Opo­wie­ści z Pol­ski zacznę od koń­ca, czy­li od powrotu.

Do War­sza­wy lecia­łem LOT-em Dre­am­li­ne­rem, któ­re­go jed­ną z zalet jest przy­ciem­nia­nie okien, co pozwa­la w locie do Euro­py wydłu­żyć “noc”, kie­dy  na zewnątrz jest już dzień, dzię­ki cze­mu do jakiejś godzi­ny 11 rano lokal­ne­go cza­su – samo­lot lądo­wał o godzi­nie 12 z minu­ta­mi – byli­śmy pogrą­że­ni w słod­kich ciem­no­ściach, a to uła­twi­ło przy­sto­so­wa­nie do prze­sta­wie­nia zegarka.

Z powro­tem lecia­łem rów­nież LOT-em tyl­ko że obsłu­gi­wa­nym przez bel­gij­skie linie lot­ni­cze Air Belgium.

Dla­cze­go? Dla­te­go że Dre­am­li­ne­ry mają pro­blem z sil­ni­ka­mi Rolls-Roy­ce­’a i są suk­ce­syw­nie pod­da­wa­ne wymia­nie czę­ści u pro­du­cen­ta, a lukę uzu­peł­nia­ją bel­gij­skie Air­bu­sy 340 – 300; dłu­go­dy­stan­so­we  czterosilnikowce.

Obsłu­ga była rów­nież nie­po­lska za wyjąt­kiem, tak na oko, trzech stewardes.

Samo­lot pla­no­wo odle­ciał i dole­ciał, ale nie oby­ło się bez emocji.

Lecia­łem w bar­dzo dobrym miej­scu, czy­li tuż przy wyj­ściu awa­ryj­nym, gdzie moż­na roz­cią­gnąć nogi (dzię­ku­ję Pani Hali­no) razem z pew­nym Ukra­iń­cem z Toron­to, czło­wie­kiem wie­ku śred­nie­go, któ­ry, jak się póź­niej oka­za­ło pra­co­wał na Ukra­inie z ramie­nia OECD, czy  innej dorad­czej insty­tu­cji. Patrząc zaś na jego bicep­sy nie wyklu­czył­bym spraw wyma­ga­ją­cych trzy­ma­nia jakie­goś sprzętu…

Roz­mo­wa nam się bar­dzo miło kleiła…

Od jakie­goś cza­su, zawsze przed star­tem samo­lo­tu, w momen­cie kie­dy pilot włą­cza moc star­to­wą osten­ta­cyj­nie się żegnam. Cza­sem wywo­łu­je to lek­kie uśmiesz­ki, cza­sem nie.

W tym wypad­ku mój znak krzy­ża wywo­łał uśmiech u Ukra­iń­ca, a na mój “pytaj­ny” wzrok  tłu­ma­cze­nie, “rozu­miem, rozu­miem jesteś kato­li­kiem” (roz­ma­wia­li­śmy po angielsku).

I pro­szę sobie wyobra­zić, że mniej wię­cej w poło­wie podró­ży na połu­dnie od Gren­lan­dii kie­dy za okna­mi ciem­na noc, wle­cie­li­śmy w poważ­ne tur­bu­len­cje. Naszym air­bu­sem zaczę­ło mio­tać w te i we wte,  naj­wy­raź­niej wyłą­czył się pilot auto­ma­tycz­ny, samo­lot prze­chy­lił gwał­tow­nie na lewe skrzy­dło (odchy­le­nie mie­rzy­ła zasłon­ka w kory­ta­rzu) i spadł. Rze­czy zsu­nę­ły się na pod­ło­gę, ludzie zaczę­li krzy­czeć.  Pilot prze­chył wypro­wa­dził, doszło z kolei do prze­chy­łu na pra­we skrzy­dło i taki rol­ler­co­aster trwał dobre 10 min.

Ponie­waż mia­łem słu­chaw­ki na uszach i pięk­ną monu­men­tal­ną muzy­kę  ilu­stra­cyj­ną Two steps from Hell Tho­mas Ber­ger­se­na (link) włą­czo­ną “na full” — zro­bił mi się super “tele­dysk”.

Tym­cza­sem moje­mu współ­pa­sa­że­ro­wi zro­bi­ło się nie­do­brze, musiał użyć toreb­ki, kro­pel­ki potu poja­wi­ły się na twa­rzy, zaczął się tłu­ma­czyć, że za dużo zjadł. Pytał czy sły­sza­łem, jak w tyle  ludzie krzy­cze­li;  mówię, że  nic nie sły­sza­łem bo mia­łem słu­chaw­ki, no ale nie ma się cze­go bać (tym bar­dziej jak czło­wiek po spo­wie­dzi 🙂)

Po chwi­li kapi­tan zapew­nił, że samo­lo­ty są  zbu­do­wa­ne tak, by tego rodza­ju spad­ki wytrzymać…

Jak tam są budo­wa­ne, tak są budo­wa­ne, nasz był jed­nak dosyć sta­reń­ki, bo w ubi­ka­cji i przed miał jesz­cze popiel­nicz­ki, no a kie­dyż to było, gdy lecąc przez Atlan­tyk mogli­śmy ze sma­kiem zapa­lić? Chy­ba jakieś wcze­sne lata 90…

Tak czy owak, czy­nie­nie zna­ku krzy­ża ma sens. Zawsze i wszędzie!

Andrzej Kumor