Współ­cze­sny świat zamiesz­ku­ją dwa gatun­ki czło­wie­ko­wa­tych. Nie mówię o rasach, mówię o gatunkach.

Dru­gi gatu­nek to ci, któ­rzy na tym świe­cie uro­dzi­li się i trwać będą na nim do śmier­ci. Ciż­ba, że prze­pchnąć się trud­no. Osob­ni­ki pierw­sze­go gatun­ku nato­miast, a jest to gatu­nek liczeb­nie dość skrom­ny (jeden do stu tysię­cy, może nawet jeden do milio­na?), choć kom­pe­ten­cja­mi naj­znacz­niej­szy, to ci, któ­rzy nie tyl­ko są, któ­rzy nie tyl­ko nasz świat rozu­mie­ją, ale któ­rzy zdo­by­li umie­jęt­no­ści na tyle istot­ne – w pierw­szej chwi­li chcia­łem napi­sać “znacz­ne”, lecz “istot­ne” pre­cy­zyj­niej odda­je ich isto­tę – któ­rzy zdo­by­li umie­jęt­no­ści na tyle istot­ne, powta­rzam, by nasz świat kreować.

BĄBELKOWA EPISTEMIA

Dla przy­kła­du, boć róż­nic jest nie­skoń­cze­nie wię­cej, odróż­nia ich od pozo­sta­łych ta drob­nost­ka, że nie noszą zegar­ków. Nie muszą. To oni decy­du­ją, któ­rą godzi­nę poka­zu­ją zegar­ki noszo­ne przez innych.

Jak to się robi? Sło­wa­mi. Choć­by taki­mi: “Sta­li­śmy ramię w ramię w naj­bar­dziej zna­czą­cych momen­tach ubie­głe­go wie­ku. Ta uni­kal­na więź leży teraz u pod­staw naszej bli­skiej rela­cji”. Kto to powie­dział i kie­dy? Gdzie? Do kogo? Pani pre­mier Wiel­kiej Bry­ta­nii to powie­dzia­ła, May Tere­sa. W cza­sach, w jakich prze­sta­wa­ła już być panią pre­mier. W Lan­ca­ster House to rze­kła, w Lon­dy­nie. Do pre­mie­ra Mate­usza Mora­wiec­kie­go oraz mini­strów. Naszych i ich.

REKLAMA

Oto jak prze­ma­wia się do sojusz­ni­ka, żeby sojusz­ni­ko­wi bąbel­ka­mi odbi­ło, epi­ste­mię nale­ży­cie zakłó­ca­jąc. Ale nie zanad­to, nie zanad­to. Sojusz­nik albo­wiem musi przy oka­zji tak sfor­mu­ło­wa­ne­go prze­ka­zu zro­zu­mieć rów­nież, któ­rą godzi­nę poka­zu­je jego zega­rek. Przy czym: jeśli kto­kol­wiek łudzi się, że kolej­ni wład­cy Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa zmie­nią nie­zmien­ne, mówię o wie­ko­wym sto­sun­ku do państw innych niż wła­sne, ów nie­szczę­śnik winien czym prę­dzej zdjąć z kar­ku sem­pi­ter­nę, a łepe­ty­nę umie­ścić na wła­ści­wym miej­scu. W prze­ciw­nym razie rychło zamie­ni się w czło­wie­ka, któ­ry łyka czop­ki, prze­ko­na­ny, że niby gdzie miał­by je sobie wkładać?

ŁYKAJĄC CZOPKI

Ho-ho, tak-tak. Stres zaiste roz­ma­ite rze­czy z czło­wie­kiem wypra­wia. Weź­my taki przy­kład: “Prak­ty­ka ubo­ju cho­rych krów na mię­so może być bar­dziej roz­po­wszech­nio­na w Pol­sce niż się wcze­śniej wyda­wa­ło” – napi­sał “The Guar­dian” w spra­wie afe­ry z ubo­jem krów (z prze­ło­mu stycz­nia i lute­go. Potem spra­wę uda­ło się sku­tecz­nie wyciszyć).

Tym­cza­sem Jan Krzysz­tof Arda­now­ski, pan urzę­du­ją­cy mini­ster od rol­nic­twa i roz­wo­ju wsi, wystę­pu­jąc na ante­nie radio­wej, sko­men­to­wał pro­blem uży­wa­jąc słów nastę­pu­ją­cych: “Wstrzy­ma­no pro­duk­cję, mię­so zosta­ło zabez­pie­czo­ne i wyco­fa­ne ale jed­no­cze­śnie zosta­ło prze­ba­da­ne i się oka­za­ło że mię­so jest zdro­we, mię­so jest bez­piecz­ne i cho­re kro­wy też były zdrowe”.

Pyta­nie brzmi: na kogo stres prze­ra­bia nas pręd­ko? Odpo­wiedź zna­my: na czło­wie­ka, któ­ry łyka czop­ki, prze­ko­na­ny, że niby gdzie miał­by je sobie wkładać.

Nasz pan mini­ster od rol­nic­twa. Czy tam mini­ster, nasz pan. Któ­re­mu powiem, i prze­cież nie jemu jed­ne­mu: mowy nie ma o obro­nie wła­snych inte­re­sów, naszych, sko­ro – być może z powo­du z powo­du nad­mier­ne­go łyka­nia czop­ków – nie wie­cie, czym nasze inte­re­sy są i gdzie dokład­nie leżą.

CHCIEĆ BYĆ

Przy­kre, jak czę­sto inte­re­sa­mi Pol­ski sta­ją się inte­re­sy naszych wro­gów, nad­zor­ców i tre­se­rów. Jak to ujmo­wał śp. Lech Kaczyń­ski: “Żeby być trak­to­wa­nym jako duży euro­pej­ski naród, trze­ba chcieć nim być”. Pro­ste jak dwa i dwa, a jak­że ude­rza­ją­co nie­zro­zu­mia­łe w popu­la­cji nad­wi­ślań­skiej, zwłasz­cza w kon­tek­ście rozu­mie­nia poję­cia polskości.

Dodaj­my dziś do powyż­sze­go parę współ­za­leż­nych pro­ce­sów myślo­wych. A ponie­waż pro­ce­sy owe naj­le­piej uru­cha­miać w for­mie pytań (co ucze­nie nazy­wa się meto­dą maieu­tycz­ną docho­dze­nia do praw­dy), powiedz­my tak: sko­ro jakieś pań­stwo nie pro­wa­dzi samo­dziel­nej poli­ty­ki przez trzy stu­le­cia, to czy da się prze­wi­dzieć, czy do pro­wa­dze­nia poli­ty­ki chce wró­cić jako pań­stwo? A jeśli rze­czy­wi­ście zamie­rza, czy po trzy­stu latach w ogó­le nada­je się jesz­cze do pro­wa­dze­nia samo­dziel­nej polityki?

Ktoś odnie­sie się do tego rodza­ju wąt­pli­wo­ści? Ktoś zechce wska­zać, od kie­dy Pol­ska samo­dziel­nej poli­ty­ki nie pro­wa­dzi? Pytam też o punkt prze­ło­mu, po któ­rym pro­wa­dze­nie nie­za­leż­nej poli­ty­ki przez Rzecz­po­spo­li­tą prze­sta­ło być moż­li­we – jeśli rze­czy­wi­ście być prze­sta­ło. Jak uwa­żam. Więc.

KRÓLOWA POLSKI

Gdzie więc nasze szan­se, per­spek­ty­wy, nadzie­je, gdzie świa­tło w tym upior­nym tune­lu euro­po­idal­nej cza­so­prze­strze­ni, świa­tło nie będą­ce zara­zem zapo­wie­dzią loko­mo­ty­wy pędzą­cej w naszym kierunku?

Ależ pro­szę bar­dzo. Jak raz Robert Bąkie­wicz ujaw­nił hasło i znak gra­ficz­ny tego­rocz­ne­go “Mar­szu Nie­pod­le­gło­ści”. Hasło brzmi: “Miej w opie­ce naród cały”, co sta­no­wi fra­zę maryj­nej pie­śni “Z daw­na Pol­ski Tyś Kró­lo­wą”, logo zaś to róża­niec ople­cio­ny wokół dło­ni w spo­sób, jaki czę­sto sto­su­je się, odma­wia­jąc modlitwę.

Sam tak robię, przy­zna­ję: na jed­nej dło­ni róża­niec, pal­ce dru­giej prze­su­wa­ją pacio­rek za paciorkiem.



Tomasz Kali­now­ski z zarzą­du Sto­wa­rzy­sze­nia Marsz Nie­pod­le­gło­ści uzu­peł­nił ideę: “Odwo­łu­je­my się do wyż­szych war­to­ści w momen­cie, gdy zagro­żo­ne są pod­sta­wo­we war­to­ści takie jak: rodzi­na, wspól­no­ta naro­do­wa i wia­ra kato­lic­ka”, a ja pytam z miej­sca: czyż­by naro­dow­cy (sym­bo­licz­nie, boć nie cho­dzi o samych naro­dow­ców) oprzy­tom­nie­li, rusza­jąc tro­pem krzyżowców?

Daj Boże. Speł­ni­li­by tym spo­so­bem marze­nie, hołu­bio­ne prze­ze mnie od zawsze, a zro­dzo­ne chy­ba jesz­cze w cza­sach, gdy za moim jaski­nio­wym oknem pasły się jesz­cze dino­zau­ry. Oto to marze­nie: złu musi­my wyzna­czać gra­ni­ce, w prze­ciw­nym razie zło wyzna­czy gra­ni­ce nam.

KRZYŻ I RÓŻANIEC

Brzmi zło­wiesz­czo, albo­wiem Pola­cy noszą w sobie pokła­dy zło­ści do świa­ta wie­lo­krot­nie bogat­sze niż kam­bryj­skie pokła­dy antra­cy­tu. Bogat­sze, a przede wszyst­kim uza­sad­nio­ne. Ja nawet wiem, dla­cze­go. Prze­szło trzy­dzie­ści lat o tym piszę, powta­rza­jąc, że trwa­ły pokój Pola­cy zbu­du­ją dopie­ro obie­ra­jąc kurs na wzgó­rze, z któ­re­go doj­rzą gro­by swo­ich wro­gów. W prze­ciw­nym razie za grzech zanie­cha­nia poko­le­nia naszych ojców, aksjo­lo­gia wcze­śniej czy póź­niej dopad­nie i poka­le­czy poko­le­nia nasze, naszych dzie­ci i wnuków.

Wra­ca­jąc do tego­rocz­nej idei Mar­szu: “Ten kto wpadł na pomysł wpi­sa­nia różań­ca w sym­bol “whi­te power” bar­dzo brzyd­ko się bawi” – zauwa­ży­ła nie­ja­ka Kata­ry­na, oneg­daj tytu­ło­wa­na “gwiaz­dą pra­wi­co­we­go internetu”.

Na co pre­zes Ordo Iuris, mece­nas Jerzy Kwa­śniew­ski, odwark­nął: “To hisz­pań­scy socja­li­ści w cza­sie woj­ny domo­wej wzno­si­li pięść w geście “Whi­te power”? – zapy­tał panią Kata­ry­nę reto­rycz­nie. “To uni­wer­sal­ny gest pro­te­stu. Moż­na to róż­nie oce­niać, ale koja­rze­nie z “Whi­te power” to świa­do­my wybór wię­cej mówią­cy o uprze­dze­niach auto­ra komen­ta­rza” – dokończył.



Kata­ry­na nie była pierw­sza ani jedy­na. “Zaci­śnię­ta pięść to znak zamknię­cia, nie­na­wi­ści, gnie­wu — posta­wy, któ­ra mało ma z modli­twą wspól­ne­go. To logo to pro­fa­na­cja i atak na chrze­ści­jań­stwo! Broń­my Kościo­ła!” – zagrzmiał Michał Szuł­drzyń­ski, na co dzień dzien­ni­karz “Rzecz­po­spo­li­tej”. Z cze­go wyni­ka, że człek ów praw­do­po­dob­nie nigdy nie odma­wiał różańca.

“Róża­niec jak kastet” – potwier­dził ser­wis www “Rze­py”, usta­mi Krzy­ża­ka Toma­sza, doma­ga­ją­ce­go się natych­mia­sto­wej reak­cji Epi­sko­pa­tu na “wcią­ga­nie do wal­ki przez naro­dow­ców różań­ca i krzyża”.

METODA SOWIECKA

Powie­dzieć o ludziach kata­ry­no­po­dob­nych “anal­fa­be­ci kul­tu­ro­wi” to nobi­li­to­wać popaprańców.

Kul­tu­ro­wy anal­fa­be­ta nie rozu­mie kim jest, skąd się wziął i na czy­ich ramio­nach stoi.

Taki wariat nie wie nawet, do cze­go nie­zbęd­na była­by mu tego rodza­ju wie­dza. Rzecz w tym, że tego rodza­ju defi­cy­ty wystę­pu­ją u nie­licz­nych pre­ten­den­tów do zja­wi­ska zwa­ne­go ojko­fo­bią. Gdy­by ktoś nie pamię­tał zna­cze­nia tego ter­mi­nu: “oiko­fo­bia” to zabu­rze­nie oso­bo­wo­ści, mani­fe­stu­ją­ce się awer­sją, pogar­dą, wresz­cie agre­sją skie­ro­wa­ną ku rodzi­mej wspól­no­cie, a będą­ce prze­ja­wem poważ­ne­go kry­zy­su toż­sa­mo­ści czło­wie­ka, celo­wo usi­łu­ją­ce­go zerwać kon­takt z przy­na­leż­nym mu i przy­pi­sa­nym dzie­dzic­twem. Więc.

Dyplo­mo­wa­ny ojko­fob zatem, to z per­spek­ty­wy wspól­no­ty zja­wi­sko groź­niej­sze i wyra­zi­ściej dewa­stu­ją­ce spo­łecz­ność niż byle kul­tu­ro­we anal­fa­bec­two. A to z powo­du zafik­so­wa­nia na nie­na­wi­ści do roda­ków, do wspól­no­ty. Rodzin­nej, etnicz­nej, reli­gij­nej, naro­do­wej, cywilizacyjnej.

Nie­szczę­śnik ogar­nia, co to “pro­ces kul­tu­ro­twór­czy”, “toż­sa­mość”, “socja­li­za­cja” oraz “wspól­no­ta”, ale naj­chęt­niej meto­dą sowiec­ką prze­strze­lił­by tra­dy­cji poty­li­cę, cia­ło tra­dy­cji spa­lił, w jakimś dole upchał, wap­nem przy­sy­pał, a jej grób moczem zbezcześcił.

Jesz­cze raz Szuł­drzyń­ski: “Zaci­śnię­ta pięść to znak zamknię­cia, nie­na­wi­ści, gnie­wu — posta­wy, któ­ra mało ma z modli­twą wspól­ne­go”. Obłą­ka­nizm, nie inaczej.

A pro­pos. Tra­fi­łem ostat­nio na wyzna­nie lite­ra­ta Twar­do­cha Szcze­pa­na. “Jestem cha­mem” – wyda­lił z sie­bie Szczep­cio. Fakt, że odkry­cie to żad­ne, ale przy oka­zji puen­ta napi­sa­ła się sama. Oni wszy­scy tacy. Cha­my kul­tu­ro­we, ojko­fo­bi, obłą­kań­cy. Idź­cie stąd precz, natychmiast.

Krzysz­tof Ligęza

Kon­takt z autorem:

widnokregi@op.pl