Pra­wie Bonan­za! Trans­port był śmiesz­nie tani, bo do bagaż­ni­ka jej wiel­kie­go Mer­ce­de­sa wcho­dzi­ło set­ki pocz­tó­wek, kon­ku­ren­cji — jak wspo­mnia­łem — pra­wie nie było — a popyt tak dra­pież­ny, że jar­marcz­ni han­dla­rze, wła­ści­cie­le skle­pów, a nawet pry­wat­ni ludzie sami przy­jeż­dża­li, koczo­wa­li nie­mal pod jej domem i dosłow­nie “wyli” o towar. Bar­dzo szyb­ko nie musia­ła nawet wyjeż­dżać w teren, bo klien­ci pcha­li się jak w amoku.

Ste­nia F. mia­ła do tego feno­me­nal­ny zmysł orga­ni­za­cyj­ny, umia­ła sprze­dać, wie­dzia­ła komu i ile dać, z kim pójść na kola­cję, komu dać pre­zen­cik, a komu pogro­zić. Wdo­wa. Mąż odumarł ją kil­ka­na­ście lat wcze­śniej. Sama wycho­wy­wa­ła jedy­ne­go syna — wła­śnie Czar­ka. Radia Luxem­burg słu­cha­li wte­dy wszy­scy. To zna­czy wszy­scy w prze­dzia­le od 14 do 20 lat a pew­nie i star­si. Pierw­sze prze­bo­je Beatles, Dusty Spring­field, Sha­dows, Petu­li Clark, The Kinks, Rol­ling Sto­nes i nie­zli­czo­nej ilo­ści innych — cza­sem sław­nych, cza­sem ulot­nych jed­no­se­zo­no­wych gwiaz­dek, a cza­sem gigan­tów, któ­rzy prze­trwa­li póź­niej całe dzie­się­cio­le­cia szły tam 24 godzi­ny na dobę! Wszy­scy zna­li i śpie­wa­li “She loves you”, “Twist and sho­ut”, “I only want to be with you” i tyle innych. Jed­no­cze­śnie mie­li­śmy swo­je wła­sne prze­bo­je. Kasia Sob­czyk i Czer­wo­no-Czar­ni, Fili­pin­ki, Jacek Lech, Michaj Bura­no. Jed­ną z naj­po­pu­lar­niej­szych pio­se­nek 1963 roku — pamię­tam dosko­na­le — była lau­ret­ka z Festi­wa­lu w Sopo­cie. “Zawsze niech będzie słoń­ce” Tama­ry Mian­sa­ro­wej sły­chać było wszę­dzie, więc Ste­nia F. tyl­ko w cią­gu wrze­śnia 63 wypu­ści­ła kil­ka­set tysię­cy pocz­tó­wek z tą pio­sen­ką. Inną podob­nie chwy­tli­wą był słyn­ny prze­bój Lud­mi­ły Jakub­czak “Gdy mi cie­bie zabrak­nie”. I to rów­nież była dla Ste­ni kopal­nia zło­ta! Może nawet nie zło­ta, a dia­men­tów! Oczy­wi­ście, że to była Pol­ska, socja­li­stycz­na Pol­ska, ale jed­no­cze­śnie to była Pol­ska poPaź­dzier­ni­ko­wa! To była Pol­ska gdzie coś tam pró­bo­wa­no, na coś przy­my­ka­no oko a ponad wszyst­ko ludzie chcie­li jakoś żyć — może już nie­ko­niecz­nie woj­ną i odbu­do­wą — ale czymś jaśniej­szym i lep­szym. Pew­nie, że Ste­nia balan­so­wa­ła na linie i w każ­dym momen­cie wład­cza ręka mogła zapu­kać do jej drzwi, ale od cze­go były pie­nią­dze? Od cze­go było zło­to? Od cze­go w koń­cu były dola­ry? To były wytry­chy, któ­re otwie­ra­ły naj­szczel­niej zamknię­te drzwi, zamy­ka­ły naj­gło­śniej pysku­ją­ce buzie i zmięk­cza­ły naj­tward­sze kamie­nie. Inna rzecz, że do tego typu życia trze­ba było mieć ner­wy! I to sta­lo­we! Pozna­łem ją w 1967 roku gdy któ­re­goś dnia odwie­dzi­łem Czar­ka w ich domu.



Leża­ła już wte­dy w łóż­ku. Rak doko­nał w jej orga­ni­zmie spo­re­go spu­sto­sze­nia. Pra­wie nie wsta­wa­ła. Do jej ogrom­nej sypial­ni wsze­dłem tyl­ko na krót­ką chwi­lę, bo — jak mówił Cza­rek — zawsze chcia­ła wie­dzieć kto do nie­go przy­cho­dzi. Nie żeby kon­tro­lo­wa­ła — bo co ona tam już mia­ła do kon­tro­lo­wa­nia — ale była złak­nio­na ludzi, roz­mo­wy, mło­dych twa­rzy i cho­ciaż sła­biut­kie­go powie­wu świa­ta — sze­ro­kie­go świa­ta, z któ­rym do nie­daw­na tak sil­nie była zwią­za­na. Bywa, że cho­ro­ba postę­pu­je wol­no, czło­wiek jak gdy­by stop­nio­wo oswa­ja się z nią, przy­zwy­cza­ja się do tego, że cze­goś już nie może, a tak­że do tego co, kie­dy i jak go boli i tak dalej, i tak dalej. Stop­nio­wo. Zda­rza się jed­nak, że cho­ro­ba dopa­da czło­wie­ka w chwi­li mak­sy­mal­ne­go roz­wo­ju, jak­by w momen­cie wyso­kie­go sko­ku i łamie go bru­tal­nie krzy­cząc jed­no­cze­śnie, że to koniec, że to już na zawsze! Ten krzyk bru­tal­nej cho­ro­by nie chce być sły­sza­ny! Są tacy, któ­rzy uda­ją, że go nie sły­szą i myślą, że chę­cią życia zagłu­szą go i być może zamkną na zawsze, ale w przy­pad­ku raka trzust­ki to ilu­zja! Takim wła­śnie był rak, któ­ry w pięć­dzie­sią­tym roku życia dopadł Ste­nię — “kró­lo­wą pocz­tów­ko­we­go rock and rolla”!

Gdy ją widzia­łem cią­gle jesz­cze była ład­ną i bar­dzo zadba­ną kobie­tą, ale już z wypi­sa­nym na twa­rzy bólem. Spy­ta­ła mnie o imię i czy mam dziew­czy­nę i to chy­ba było wszyst­ko. Z Czar­kiem byli­śmy wte­dy na pierw­szym roku. Umar­ła w parę mie­się­cy potem, a Cza­rek oddzie­dzi­czył pocz­tów­ko­wy inte­res i to był inte­res, któ­ry jak­kol­wiek nie miał już tego roz­pę­du co przed paro­ma laty, ale cią­gle jesz­cze ocie­kał pie­niędz­mi. Nie jest dobrze gdy w mło­dym wie­ku sta­je się twa­rzą w twarz z duży­mi pie­niędz­mi. Gene­ral­nie rzecz bio­rąc do pie­nię­dzy trze­ba doro­snąć. Naj­le­piej jeśli zaro­bi się je same­mu. Ale od tej regu­ły są wyjąt­ki — rzad­kie, bo rzad­kie, ale są. Cza­rek był wła­śnie jed­nym z nich! Roz­po­czę­ty pierw­szy rok stu­diów stał się dla nie­go ostat­nim, bo oblał trzy koń­co­we egza­mi­ny, a do czwar­te­go nawet się nie zgło­sił, ale to aku­rat nie mia­ło wie­le wspól­ne­go z pie­niędz­mi. Po pro­stu miał inne pla­ny. W nowiut­kim Mira­fio­ri, ubra­ny jak z zachod­nie­go maga­zy­nu mody, z ame­ry­kań­skim papie­ro­sem w zębach, był przed­mio­tem zazdro­ści wie­lu. Na brak dziew­czyn — i to naj­ład­niej­szych — narze­kać nie mógł. Wszyst­ko to jed­nak — jak­kol­wiek mylą­ce — nie zmie­nia­ło fak­tu, że Cza­rek nigdy nie tra­cił z oczu swo­je­go celu. Chciał być przed­się­bior­cą. I to nie takim jak mama! Lep­szym! Lep­szym, wiek­szym, a co za tym idzie bogat­szym. Co cie­ka­we i przy takich pie­nią­dzach rzad­ko spo­ty­ka­ne — Cza­rek był nie­sły­cha­nie miłym, wręcz ujmu­ją­cym chło­pa­kiem. Dla wszyst­kich! Na naszym roku nie było niko­go kto mógł­by na nie­go powie­dzieć choć jed­no złe sło­wo. Nie było niko­go komu by nie pomógł, w potrze­bie nie poży­czył pie­nię­dzy, czy cho­ciaż­by nie uśmiech­nął się… Było dopraw­dy zadzi­wia­ją­ce, jak to się sta­ło, że w tym mło­dym chłop­cu sku­pi­ło się tyle zalet! Odszedł po pierw­szym roku i słuch o nim zagi­nął. Od cza­su do cza­su docho­dzi­ły do nas jakieś strzę­py wia­do­mo­ści, ale nigdy nie było wia­do­mo co jest praw­dą a co nie. I wte­dy — w lecie 1976-go spo­tka­łem go na Nowym Świe­cie. Pozna­li­śmy się od razu cho­ciaż osiem lat jakie upły­nę­ły od ostat­nie­go widze­nia mogły nas zmie­nić. Cza­rek “schudł, sczer­niał ale dziw­nie wyszla­chet­niał”! Oczy­wi­ście poszli­śmy gdzieś poga­dać i od sło­wa do sło­wa umó­wi­li­śmy się na następ­ne spo­tka­nie, ale już wte­dy czu­łem, że Cza­rek ma pro­blem. Pro­blem — jak się oka­za­ło — wią­zał się z tym, że Cza­rek po pro­stu za dużo miał. Już nie poma­ga­ły łapów­ki, dro­gie pre­zen­ty i daw­ne meto­dy mamy Ste­ni. Ponu­rej sła­wy Inspek­to­rat Kon­tro­l­no-Rewi­zyj­ny był nie­prze­jed­na­ny i Cza­rek jęczał pod podat­ka­mi, domia­ra­mi, wyrów­na­nia­mi i dia­beł wie pod czym jesz­cze. Jego impe­rium trzesz­cza­ło w posa­dach. Był pod tak dokład­ną lupą kon­tro­le­rów, że spóź­nie­nie z zapła­tą podat­ków choć­by o jeden dzień, powo­do­wa­ło natych­mia­sto­wy nalot komorników.



Jed­nym z napięk­niej­szych klej­no­tów w zespo­le jego przed­się­biorstw była cegiel­nia wraz z wytwór­nią farb i lakie­rów. To były towa­ry despe­rac­ko pożą­da­ne przez hur­tow­nie han­dlu deta­licz­ne­go, skle­py i inne pry­wat­ne przedsiębiorstwa.

Byłem u nie­go w domu, wysłu­cha­łem rela­cji o zasię­gu jego inwe­sty­cji, poje­cha­li­śmy do cegiel­ni, obej­rza­łem wzo­ro­wo zor­ga­ni­zo­wa­ną wytwór­nię farb i praw­dę mówiąc po tym wszyst­kim “szczę­ka mi opa­dła” i owład­nę­ło mną poczu­cie zmar­no­wa­ne­go cza­su! ileż ten chło­pak osią­gnął! Pew­nie, że miał wspa­nia­ły start, ale nie tyl­ko go nie zmar­no­wał, ale dopro­wa­dził­do kwit­ną­ce­go sta­nu i z małe­go warsz­ta­tu zro­bił kon­glo­me­rat róż­nych zakła­dów. Przy tym poten­ta­cie ryn­ku, zróż­ni­co­wa­niu pro­duk­cji, roz­ma­chu, inwen­cji, ilo­ści zatrud­nio­nych, a co za tym idzie — nie­wąt­pli­wie ogrom­nym prze­pły­wie gotów­ki wszyst­kie nasze pra­ce, dok­to­ra­ty i zagra­nicz­ne wyjaz­dy były jedy­nie roz­pacz­li­wy­mi pod­sko­ka­mi! Myśmy zale­d­wie pod­ska­ki­wa­li, a on w tym cza­sie fru­wał! Tłu­ma­czy­łem sobie tro­chę pokręt­nie, że nikt się do nie­go nie może porów­ny­wać, bo prze­cież pie­nięż­ny start i zasta­łe moż­li­wo­ści, ale czu­łem, że nawet ta jego prze­wa­ga nie roz­grze­sza­ła nas i nie czy­ni­ła mniej­szy­mi nie­udacz­ni­ka­mi! To spo­tka­nie i wizy­ta w cegiel­ni wraz z wia­do­mo­ścia­mi o postę­pie trans­por­to­we­go inte­re­su Ant­ka “zapłod­ni­ły” mnie solid­nie myślą, że to jest jedy­na słusz­na i dobra dro­ga. Pra­ca dla sie­bie! Pra­ca nie­skrę­po­wa­na dur­ny­mi pole­ce­nia­mi sze­fów, biu­ro­kra­tycz­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi i non­sen­sow­ny­mi regu­la­mi­na­mi! Pra­ca wyzwa­la­ją­ca ener­gię, pomy­sło­wość i odwa­gę! I czym był ten dok­to­rat, któ­ry sobie tak wymy­śli­łem i wytłu­ma­czy­łem, że jest dobry, potrzeb­ny i poży­tecz­ny? Żart jakiś czy co? Czy wobec tego tyta­na pra­cy i przed­sie­bior­czo­ści nie wyglą­dał po pro­stu śmiesz­nie?! A do tych wszyst­kich myśli i reflek­sji doszły jesz­cze inne. Było już prze­cież po czerw­cu, po Rado­miu, Ursu­sie i po lodo­wa­tym prysz­ni­cu, któ­ry te wyda­rze­nia niosły!

Do czor­ta z tym całym, nie­re­for­mo­wal­nym sys­te­mem, hasła­mi, zapew­nie­nia­mi i cią­głym zaci­ska­niem pasa! Czu­łem, że mam dość, “wypi­su­ję się” i idę na swoje!

W takich oko­licz­no­ściach zamy­kał się powo­li paro­let­ni okres mojej pra­cy w pań­stwo­wych insty­tu­cjach. Oczy­wi­ście, że to nie było tak od razu, ale byłem już zde­cy­do­wa­ny, cho­ciaż cią­gle jesz­cze pełen obaw.

W stycz­niu 2017 roku — z per­spek­ty­wy świe­żo upie­czo­ne­go eme­ry­ta wspo­mi­na­łem te pierw­sze lata mojej 45-cio let­niej wędrów­ki przez dro­gi i bez­dro­ża zawo­do­we­go życia.

Przy­po­mi­na­jąc sobie róż­ne wzlo­ty i upad­ki oraz rado­ści i smut­ki, któ­re zda­rzy­ły się w tam­tych odle­głych i pra­wie zapo­mnia­nych cza­sach mogę powie­dzieć jedno:

Nicze­go nie żałuję!

          KONIEC