Na siedemdziesięciolecie komunizmu w Chinach Pekin pokazał światu, że jest supermocarstwem, prezentując przede wszystkim najnowocześniejszy sprzęt wojskowy.

Oczywiście, analitycy podkreślają, że dopóki jakiekolwiek zabawki militarne nie są sprawdzone w walce, dopóty służą jedynie do zliczania teoretycznego potencjału. Wiele jednak wskazuje, że chińskie „zabawki” są bardzo „prawdziwe”, a przede wszystkim nowoczesne.

Chiny koncentrują się na tym, co dzisiaj najważniejsze; sztucznej inteligencji, pociskach hipersonicznych i dronach. Zaprezentowały drony podwodne, drony hipersoniczne, które mogą służyć nie tylko do dostarczania ładunków wybuchowych, ale przede wszystkim do szybkiego rozpoznania znakowania celów dla pocisków balistycznych, co jest  szczególnie ważne na szerokich przestrzeniach Pacyfiku w przypadku, na przykład, punktowania amerykańskich lotniskowców. Eksperci wojskowi mają więc wiele materiału do przebadania, bo podobnie jak podczas defilad sowieckich chińskie także służą prężeniu muskułów i pokazaniu co jest nowego hangarach.

Oczywiście, Chiny zadeklarowały, że wszystko to robią bardzo pokojowo i nie dążą do żadnej wojny; można wesoło powiedzieć, że Chiny nie muszą „dążyć do żadnej wojny”, ponieważ od lat ją prowadzą, tylko nie tymi metodami, jakie wyobraża sobie świat zachodni.

Dla Chińczyków wojna jest po prostu systematyczną realizacją własnych interesów, chińskiej wizji świata; powrotu do należnej Chińczykom i Chinom roli historycznej, którą miały przez tyle wieków, jako „Państwo Środka”, od którego promieniuje cywilizacja – oczywiście chińska cywilizacja – metodami systematycznego osłabiania przeciwnika poprzez wykorzystywanie i pogłębianie jego słabości.

Chiny nie muszę dążyć do wojny ponieważ mają doskonałe rozeznanie w tym, jak się świat prowadzi i dostęp do jego newralgicznych punktów przez niejawne wpływy w wielu państwach i środowiskach.

Chińczycy wykorzystali do tego celu swoją diasporę. Setki milionów Chińczyków mieszkające poza ChRL jeszcze w latach sześćdziesiątych miało do Pekinu różne anse.  Komunistyczne Chiny ogarnięte krwawą „rewolucją dymarek”, rzeziami przeciwników politycznych i biedą graniczącą bardzo często z głodem nie były niczym atrakcyjnym. (Podczas tegorocznej parady pokazano chiński rower – początek długiego marszu przemysłowego ChRL).

Ta diaspora jednak w momencie kiedy chiński sukces zaczął toczyć się jak śnieżna kula zaczęła coraz bardziej przyjaźnie patrzeć na towarzyszy, a Chiny coraz bardziej przyjaźnie do niej się odnosić, wykorzystując wszystkie możliwości, od szpiegostwa po rozeznanie sytuacyjne i agenturę wpływu.

Mamy więc do czynienia ze zmobilizowanym społeczeństwem zjednoczonym wokół idei wielkich Chin, mamy imperialny stabilny system polityczny, w którym partia, niczym dwór imperialny, oferuje stabilny system sukcesji bez niebezpieczeństwa manipulacji.

Czy zatem Chiny to przyszłość świata? Chiny podkreślają, że chcą świata wielobiegunowego, ale jeśli uda im się projekt opisany jeszcze na początku tego wieku, jednego pasa jednej drogi, projekt przywracający ideę Szlaku Jedwabnego, jednoczącego Eurazję, to rola Stanów Zjednoczonych sprowadzi się – powiedzmy – do takiej samej, jak Australii i to pomimo całego dzisiejszego potencjału. Potencjał ten bez wiodącej idei  jednoczącej wysiłek ludzi może zostać stracony w ciągu jednego pokolenia.

A jak widać na przykładzie prezydentury Trumpa mamy do czynienia z ideową czkawką, walką różnych środowisk o to jaka idea ma być przewodnią  dla zachodniego świata, a przede wszystkim z olbrzymią destrukcją i spustoszeniem, jakie sieje kulturowy marksizm i polityczna poprawność. Oczywiście, w tej walce obecne są agentury tych mocarstw, które do takiego zjednoczenia nie chcą dopuścić.

Świat się zmienia i to bardzo szybko, co można było zobaczyć na chińskim placu Tiananmen.

Andrzej Kumor