Czyli o okularach, czyli dla odmiany o czymś bardzo przydatnym, ba! – niezbędnym. Dawno temu jak ktoś potrzebował ‘bryle’ – a bryle to w języku śląskim okulary, to po prostu szedł na targ i udawał się do takiego faceta, który rozkładał różne okulary na stoliczku przykrytym ceratą, i tak długo przymierzał, i czytał przygotowane różnej wielkości litery, aż widział je dobrze.  Wtedy takie wypróbowane okulary kupował. Sprawa rozwiązana. Dopiero jak już żadnych liter nie widział, to udawał się do poradni zdrowia. I dopiero z takiej przychodni zdrowia dostawał zlecenie do okulisty, zazwyczaj w szpitalu. Większość jednak znajdowała odpowiednią parę i nie narzekała. Ale  wtedy życie było ciężkie, to i się mniej narzekało. A ramkami to się nikt nie przejmował. Choć czarne i rogowe, były zdecydowanie najdroższe, bo była taka moda po aktorze Zbyszku Cybulskim, który takie nosił.

Zawsze mnie to trochę śmieszyło, żeby tak na targu sobie okulary kupować? Mama na mnie nakrzyczała, żebym się nie ważyła z tego powodu więcej z sąsiadów podśmiechiwać. No to masz. Zemściło się. Prawie pół wieku później, pewna okulistka w Ontario po zbadaniu wzroku mojej znajomej i wypisaniu recepty astygmatycznej, poleciła jej najtaniej iść do Costco i kupić jedną parę okularów na 2.5 dioptrii, a drugą na 3.00. Ważne, żeby rozmiar i ramki były takie same, a ona jej za niewielką opłatą wymieni te szkła. I tak tanim kosztem będzie miała dwie pary okularów leczniczych.

Moja sprytna znajoma wymyśliła jeszcze lepiej. Poszła do dolarówki, kupiła okulary z dioptrią 2.5 i takie z 3.00, i sama przy kuchennym stole zmieniła sobie szkła. Taka była z siebie dumna, że dokupiła kilka par i miała dobrane okulary do każdego  stroju. A ubiera się lekko i kolorowo. No cóż pomysłowość, szczególnie naszych, nie zna granic.

Za to w zupełne osłupienie wprowadziła mnie pomysłowość i zaradność jednego takiego z Polski, który miał okulary i na czytanie i na dalekie widzenie. Tylko… Jedno szkło było na blisko (czytanie), a drugie na daleko (jazdę samochodem). Kiedyś mnie podwoził i tak mnie to trochę zdziwiło, że jak gołąbek przekrzywia główkę w moją stronę. A on biedny po prostu musiał przekrzywiać głowę, żeby patrzeć tylko przez to jedno szkło. Więc tak w Ontario od 65-go roku życia co roku z publicznego ubezpieczenia można zbadać sobie wzrok.  Zakup okularów już jednak nie jest pokrywany przez publiczne ontaryjskie ubezpieczenie (OHIP). W ramach prywatnych ubezpieczeń z reguły jest jakaś kwota (około $200 co dwa lata) na zakup okularów leczniczych. Jest nadzieja, że wzorem ostatnio wprowadzonego planu dentystycznego dla osób od 65-go roku życia, w Ontario zostanie wprowadzone ubezpieczenie na okulary. Ale nie wiadomo kiedy to nastąpi.

Nie wiem jak sprawa ma się w Polsce, ale chyba jak zwykle nie za różowo? W Polsce niby wszystko jest, ale jak się ma pieniądze, o czym dobitnie świadczy ‘afera’ marszałka Senatu dr Grodzkiego, słynącego z przyjmowania kopertek od pacjentów. Znajomi z Polski mi donoszą, że teraz to i bez kopertki (czyli prosto do kieszeni) się nie wyleczysz. I pomyśleć, że w Kanadzie taka sprawa byłaby nie do pomyślenia. Wyobrażacie sobie zdziwienie waszego lekarza gdybyście chcieli wręczyć mu kopertkę.

Mówią, co kraj to obyczaj.

Michalinka