­nia­le urzą­dzo­ny. Jak wspo­mnia­łem zaglą­da­łem gdzie tyl­ko mogłem. Na samym dole sta­ły samo­cho­dy i kil­ka­na­ście truc­ków. Wyda­wa­ły mi się ogrom­ne. Sta­ły spo­koj­nie jak mamu­ty. Cho­dzi­łem wokół nich nie wie­dząc, że prze­by­wa­nie tam jest zabronione.

Czy mogłem przy­pusz­czać, że dzie­sięć lat póź­niej sam usią­dę za kie­row­ni­cą takie­go „mamu­ta”?

Koły­sa­ło już cał­kiem solid­nie. W moich wędrów­kach po pro­mie zasze­dłem wresz­cie do jadal­ni. Była pra­wie zupeł­nie pusta, ale szwedz­ki stół był przy­go­to­wa­ny i kusił taką ilo­ścią i jako­ścią jedze­nia, jakie­go nigdy w życiu nie widzia­łem. Przy­staw­ki, przy­sta­wecz­ki, mię­sa, jarzy­ny, dese­ry — wszyst­ko to, ape­tycz­ne, kuszą­ce, smacz­ne! Sto­ły były poprzy­kry­wa­ne bia­ły­mi obru­sa­mi, któ­re na ten dzień zmo­czo­no solid­nie, żeby tale­rze się nie prze­su­wa­ły. Przy­pra­wy były zgrab­nie umo­co­wa­ne, wazo­ni­ki z kwia­ta­mi tak­że a kie­lisz­ki sta­ły w spe­cjal­nych sto­ja­kach przy­twier­dzo­nych do podłogi.

Reklama

Wszyst­ko to było wli­czo­ne w cenę bile­tu, ale mimo wszyst­ko upew­ni­łem się u stewarda.

-Ależ natu­ral­nie — odpo­wie­dział — wszyst­ko jest dla pasa­że­rów bez żad­nej dodat­ko­wej opła­ty! Zapraszamy!

Nie trze­ba mi było dwa razy powtarzać!

Nie wiem czy z per­spek­ty­wy cza­su coś mi się nie myli, ale to jedze­nie, spo­sób poda­nia i nakry­cia było jed­no z naj­lep­szych jakie widzia­łem i jadłem.

Jadłem w wie­lu miej­scach na świe­cie. Wie­le napraw­dę dobrych rze­czy w wie­lu ele­ganc­kich loka­lach, ale to co wte­dy było na Gry­fie biło wszyst­ko inne! I to na głowę!

Tak, to praw­da, że za alko­hol trze­ba było pła­cić osob­no, ale wszyst­ko inne było wli­czo­ne i było przepyszne.

Róż­ne rodza­je śle­dzi, łoso­sie, węgo­rze, wędli­ny, pasz­te­ty, wędli­ny, grzy­by robio­ne na wszyst­kie spo­so­by, cie­lę­ci­na pod besza­me­lem, drób, pie­czy­ste, prze­piór­ki, ryby mor­skie i słod­ko­wod­ne, sma­żo­ne, goto­wa­ne i sam już nie pamię­tam co jesz­cze! Do picia poda­wa­no świe­że soki jarzy­no­we i owo­co­we. Soki z bura­ków, kapu­sty, kwas chle­bo­wy, z mar­chwi, pomi­do­rów, gra­na­tów, wiśni, malin a prócz tego dese­ry — ogrom­ne sala­ter­ki peł­ne malin w bitej śmie­ta­nie, lody, cia­sta, tor­ty i cze­ko­la­do­we cia­stecz­ka, mar­ce­pa­ny i jakieś zupeł­nie nie­zna­ne mi sło­dy­cze… Byłem oszo­ło­mio­ny! Chcia­łem wszyst­kie­go pró­bo­wać bez wzglę­du na kon­se­kwen­cje! A kon­se­kwen­cyj­ki mia­ły nadejść szyb­ciej niż przewidywałem.

W trak­cie tego gar­gan­tu­icz­ne­go obżar­stwa przy­po­mnia­ło mi się nagle moje strasz­ne zatru­cie z przed dwóch lat. Nie tyl­ko to. Nagle ujrza­łem sie­bie same­go pich­cą­ce­go, gdzieś w górach, nad jakąś rzecz­ką, mar­ną bre­ję z płat­ków owsia­nych, do któ­rych nawet nie mia­łem cukru.

„Z całą pew­no­ścią tro­chę się zmie­ni­ło!” — myśla­łem z satys­fak­cją i samozadowoleniem.

Coś mi jed­nak mówi­ło, żeby zwol­nić i nie jeść ponad mia­rę, ale aku­rat z umia­rem zawsze byłem tro­chę na bakier więc fol­go­wa­łem sobie bez pamięci!

Koły­sa­ło coraz moc­niej. Noc już zapa­da­ła, ale musia­łem zostać na w głów­nej sali na fote­lu bo dla oszczęd­no­ści nie wyku­pi­łem kabi­ny. Może dobrze się sta­ło, że drze­ma­łem pra­wie na sie­dzą­co, bo połą­cze­nie sil­ne­go wzbu­rze­nia morza z nie­praw­do­po­dob­ną ilo­ścią zje­dzo­nych potraw dopro­wa­dzi­ło mnie do takie­go roz­stro­ju żołąd­ka, że aż mdla­łem. Raz zemdla­łem w ubi­ka­cji, dru­gi raz w fote­lu a mimo to cią­gle jesz­cze skrę­ca­ły mną takie skur­cze, że mia­łem wra­że­nie jak­by zbli­ża­ją­ce­go się koń­ca. Umrę — myśla­łem z wysił­kiem — a w akcie zgo­nu będzie napisane:

„Zgon nastą­pił na sku­tek niczym nie­po­skro­mio­ne­go obżarstwa!!!”


Nad ranem hor­ror minął na tyle, że zno­wu powlo­kłem się do jadal­ni gdzie ku moje­mu strasz­ne­mu żalo­wi ujrza­łem wspa­nia­łe jaja, kieł­ba­ski, beko­ny, sery i nie­zli­czo­ną ilość dże­mów, mar­mo­lad i kon­fi­tur. Duń­skie masło, szwedz­kie mle­ko w ogrom­nej butli, nie­miec­kie parów­ki i uno­szą­cy się zapach świe­żo parzo­nej kawy!

Mia­łem ocho­tę roz­pła­kać się z żało­ści, że nie mogę tego wszyst­kie­go zjeść, ale praw­dę mówiąc led­wo trzy­ma­łem się na nogach a mój ple­cak wyda­wał się tak cięż­ki jak­by napeł­nio­ny kamieniami.

A jed­nak prze­trwa­łem i jede­na­ste­go wrze­śnia 1974 roku posta­wi­łem swo­ją sto­pę na fiń­skiej zie­mi. Przede mną roz­cią­ga­ły się Hel­sin­ki a dalej, dale­ko na pół­no­cy, odda­lo­ny o prze­szło pół­to­ra tysią­ca kilo­me­trów — cel mojej podró­ży — słyn­ny Nordkapp!

Zatrzy­ma­łem się w schro­ni­sku koło sta­dio­nu. To było powszech­nie zna­ne schro­ni­sko mło­dzie­żo­we i jak tyl­ko wysze­dłem z pro­mu powie­dzia­ło mi o nim paru Ame­ry­ka­nów z ple­ca­ka­mi, któ­rzy — tak jak ja — szu­ka­li noc­le­gu. Schro­ni­sko „Sta­dion” było mły­nem gdzie moż­na było spo­tkać prze­bo­ga­tą mozai­kę mło­dych ludzi sta­no­wią­cych kopal­nię informacji.

Nie­da­le­ko wej­ścia do schro­ni­ska, widać było pomnik słyn­ne­go Fina — dłu­go­dy­stan­sow­ca Paavo Nur­mie­go. Nur­mi umarł pra­wie dokład­nie rok wcze­śniej ale wokół pomni­ka cią­gle jesz­cze skła­da­no kwia­ty. W ogó­le był czczo­ny jak naro­do­wy boha­ter i cały czas sły­sza­ło się, że był jedy­nym czło­wie­kiem, któ­re­mu posta­wio­no pomnik jesz­cze za jego życia. To aku­rat nie wyda­wa­ło mi się praw­dą, bo w róż­nych kra­jach sta­wia­no wie­le pomni­ków żyją­cym wład­com, dyk­ta­to­rom, arty­stom i innym, ale Fino­wie tak mówi­li i trze­ba to było uszanować.

Tak jak dla wie­lu z moje­go poko­le­nia tak i dla mnie nazwi­sko Nur­mi było bar­dziej niż zna­ne! Ileż razy sły­sza­łem nigdy nie spraw­dzo­ną histo­rię, że bił rekor­dy świa­ta dzię­ki zwol­nio­ne­mu ryt­mo­wi bicia ser­ca! Jego nazwi­sko wymie­nia­no jed­nym tchem wraz z nazwi­skiem inne­go feno­me­na bież­ni — Emi­la Zatop­ka i oczy­wi­ście nazwi­ska­mi naszych, pol­skich dłu­go­dy­stan­sow­ców — Krzysz­ko­wia­ka i Chromika.

To były nazwi­ska, o któ­rych na prze­ło­mie lat pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych mówi­li wszy­scy, któ­rzy cho­ciaż odro­bi­nę inte­re­so­wa­li się sportem.

Pamię­tam, że będąc jesz­cze w szko­le śred­niej zawsze cho­dzi­li­śmy z kole­ga­mi na dwie, naj­waż­niej­sze dla nas impre­zy spor­to­we roku: Wyścig Poko­ju i Memo­riał Kuso­ciń­skie­go. Pił­ka noż­na to była inna spra­wa, bo każ­dy z nas kibi­co­wał innej dru­ży­nie. Z poczu­cia lokal­ne­go patrio­ty­zmu zawsze kibi­co­wa­łem Sta­li Rze­szów ale inni mie­li swo­je ulu­bio­ne kluby.

Na Memo­riał cho­dzi­li­śmy oglą­dać wystę­py nasze­go pol­skie­go „wun­der­te­amu”: Sidłę, Ruta, Badeń­skie­go, Zim­ne­go i tylu innych. Nasz słyn­ny pol­ski „Nur­mi” — Zdzi­sław Krzysz­ko­wiak już wte­dy nie bie­gał, ale uda­ło mi się go kie­dyś zoba­czyć a nawet poroz­ma­wiać przez malut­ką chwilkę.

To było jesz­cze w 1965-tym. Zbie­ra­łem wte­dy namięt­nie auto­gra­fy spor­tow­ców. Ku moje­mu wiel­kie­mu żalo­wi cała moja pięk­na kolek­cja pod­pi­sów zagi­nę­ła. Tyle prze­pro­wa­dzek, pako­wań, roz­pa­ko­wań, zmian miesz­kań… w koń­cu emi­gra­cja… Szko­da! W każ­dym razie to był wspa­nia­ły zbiór a jed­nym z naj­bliż­szych memu ser­cu pod­pi­sów był wła­śnie ten Krzyszkowiaka.

Zła­pa­łem go pod hote­lem War­sza­wa gdzie miesz­ka­li spor­tow­cy z róż­nych ekip. Pod samym hote­lem i w ogó­le na Pla­cu Powstań­ców kłę­bi­ło się mnó­stwo ludzi. Samo­cho­dy zaple­cza tech­nicz­ne­go, wozy trans­mi­syj­ne no i natu­ral­nie kibi­ce. Każ­dy chciał zoba­czyć sła­wy nasze­go spor­tu. Ludzie żyli tymi wyda­rze­nia­mi! Sport roz­pro­mie­niał sza­rą rze­czy­wi­stość, dawał radość, wzbu­dzał entu­zjazm. W tram­wa­jach, auto­bu­sach, wręcz na uli­cach obcy ludzie wymie­nia­li się bie­żą­cy­mi wia­do­mo­ścia­mi na przy­kład o prze­bie­gu Wyści­gu Poko­ju, wygra­nych eta­pach i tak dalej. Taka atmos­fe­ra pano­wa­ła też wokół Memo­ria­łu Kuso­ciń­skie­go. Widzie­li­śmy zna­nych spor­tow­ców w dre­sach, z wiel­ki­mi tor­ba­mi wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych z hote­lu i sta­ra­li­śmy się dostać od nich autografy.


Kie­dyś ktoś zwró­cił mi uwa­gę, że tuż obok prze­cho­dzi Zdzi­sław Krzysz­ko­wiak z żoną. Był natu­ral­nie ubra­ny „po cywil­ne­mu”. Na spa­ce­rze. Widać też cią­gnę­ło go tu, żeby być bli­żej świa­ta z któ­re­go już odszedł, bowiem od dwóch lat nie star­to­wał. Gdy pod­sze­dłem i popro­si­łem go o pod­pis zaczął się wzbra­niać, że on już prze­cież nie jest czyn­nym zawod­ni­kiem, że jest pry­wat­nie na spa­ce­rze, ale ja nie dawa­łem za wygra­ną. Nawet powie­dzia­łem mu wtedy:

-Ależ pro­szę pana — pan jest pol­skim Nurmim!

Krzysz­ko­wiak uśmiech­nął się, a jego żona powiedziała:

- Zdzi­siu — pod­pisz chło­pa­ko­wi — widzisz jak ład­nie powiedział…

Wte­dy pod­pi­sał, a ja potem chwa­li­łem się nim przed wszyst­ki­mi kolegami.

Teraz sta­łem obok pomni­ka Nur­mie­go i widzia­łem wie­lu Finów, któ­rzy wraz ze mną patrzy­li w zadu­mie na pomnik bie­gną­ce­go Czło­wie­ka, któ­ry tyle zro­bił dla ich kraju.

Ale w Hel­sin­kach nie chcia­łem się zatrzy­my­wać zbyt dłu­go. Cią­gnę­ło mnie w dro­gę, a prócz tego na tak zwa­ne zwie­dza­nie mia­sta nie mia­łem ani pie­nię­dzy ani za dużej ocho­ty. Prze­sze­dłem się jedy­nie po wspa­nia­łym nad­brzeż­nym tar­go­wi­sku z nie­sły­cha­ną ilo­ścią ryb, mary­na­tów i wszel­kie­go rodza­ju mor­skie­go jedzenia.

W schro­ni­sku spa­łem w wie­lo­oso­bo­wym poko­ju, myłem się w wiel­kiej, wie­lo­oso­bo­wej łazien­ce i jadłem w ogrom­nej kafe­te­rii. Wła­śnie tam pozna­łem Dag­ma­rę — Dun­kę z Esbjerg.

Wybie­ra­ła się do Rova­nie­mi, bo jej marze­niem było dotrzec na koło pod­bie­gu­no­we i zro­bić sobie zdję­cie z Joulu­puk­ki — fiń­skim świę­tym Miko­ła­jem, któ­ry według tra­dy­cji ma tam swo­je miesz­ka­nie. W Rova­nie­mi mia­ła się spo­tkać z gru­pą kole­ża­nek, któ­re były już tam na jakimś obo­zie czy zgru­po­wa­niu. Jakie tam były kom­bi­na­cje nie mogłem zro­zu­mieć, ale dość na tym, że jecha­li­śmy w jed­nym kierunku.

Nasze­mu pozna­niu towa­rzy­szył szok. Otóż pierw­szy raz zoba­czy­łem ją w tej wie­lo­oso­bo­wej łazien­ce, w któ­rej było kil­ka­na­ście prysz­ni­ców, umy­wal­ki, ubi­ka­cje i dwa bro­dzi­ki — zupeł­nie nie wia­do­mo jakie­go prze­zna­cze­nia. Tego ran­ka wsze­dłem żeby się umyć i ku moje­mu nie­sły­cha­ne­mu spło­szo­ne­mu zdzi­wie­niu zoba­czy­łem kom­plet­nie nagą Dag­ma­rę sto­ją­cą przy umy­wal­ce i myją­cą zęby!

Mój szok był tak pio­ru­nu­ją­cy, że auto­ma­tycz­nie sta­ną­łem i chcia­łem wyjść gdy wtem usły­sza­łem, że mnie woła.

-Chodź, chodź — jest dużo miejsca…

Zro­bi­ła przy tym zapra­sza­ją­cy ruch ręką, w któ­rej trzy­ma­ła szczo­tecz­kę i zro­bi­ła to tak wdzięcz­nie, że w mgnie­niu oka nie­bo­tycz­na fala naj­róż­niej­szych myśli wypeł­ni­ła moją nagle roz­go­rącz­ko­wa­ną głowę.

Nasze, pol­skie wycho­wa­nie żad­ną mia­rą nie przy­go­to­wy­wa­ło nas na to!

Chciał­bym być dobrze zro­zu­mia­ny. Wca­le nie byłem jakimś kle­ry­kiem z semi­na­rium i wie­dzia­łem jak wyglą­da naga kobie­ta, ale ta sytu­acja była inna. Mia­ła w sobie jakąś nie­zna­ną mi swo­bo­dę bycia, o któ­rej mogłem tyl­ko marzyć, ale na pew­no nie ocze­ki­wać w real­nym życiu.

Dag­ma­ra — jak się oka­za­ło — nie była żad­nym wyjąt­kiem. Nasz pol­ski spo­sób wycho­wa­nia, w myśl któ­re­go mat­ki uczy­ły cór­ki pew­nych utar­tych przez poko­le­nia zacho­wań, w Skan­dy­na­wii nie miał racji bytu. To co u nas było wsty­dem — w Danii, Szwe­cji czy Fin­lan­dii było czymś naturalnym.

Mówi­my tu o pierw­szej poło­wie lat 70-tych z per­spek­ty­wy dru­giej deka­dy XXI wie­ku. Cał­kiem być może, że dzi­siej­sza mło­dzież ma cał­ko­wi­cie inny sto­su­nek do nago­ści, sek­su i w ogó­le rela­cji mię­dzy dziew­czy­ną i chło­pa­kiem. Powta­rzam — cał­kiem być może! Nie wiem. Mam 68 lat i wie­le z tych spraw mam już za sobą, ale opo­wia­dam o moich reak­cjach, odczu­ciach i wra­że­niach z cza­sów innej epo­ki i w ogó­le inne­go świata.


No więc Dag­ma­ra macha­ła weso­ło ręką i zapra­sza­ła mnie do łazienki.

Wsze­dłem. Zupeł­nie nie wie­dzia­łem jak się zacho­wać — roze­brać, uda­wać że nie widzę jej nago­ści, czy zacząć jakąś roz­mo­wę. Pierw­szy szok mijał bar­dzo powoli.

Dla mło­de­go chło­pa­ka każ­da naga dziew­czy­na wyglą­da pięk­nie, ale musia­łem przy­znać, że Dag­ma­ra była wyjąt­ko­wo ład­na. Czu­łem się jak pija­ny. Wsze­dłem pod prysz­nic żeby się tro­chę uspo­ko­ić a Dag­ma­ra szczot­ko­wa­ła sobie wło­sy i od cza­su do cza­su uśmie­cha­ła się w lustrze kole­żeń­sko. Prysz­ni­ce były w rzę­dzie — tak jak to jest na base­nach — i nie było się jak schro­nić czy zasło­nić. Odwró­ci­łem się więc do ścia­ny, ale od cza­su do cza­su zer­ka­łem i widzia­łem, że Dag­ma­ra cały czas szczot­ku­je swo­je dłu­gie, blond wło­sy, uśmie­cha się w odbi­ciu lustra i cały czas jest naga.

Wbrew moim ocze­ki­wa­niom, przy śnia­da­niu Dag­ma­ra nawet nie spoj­rza­ła w moją stro­nę. Roz­ma­wia­ła z jaki­miś dziew­czy­na­mi — chy­ba Szwed­ka­mi — któ­re śmia­ły się gło­śno, mówi­ły coś jed­na przez dru­gą i wszyst­kie były bar­dzo podob­ne — bar­dzo jasne, jak­by wybla­kłe wło­sy, wytar­te dżin­sy i z dużą odzna­ką na koszul­kach i na plecakach.

Wyglą­da­lo na to, że są człon­ka­mi jakiejś gru­py, któ­ra jedzie na zlot. Potem oka­za­ło się, że też jadą do Rova­nie­mi i Dag­ma­ra chcia­ła do nich dołą­czyć, ale coś tam sta­ło na prze­szko­dzie — chy­ba brak miejsc w małym busie, któ­rym podró­żo­wa­ły Szwed­ki. Tego wszyst­kie­go dowie­dzia­łem się natu­ral­nie później.

Po śnia­da­niu wzią­łem na odwa­gę i zagad­ną­łem ją gdzie jedzie, czym i w ogó­le jakie ma plany.

Dag­ma­ra zare­ago­wa­ła przy­jaź­nie, sło­wem nie wspo­mnia­ła o poran­nym spo­tka­niu w łazien­ce, poga­da­li­śmy przez dłuż­szy czas, dopi­li kawy i usta­li­li­śmy, że poje­dzie­my razem autostopem.

Z jed­nej stro­ny to było dla mnie bar­dzo kuszą­ce a z dru­giej tro­chę krę­po­wa­ło mi ręce. Przede wszyst­kim cho­dzi­ło o noc­le­gi. Byłem przy­go­to­wa­ny na spa­nie byle gdzie — nawet na świe­żym powie­trzu — gdy­by była taka koniecz­ność. Z poprzed­nich waka­cji zna­łem się już z tym i to mnie nie prze­ra­ża­ło. Z dziew­czy­ną to już była inna sprawa.

Dag­ma­ra uwa­ża­ła, że uda się nam zła­pać coś bez­po­śred­nio do Rova­nie­mi, ale bar­dzo wąt­pi­łem czy moż­na na to liczyć. Jak­by nie było, to był szmat dro­gi. Od razu było widać, że mamy tro­chę inne spoj­rze­nia na auto­stop, ale mimo wszyst­ko posta­no­wi­li­śmy spróbować.

Wszyst­ko było w porząd­ku i razem poszli­śmy na dro­gę wylo­to­wą i zaczę­li­śmy zatrzy­my­wać auta. Mój pierw­szy szok w cza­sie pierw­sze­go spo­tka­nia nie był jedy­nym. Dag­ma­ra zaska­ki­wa­ła mnie co i rusz. Na przy­kład w ogó­le się nie krę­po­wa­ła z robie­niem przy mnie siu­siu. Po pro­stu — pod­czas cze­ka­nia na pobo­czu dro­gi na kolej­ne pod­wie­zie­nie — w trak­cie roz­mo­wy — nagle roz­pi­na­ła dżin­sy, kuca­ła i robi­ła. Krę­po­wa­ło mnie to i zbi­ja­ło — jak to się mówi — z pan­ta­ły­ku. Oczy­wi­ście roiłem sobie nie wia­do­mo jakie pla­ny, ale dość szyb­ko zorien­to­wa­łem się, że mimo nie­mal zwie­rzę­ce­go bez­wsty­du, dziew­czy­na ma swo­je zasa­dy. Opo­wia­da­ła mi, że ma swo­je­go chło­pa­ka, że razem miesz­ka­ją i pra­cu­ją w tej samej fir­mie ogrodniczej.