Rola nauczycieli, i to dobrych nauczycieli, jest niezastąpiona w procesie nauczania. I muszą być to nauczyciele dobrzy, z talentem i powołaniem. Tylko pod takim parasolem mogą pojawić się mistrzowie.

Pierwszą nauczycielką Fryderyka Szopena była jego matka, która uczyła małego synka nie tylko techniki gry, ale przede wszystkim muzycznej ekspresji emocji. Potem Józef Elsner, który pierwszy zauważył w małym Frycku muzyczny geniusz. Po kilku latach nauki stwierdził, że już niczego więcej nie jest w stanie go nauczyć. Uczeń przerósł mistrza. I o to przecież chodzi, aby stworzyć warunki do wyłonienia mistrzów. Podobnie jest w wielu innych dziedzinach, w sporcie, nauce, a także w naszym życiu społecznym. Bez nauczycieli byłoby kiepsko nawet Szopenowi. Dodatkowo, aby się czegokolwiek nauczyć, musimy przyznać z pokorą, że jest coś do nauczenia, bo tego nie umiemy. I tak wielu z was zna Polonusów, którzy nigdy nie nauczyli się porządnie angielskiego (francuskiego, jeśli mieszkają w Quebecu), bo uważają, że znają świetnie angielski, więc po co im nauka? Tak naturalnie znają. Samozadowolenie połączone z brakiem samokrytyki.

Od jakości nauczycieli zależy wiele. Śmiem wysunąć tezę, że obecne niskie notowania polskich uniwersytetów jest związane z kadrą naukowo-dydaktyczną dobieraną w czasach komuny. Wtedy raczej najlepsi na uczelniach nie pozostawali. Może najlepsi w lizusostwie i donoszeniu. Nie chcę tutaj przyłożyć wszystkim pracownikom nauki, mam znajomych na uczelniach, którzy się w tej kategorii nie mieszczą, ale niewątpliwie ubolewam nad coraz niższymi ocenami polskich uczelni wyższych. Więc nie tylko dobrzy nauczyciele są potrzebni i postawa potrzeby nauczenia się, ale i cały kontekst sprzyjający nauce, taki jak budynki, laboratoria, publikacje, nakłady na publikacje, fundusze na konferencje, itd.

A tego, że najlepiej naśladować i uczyć się od mistrzów nie można kwestionować. I tu powracam do nas samych.

W ostatnim czasie znów wyskoczył z nową antypolską książką Jan Grabowski, nauczyciel akademicki z Ottawy. Wali jedną książkę za drugą, a wszystkie przepisują historię tak, że to Polacy byli winni niemieckich zbrodni na Żydach.

Ostatnia jego pozycja ‘Na posteruku’ nie jest wcale inna. Jej omówienie zamieścił izraelski Haaretz.com (żydowska witryna w języku angielskim), z dnia 12 czerwca, 2020 pod znamiennym tytułem ‘The Polish Police Force Had a Key Role in the Nazi Final Solution’ – Polska policja miała kluczową rolę w nazistowskim ostatecznym rozwiązaniu. Proszę zwrócić uwagę, że w tym tytule, jak i w całym artykule, nie ma słowa Niemcy, czy niemiecki. Jeszcze trochę a okaże się, że to nie Niemcy, tylko jacyś ‘naziści’ nie wiadomo skąd wywołali wojnę i masowo mordowali Słowian, Cyganów, Żydów, jak i niepełnosprawnych i kochających inaczej. Świetną odpowiedź na tę książkę i tezy w niej zawarte pióra historyka Leszka Żebrowskiego zamieścił tygodnik doRzeczy z dnia 24 maja, bieżącego roku. Leszek Żebrowski w swoim stylu, dokonuje rzetelnej historycznej analizy treści nowego paszkwilu Grabowskiego, nie zostawiając suchej nitki na nie naukowym podejściu autora książki, i wykazuje mu wiele badawczych niedociągnięć, wręcz kłamstw. Tylko… Co z tego? My, czyli Ci którzy czytają doRzeczy przyznamy Żebrowskiemu rację, i jeszcze raz oburzymy się na Grabowskiego.  Ale my to przecież wiemy.

A w świat pójdzie przekaż o kluczowej roli granatowej policji w mordowaniu Żydów. Nie Niemców, tylko polskiej granatowej policji. I to jest akcja starannie przygotowana. Za pieniądze to byle mydłek wszystko napisze. Znalazł się także wydawca. Będą tłumaczenia. Na pewno zarobi krocie, bo książka trafi do szerokiego obiegu świata. I mogę się założyć, że będzie w katalogu wielu bibliotek świata. A dlaczegóż by nie, skoro biblioteka dostanie ją za darmo?  I zapewne wejdzie do programu kursów omawiających niechlubną rolę ‘nazistów’ w czasie II-giej wojny światowej. W  tych programach nie wolno będzie używać słowa ‘Niemcy’, bo to obrażające dla Niemców. Jak nie ma słowa, to nie ma sprawy. Taka nowo-mowa, której zjawisko opisał George Orwell w książce ‘1984’.

Niestety, znakomita analiza krytyczna książki napisana przez historyka Leszka Żebrowskiego nie doczeka się zasięgu światowego. Ba! Nawet krajowego. Media polskie są w cudzych rękach, więc będą realizować politykę historyczną swojego właściciela.

To samo dotyczy Polonii. Za każdym razem należy zapytać, kto stoi za mediami i czyje interesy reprezentuje? I czy chcecie swoim dolarkiem wspierać łapserdaków?  Ja nie. Założę się, że w omawianym  przypadku, kolejny antypolski paszkwil został napisany, po ustaleniu planu co jest potrzebne. Czyli najpierw był planowany artykuł i tytuł w Haaretz, a potem dopiero książka. I tu zataczamy koło do nauczania. Jeśli nie nauczymy się od tych co wiedzą jak to robić, to niestety będziemy skazani na porażkę w walce o naszą prawdę historyczną.

Zbyt często nam się wydaje, że to co my wiemy, jest wiedzą powszechną. A wcale tak nie jest. I często nie chcemy nawet tego do siebie dopuścić.

I tak długo jak nie będziemy mieć narzędzi, a co za tym stoi funduszy, do budowania strategicznej i dobrze zaplanowanej wykładni prowadzenia sposobu dbania o nasz dobry wizerunek i interes polskiej polityki historycznej, tak długo będziemy ponosić porażki. A tego, moi państwo w ramach woluntariatu, bez strategicznego planu i budżetu  zrobić się nie da.  Tu nawet najlepsi nauczyciele i historycy nie pomogą. Jeśli tego nie zrozumiemy i nie zmienimy, to niestety jesteśmy na z góry straconej pozycji, pozwalając innym urabiać w świecie opinię o nas. A to, że sobie sami między sobą pogadamy będzie pełniło jedynie rolę lokalnego upuszczenia napięcia z wentylu  bezpieczeństwa i rozładowania naszych napięć. Świat o tym się nie dowie. Dowie się o czymś innym, sprytnie zaplanowanym wiele lat temu i konsekwentnie realizowanym ponad naszymi głowami.

Alicja Farmus