Niektóre rzeczy przychodzą same z siebie, tak jak pogoda, pory dnia, czy pory roku.
Ale o większość naszych spraw doczesnych musimy zabiegać sami. I jeśli przeżyło się sporo lat to wiemy jak to zabieganie często jest długie i uciążliwe. Także zbyt często osiągnięte efekty odbiegają od tych zamierzonych. Tak było i u mnie.

Chciałam być wysoką i smukłą blondynką o śniadej cerze. Taki typ śródziemnomorski. A wyszłam jako pszenno buraczana panienka, taka jakich u nas pełno. No i wyszło jak wyszło, obojętnie jak bym się nie starała – zmienić trudno. Na dodatek zostałam najniższa w rodzinie. Nawet niższa od własnej matki! A na dodatek skóra moja zamiast orientalnego odcienia oliwkowego była nakrapiana piegami. Jak indycze jajo, naśmiewali się ze mnie w dzieciństwie. Z tym stanem swojego jestestwa pogodziłam się dopiero w Kanadzie, bo tutaj to im bardziej nakrapiany, tym lepiej. Także przestało mi to przeszkadzać, że zostałam ‘shortie of the family’, bo akurat w Toronto jest wiele grup jeszcze niższych ode mnie. No to niech tam, bo przecież i tak nie miałam na to wpływu. Moje próby opalania się na czekoladkę, no chociażby na złoto, zawsze kończyły się czerwonymi poparzeniami z pęcherzami i obłażącą skórą. Nie miałam na to wpływu, choć pracowałam nad tym ciężko i wytrwale. Och, jak zazdrościłam tym spalonym na brązowo od słońca o skórze hipopotama! Na szczęście dla mnie, czasy się zmieniły i jeszcze pod koniec zeszłego tysiąclecia zapanowała moda na biel skóry. Jak królewna Śnieżka zachwycała się moją jasną karnacją kosmetyczka. Ale i tak, były to sprawy niezależne ode mnie: wzrost, karnacja, włosy. Najważniejsze jednak były sfera duchowa, i tutaj prawie wszystko zależało ode mnie. No i materialna, bo czy niski, czy wysoki, biały, czy czarny to z czegoś i jakoś musi żyć. Tutaj mi poszło średnio lekko. Wysiłki i wytrwałość zostały docenione, przynajmniej częściowo. Nieźle nauczyłam się angielskiego (w końcu), a nawet francuskiego (do dostatecznego poziomu dostania dwujęzycznego dodatku w pracy dla rządu federalnego), ale politykiem federalnym nie udało mi się zostać. Nie dostałam też żadnej nominacji do rządowej (intratnej) komisji – choć starałam się. No cóż takie życie, nie wszystkie ścieżki, którymi chcemy podążać są dla nas dostępne. Trzeba się z tym pogodzić. Co do życia prywatnego to podobnie. Miał być wysoki, mądry, szarmancki, a był… Nie chce mi się o tym pisać. Dzieci, jak to dzieci. Każde inne, każde w swoją stronę. Tyle chociaż, że się kochamy i wspieramy jak rzadko. Czy to się udało, czy to moje dzieci są takie wyjątkowe?

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

I ani się nie obejrzałam dorobiłam się siwizny. Same z siebie się te siwki porobiły. Nie miałam, i nagle popatrzyłam w lusterko i zgroza mnie wzięła. Siwe skronie, siwe pod grzywką. Po prostu szpakowata się zrobiłam. Kiedy to się stało? Jak tak dalej pójdzie, to jak nic wkrótce siwy łeb. Niektóre rzeczy przychodzą same z siebie, na przykład przeistoczenie się w gołąbka.

Ani się nie nie obejrzałam jak zrobiłam się seniorką. Nagle zorientowałam się, że znalazłam się w tym samym kręgu co moi starsi znajomi, a przecież nie zrobiłam ani kroku, żeby tam dotrzeć. Samo z siebie przyszło.

A skoro już, to należy z tego skorzystać. Jeszcze nie wiem jak, ale już mi kilka myśli świta w głowie. Należy je tylko przerobić przez lato, leżakując w ogrodzie i słuchając śpiewu ptaków. A te też śpiewają bez mojego udziału, tak jak ranek, lato i wiek średnio podeszły.

Michalinka, Toronto, 28 czerwca, 2024