Nie od dziś wiadomo, że sztuka w Polsce, ta finansowana przez podatników, jest kontrolowana niemal całkowicie przez lewactwo. Nie chce mi się szukać lepszego słowa. W każdym bądź razie przez osobników albo głupich, albo łajdaków (czyli takich, którzy głupi nie są, ale świadomie propagują ideologię lewacką), którzy są, czy też czują się, członkami frontu ideologicznego, którego zadaniem jest tresowanie Bogu ducha winnych Polaków, żeby zachwycali się, już nie ZSRS, komunizmem, Leninem czy Gierkiem, jak za komuny, ale tymi durnotami, które są przeszczepiane nad Wisłę, tym razem z Zachodu, czyli feminizmem, gender, zboczeńcami, ekologizmem, miłowali Unię Europejską, a nienawidzili Polski, Kościoła, tradycji patriotycznej itd. I chodzi tutaj o osobników, którzy opanowali uczelnie, urzędy „zajmujące się” sztuką,  instytucję, muzea, galerie, czasopisma, portale internetowe itd. itd. Trudno wskazać miejsce, gdzie ich nie ma.

Kadry decydują o wszystkim – mawiał towarzysz Lenin. I skoro takie kadry rządzą sztuką w Polsce, to nic dziwnego, że jest ona taka, jaka jest, czyli bardzo często tubą propagandową lewactwa. Dlatego mamy, albo ideologiczne durnoty, albo, w najlepszym razie, ma być kolorowo i o niczym. Oczywiście, są wyjątki, choćby The Krasnals czy Sztuka Alternatywna. Ale po pierwsze, te wyjątki tylko potwierdzają regułę, a po drugie, obie grupy zdaje się, że tworzą za swoje pieniądze.

Nie napisałbym tego tekstu, ale niestety, w mediach społecznościowych natknąłem się na tekst zamieszczony przez Jana Bodakowskiego. Opisał w nim (i nie oszczędzając czytelników wrzucił filmik!), durnotę mającą miejsce w Zachęcie. Nie będę tego czegoś omawiał, napiszę tylko, że ci tzw. artyści, to chyba obejrzeli film porno i też tak chcieli, ale okazało się, że mieli zbyt niskie kwalifikacje, żeby zaistnieć w branży erotycznej, wobec tego wymyślili sobie, że będą zajmować się sztuką. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby te swoje brewerie wyczyniali za swoje pieniądze, a nie za nasze i u siebie w domu, albo motelu, a nie w instytucji, która jest utrzymywana przez podatników. Gdybym zapytał władze Zachęty, czy mógłbym zorganizować happening, to wiadomo, że by się nie zgodzili, no bo jak to tak? Tylko odpowiedzialni towarzysze mogą działać w aparacie propagandowym. Co by to było, gdyby lud zobaczył coś ideologicznie niepoprawnego? Cała robota na nic. Ale, jeśli chcecie, to próbujcie, zobaczymy czy dostaniecie w ogóle odpowiedź.

Skoro sztuka w Polsce jest nafaszerowana ludźmi głupimi, lewakami, niczym cielsko syfilityka bakteriami krętka bladego, to dobrze byłoby, choćby w trosce o poziom sztuki w Polsce, skierować ich do innych odpowiedzialnych zadań, np. do pracy na poczcie, na kasie w supermarkecie, albo na zmywak w Anglii.  Jak to zrobić?

Przede wszystkim należałoby skończyć z finansowaniem sztuki, kultury, jak zwał, tak zwał przez władzę, państwo, samorządy, spółki skarbu państwa, w sposób bezpośredni i pośredni np. przez stowarzyszenia, fundacje, czy firmy. Już słyszę te jęki, że tak nie można, że to oznacza upadek sztuki, że artyści nie będą mieli pieniędzy itd. A tak naprawdę chodzi o to, że straciłoby stołki wielu leni, którzy nigdy w życiu uczciwie nie pracowali. Sztuce nic złego by się nie stało. Taki Vincent van Gogh był finansowany z prywatnych pieniędzy, czyli swojego brata. Claude Monet i inni impresjoniści, mieli marszanda. Pablo Picasso potrafił sam się utrzymać. A tworzyli dzieła, które znaczą więcej dla sztuki światowej, niż wszystkie lewackie dziełka razem wzięte. Jeśli to nie przekonuje, to przypomnijmy sobie, że za komuny, gdy państwo zajmowało się produkcją, dystrybucją i handlem, to sporo produktów było na kartki, a w sklepach pusto. A teraz, gdy produkcją i handlem zajmuje się „inicjatywa prywatna”, to mimo różnych szykan urzędników i obkładania wszystkiego i wszystkich podatkami przez państwo, to półki uginają się od produktów.

Ale tak to jest, że jak jeden zabroni, to drugi pozwoli. Nie od dziś wiadomo, że sposobem prowadzenia wojny między państwami, jest wojna na poziomie, powiedzmy, stosowania przemocy psychicznej, narzucenia przez jedno państwo, swojej woli społeczeństwu drugiego państwa, poprzez media, propagandę itd. Wobec tego należałoby zakazać, pod srogimi karami, finansowania sztuki w Polsce z zagranicy przez rządy, miasta, organizacje, fundacje, stowarzyszenia czy firmy. Już słyszę ten kwik, jakie to zagrożenie dla demokracji, wolność, kultury i tak dalej. Ale to normalne, że świnie kwiczą, jak im się koryto zabiera i nie należy się tym przejmować.

Jednak i to nie wystarczy. Należałoby jeszcze zlikwidować jak najwięcej stoków dla tych różnych osobników zarządzających sztuką, od ministerstwa, poprzez wydziały kultury w województwach, miastach, po państwowe galerie itd. I to samo uczynić z instytucjami, które to niby mają zajmować się sztuką. Nie są potrzebne. A w tych, które zostałyby, czyli bardzo niewielu, należałoby wprowadzić kadencyjność. Jak? Normalnie. Ustalić jakiś minimum, które musi spełnić kandydat. Ale nie takie, które spowoduje, że może wygrać tylko jeden, ustalony wcześniej kandydat do koryta. I jeszcze to ważne, że wymogiem nie może być doświadczenie w branży, bo co to za doświadczenie, zajmować się propagandą lewacką? I spośród tych, którzy byliby chętni do objęcia stanowiska, raz na pół roku, czy raz na rok losowałoby się tego, który to stanowisko obejmie. Po pół roku, czy roku, osobnik traciłby stołek, ale mógłby ubiegać się o niego ponownie, w kolejnym losowaniu. Przy czym fałszowanie czy próby fałszowania losowania, byłyby zagrożone srogą karą, zupełnie jak wyłudzanie vatu.

Pomysł chyba nie jest zły, ale wiadomo, że rząd tego nie zrobi, wobec tego społeczeństwo polskie jest i będzie tresowane przez lewaków. Aż do skutku. Niestety.

Michał Pluta