Glenn Singleton na długo zapamięta pływanie w wodach St. Margarets Bay w Nowej Szkocji. W zeszłą środę Singleton i jego żona przyjechali z Dartmouth do wynajętego domku letniskowego w Boutiliers Point pod Halifaksem. Mężczyzna około 4 po południu poszedł popływać. Wszedł do wody ostrożnie, jako że nie znał tego miejsca. Zauważył, że wokół jest sporo wodorostów, więc odpłynął kawałek dalej, gdzie już było czyściej. Woda sięgała mu do ramion.

Położył się na wodzie na plecach i tak dryfował. W pewnej chwili coś go gwałtownie uderzyło. Poczuł przeszywający ból. Stanął na dnie. Woda wokół niego rozprysła, ale nie widział, co tam pływa. Złapał się za bolącą rękę, która zwisała mu poniżej łokcia, i zaczął iść do brzegu.

Na początku myślał, że coś go poparzyło, może jakaś meduza, ale ręka nie spuchła. Singleton pojechał z żoną do szpitala, gdzie następnego dnia zrobiono mu prześwietlenie. Lewa ręka była złamana. Lekarze stwierdzili, że to nie jest efekt uderzenia o skałę. Coś, co go uderzyło, musiało być szybkie i silne.

Na skórze Singletona nie ma żadnych śladów ugryzienia ani ukłucia.

Boris Worm, profesor biologii z Dalhousie University, mówi, że Singleton został uderzony przez jakąś szybką rybę goniącą za makrelą czy inną ofiarą. W przeszłości w zatoce były widywane tuńczyki, choć teraz może być jeszcze na nie trochę za wcześnie. Inna możliwość to młody żarłacz śledziowy. Oba gatunki są bardzo szybkie. Mógł to też być morświn, podobny do delfina. Worm podkreśla, że człowiek nie był w tym wypadku ofiarą ataku, tylko ucierpiał przypadkiem.