Dwa tygo­dnie temu poda­łam prze­pis na nie­za­wod­ne cia­sto. Nie­za­wod­ne dla mnie, bo zawsze mi  wycho­dzi. Chy­ba dla­te­go, że pie­kę je od kil­ku dekad. Zbyt wie­le wię­cej nie pie­kę. Od cza­su do cza­su ser­nik – ale jest kom­pli­ko­wa­ny, więc prze­pi­su nie poda­ję. No i ostat­nio pie­kę chleb.  Droż­dżo­wy. Jak się wpra­wię, to wam podam. Na razie to tak na dwo­je bab­ka wró­ży­ła, albo wyj­dzie, albo nie. Ale takie dziw­ne cza­sy nasta­ły, że nawet jak nie wyj­dzie to się go zja­da. Bo co to zna­czy, że chleb nie wyj­dzie? Na przy­kład źle wyro­śnie, albo nie wyro­śnie wca­le, albo zapo­mnę dodać soli, albo dam za mało droż­dży, albo… To albo to może być nad­cho­dzą­cy deszcz, albo i peł­nia księ­ży­ca. Już sama nie wiem.

Wie­cie jak to się kie­dyś mówi­ło, że nie ma grzy­bów przy peł­ni księ­ży­ca, albo też są – to zale­ży od regio­nu Pol­ski. U mnie na wsi, to ostat­nio czy przy peł­ni, czy też bez, to grzy­bów jak na lekar­stwo, bo grzyb­nia bar­dzo wysu­szo­na. I to zaj­mie kil­ka mokrych lat, zanim się odro­dzi. Jest nadzie­ja, bo w tym roku była masa śnie­gu, więc i oko­licz­ne bagna wez­bra­ły. Widzia­łam, bo poje­cha­łam zanim jesz­cze zare­ko­men­do­wa­no, aby nie jeź­dzić do żad­nych dom­ków let­ni­sko­wych, i sie­dzieć tam gdzie jest nasze głów­ne miej­sce zamiesz­ka­nia, tak zwa­ny ‘pri­ma­ry residence’.

Więc sie­dzę. I marzę. Na przy­kład o grzy­bo­bra­niu. I oczy­wi­ście pamię­tam tyl­ko te dobre lata, kie­dy stół pik­ni­ko­wy był dosłow­nie zawa­lo­ny dorod­ny­mi praw­dziw­ka­mi. Nie było wia­do­mo, co z nimi robić. Było ich po pro­stu za dużo do susze­nia, do mary­no­wa­nia, do poroz­da­wa­nia i do zje­dze­nia. Wyobraź­cie sobie, tyle praw­dziw­ków, że się już ich jeść nie chce, ani nawet zbie­rać! Ale nie zmar­no­wał się ani jeden trzo­nek, gdzież­by tam! Ale tak po kry­jo­mu muszę się przy­znać, że z ulgą bez spe­cjal­ne­go powo­dze­nie szu­ka­łam praw­dziw­ków w roku następ­nym. Te mary­no­wa­ne z tego rekor­do­we­go zbio­ru prze­trwa­ły całe trzy lata.

A z tymi grzy­ba­mi, to tak jak z tą zło­wio­ną rybą – co roku to więk­sza. Jesz­cze tro­chę, a zapeł­nię praw­dziw­ka­mi z tego dobre­go roku aż dwa sto­ły pik­ni­ko­we. To, że nie mam dwóch, to nie szko­dzi. Waż­na jest prze­ko­ny­wa­ją­ca opo­wieść. A tak jak jest teraz, to nawet nie mogę poje­chać na wieś i spraw­dzić czy wysy­pa­ły się grzy­by ‘more­le’. To po pol­sku smar­dze. Grzy­by te poka­zu­ją się w kwiet­niu. Nie­licz­ni lokal­ni, któ­rzy jesz­cze miesz­ka­ją na mojej wsi, opo­wia­da­ją, że lata temu przy dro­dze moż­na było nazbie­rać cały koszyk smar­dzy. Szcze­gól­nie bia­łe cie­szy­ły się dużym wzię­ciem, bo czar­ne mają bru­dzą­cy sok.

Nie wiem, czy z tymi smar­dza­mi, to przy­pad­kiem nie jest tak jak z tymi moimi praw­dziw­ka­mi, któ­re zawa­li­ły trzy pik­ni­ko­we sto­ły. Mówi­cie były dwa, a tak na praw­dę to tyl­ko jeden? Nie­waż­ne. Waż­ne, aby w tym cięż­kim cza­sie myśleć i wspo­mi­nać rze­czy przy­jem­ne. Jak dobrze pój­dzie, to do jesie­ni restryk­cje stop­nio­wo zosta­ną znie­sio­ne. Aku­rat na grzy­bo­bra­nie. Jak­że przy­jem­na będzie to czyn­ność, takie prze­cha­dza­nie się po kana­dyj­skiej kniei, nawet jeśli koszy­czek się mar­nie wypeł­ni, a koma­ry będą cię­ły ze wzmo­żo­ną natar­czy­wo­ścią wygło­dzo­ne bra­kiem letników.

Więc byle do grzybobrania.