Polaryzacja polega na przeniesieniu politycznej relacji przyjaciel-wróg na relacje między jednostkami biorącymi udział w debacie.

Podstawową emocją spolaryzowanego społeczeństwa jest obawa, że jeśli wróg wygra, zabierze nam wszystko.

Bańki internetowe, efekt potwierdzenia i retoryka dehumanizująca przeciwnika wzmacniają i zaogniają istniejący podział.

Jeśli emocje zupełnie wykluczą możliwość racjonalnej debaty, to nasze systemy polityczne trzeba będzie obmyślić na nowo.

Fundamentem demokracji jest dyskusja. Niezależnie od tego, czy myślimy o sporze obywateli, w wyniku którego ma zostać odkryta prawda, czy mamy na myśli debatę, która ma na celu równoważnie interesów – za każdym razem bez dyskusji nie da się pomyśleć systemu politycznego, który zakłada czynny udział obywateli w sprawowaniu władzy. Dziś jednak polaryzacja polityczna staje się coraz głębsza, czyniąc jakąkolwiek rozmowę niemożliwą. Wszędzie widać wzmagające się wojny politycznych plemion i można mieć coraz większe obawy, czy współczesne systemy demokratyczne będą w stanie je przetrwać.

Demokracja coraz bardziej podzielona

Pod koniec XX wieku wielu politycznych obserwatorów przewidywało, że nadchodzące dekady będą czasem niezaprzeczalnego triumfu demokracji. Tak się jednak nie stało. Przemiany społeczno-polityczne ostatnich dwóch dziesięcioleci wygenerowały tak wiele różnych problemów systemowych, że dziś mówi się o globalnym kryzysie demokracji.

Ostatnie wydarzenia w systemach demokratycznych jasno pokazują, że rozprzestrzeniająca się po całym świecie polaryzacja polityczna, która przejawia się w coraz ostrzejszych podziałach między przeciwstawnymi obozami politycznymi i zmniejszającym się wspólnym polem politycznym, jest głównym powodem niestabilności współczesnej formy rządów ludu.

Nie tylko w Polsce, ale w wielu zachodnich demokracjach coraz silniej zachodzi zjawisko zróżnicowania poglądów i kurczenia się centrum. Maleje liczba osób o umiarkowanych bądź mieszanych poglądach, a równocześnie rośnie liczba radykałów, którzy stanowczo opowiadają się po jednej stronie konfliktu. Na polaryzację postaw społecznych nakłada się postępująca radykalizacja poglądów samych partii politycznych.

Od młodych demokracji, takich jak Polska, aż po te, które zawsze stanowiły jej wzór, jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania – wszędzie rośnie przepaść między liberałami a konserwatystami lub republikanami i demokratami. Podziały stanowią element codziennej rzeczywistości politycznej. Silna polaryzacja niszczy instytucje niezbędne dla demokracji, obniża spójność społeczną, często prowadzi do wzrostu przestępstw, których przyczynę stanowi nienawiść polityczna.

Warto zauważyć, że różnice zdań w systemie demokratycznym są czymś absolutnie normalnym, a nawet pożądanym.

Stanowią wyraz żywej kultury demokratycznej debaty, w której ścierają się różne perspektywy i różne interesy. W wyniku tego procesu najskuteczniej dochodzi się do sformułowania takich rozwiązań, które stanowią kompromis między merytorycznością a akceptacją społeczną.

Różnorodność polityczna jest szczególnie cenna w młodych demokracjach, które rozpoczynają budowę układów partyjnych. Tak rozumiany pluralizm umożliwia wtedy wybór polityków z różnych spektrów politycznych, mobilizuje wyborców do życia publicznego, dając tym samym partiom głębsze zakorzenienie w tkance społecznej. Im dojrzalsza demokracja, tym bardziej może pozwolić na szerszy zakres sporu, gdyż zdążyła wytworzyć mechanizmy hamujące ryzyko destabilizacji. Młode demokracje są bardziej podatne na wzrost napięć, dlatego łatwiej jest je obalić. Przykładem tego mogą być tendencje autorytarne w państwach demokratycznych przed II wojną światową.

Problem zaczyna się wtedy, gdy rywalizacja polityczna jest tak intensywna, że konkurujące ze sobą siły polityczne obierają strategię polaryzacyjną, która redukuje punkty wspólne i przestrzeń do kompromisu. Partyjna lojalność wśród wyborców może pomóc ustabilizować system partyjny, ale kiedy fundamentem tych lojalności są emocje i lęki, a nie racjonalna ocena postulatów i wyborczych zobowiązań, to wówczas stabilność demokracji staje pod znakiem zapytania.

Zwycięzca bierze wszystko

Kiedy polaryzacja staje się destrukcyjna dla demokracji? Dzieje się to przede wszystkim wtedy, gdy tworzą się przeciwstawne obozy dzielące nie tylko polityków, ale i ich wyborców.

Wówczas wyborcy budują tożsamość polityczną przede wszystkim na lojalności wobec partii, a nie tylko na swoich poglądach, bo trudno o taką osoby, które zgadzają się z każdym postulatem partii.

W efekcie prawie niemożliwym jest przeprowadzenie rozróżnienia między popieraniem danego ugrupowania politycznego jako takiego a popieraniem poglądów, które to ugrupowanie ma realizować. Tworzy się więc specyficzny zestaw tożsamości, kultury i polityki, jaki zostaje sformułowany w opozycji do przeciwnika politycznego, który nie podziela naszych poglądów i wynikających z nich lojalności.

Początkowo czysto polityczna opozycja przyjaciel-wróg przenosi się w ten sposób na poziom prywatnych sympatii i animozji, a jednostki traktują osoby po drugiej stronie jako zagrożenie i są przeświadczone o tym, że nie mogą z nimi współdziałać w relacjach osobistych.

Silna polaryzacja, w której dwie przeciwstawne grupy nie są gotowe na kompromisy, stanowi wyzwanie dla demokracji przynajmniej z trzech powodów.

Po pierwsze, postrzeganie zwolennika drugiej strony jako prywatnego wroga, a jego zwycięstwo jako formę osobistego zagrożenia, może prowadzić do eskalacji przemocy. Przykładem takiego działania jest zabójstwo (19 października 2010 r. w Łodzi) posła PiS-u – Marka Rosiaka – lub zabójstwo Pawła Adamowicza, prezydenta Gdańska.

Po drugie, w warunkach silnej polaryzacji obie strony posługują się retoryką, która ma na celu delegitymizację przeciwnika politycznego.

W normalnych warunkach dopuszczalne zarzuty o niekompetencję lub fatalny program wyborczy zostają zastąpione oskarżeniami o niepoczytalność (to np. stwierdzenie „oszołom”) lub wręcz o bycie obozem zdrady (np. „targowica”).

Po trzecie, polaryzacja może prowadzić do odmowy uznania procedur i instytucji, które przeciwnik polityczny, gdy był u władzy, powołał do życia w ramach legalnych procedur. Niestety, ten trzeci wypadek szczególnie dotkliwie zrealizował się w polskim życiu publicznym.

W każdym razie polaryzacja, o której mowa, jest postępującym procesem destabilizacji państwa i standardowych praktyk demokratycznych.

Świat spolaryzowany jest bowiem rządzony przez strach, że zwycięzca weźmie wszystko. Nawet jeśli faktyczne różnice w pomysłach na reformy są niewielkie, to wciąż obawa przed zwycięstwem przeciwnika jest silniejsza niż myślenie w kategoriach rozwiązań korzystnych z punktu widzenia dobra wspólnego.

Jak przekonuje Johantan Rauch na łamach portalu National Affairs, w polaryzacji nie chodzi o to, że ludzie zaczęli bardziej wierzyć w ideały i wartości swojej partii, tylko o to, że zwiększyła się niechęć, a nawet nienawiść, do przeciwnej grupy.

Takie zjawisko zachodzi już na naszym podwórku, co wykazały wyniki ankiety przeprowadzonej przez Centrum Badań nad Uprzedzeniami.

Zarówno zwolennicy PiS-u, jak i partii opozycyjnych mają negatywny stosunek do przeciwników politycznych. Pogląd ten wkracza w sferę prywatnych kontaktów. Jedni i drudzy deklarują raczej negatywne odczucia względem oponentów czy mniejsze zaufanie wobec nich. Co jednak zauważalne, wobec przeciwników politycznych zachodzi zjawisko dehumanizacji.

Podczas gdy wyborcy partii opozycyjnych w większym stopniu dehumanizowali wyborców PiS-u niż Żydów, muzułmanów, uchodźców i osoby homoseksualne, wyborcy PiS-u w tym samym stopniu dehumanizowali zwolenników opozycji i pozostałe grupy rozważane łącznie.

Ten mechanizm tworzenia odczłowieczonego wizerunku swojego oponenta politycznego prowadzi do wygenerowania odpowiedniej retoryki. Zachodzi tutaj zjawisko działające na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Grupa, która przekonuje się do zdehumanizowanego postrzegania przeciwnika, jeszcze bardziej utwierdza się w tym przekonaniu, gdy słyszy o sobie analogiczną retorykę z drugiej strony podziału politycznego. Choć powodów coraz silniej zachodzącej polaryzacji można wymienić wiele, to współczesne socjotechniki i stare prawidła retoryki politycznej mają swój niemały udział w dzieleniu społeczeństwa na dwa obozy.

W polaryzacji politycznej chodzi o emocje, nie o prawdę

W odniesieniu do niedawno minionej kampanii nietrudno zauważyć, że budowanie poparcia opiera się w dużej mierze nie na przekonywaniu do własnych poglądów czy rozwiązań, ale na atakowaniu rywala. To, że poparcie dla Andrzeja Dudy prawie w całości pokrywa się z poparciem dla Prawa i Sprawiedliwości, może być przykładem tego, że kandydaci (a w szczególności ich programy) stanowią sprawę drugorzędną, a wyborcy kierują się często przynależnością partyjną.

W takich warunkach zmienia się sposób prowadzenia kampanii wyborczej. Politycy dobrze wiedzą, że jeśli chcą zbudować poparcie polityczne, muszą wzbudzić odpowiednie emocje, szczególnie te negatywne w stosunku do przeciwników. Umiejętnie wykorzystują to, że wyborcy w swoich decyzjach nie kierują się czynnikami racjonalnymi. Coraz częściej w debacie publicznej można dostrzec posługiwanie się strachem czy gniewem wobec oponentów politycznych, a tak skonstruowanej retoryce towarzyszy przesadna ekscytacja sukcesami własnej partii.

Oczywiście dowodzenie asymetrii między własną partią a przeciwnikiem nie jest niczym nowym. Jeśli chce się zdobyć władzę, trzeba udowodnić, że ma się lepsze pomysły i jest się bardziej wiarygodny niż druga strona. Natomiast zupełnym novum jest używanie elementu strachu, dla którego bazą społeczną są socjopolityczne tożsamości wyborców. Właśnie dlatego kampanię zdominowała retoryka zwycięstwa jednych nad drugimi i powtarzanie zarzutów, że druga strona przyniesienie ze sobą niszczącą ideologię lub że sami zwolennicy jednego z kandydatów niszczą Polskę.

W ten sposób zwykła krytyka przeciwnika, która na celu ma wykazanie słabości jego pomysłów i braku wiarygodności, zamienia się w opisywanie oponenta w kategoriach zagrożenia egzystencjalnego. Zwykła obawa, że przeciwnik będzie rządził gorzej, zostaje zastąpiona obawą, że gdy dojdzie do władzy, zrobi nam krzywdę. Właśnie to rodzi gniew i strach.

Jak pokazują badania, to właśnie ta emocja jest najskuteczniejszym narzędziem budowania poparcia politycznego. W przeciwieństwie do radości gniew jest stały i znacznie łatwiej zagrzewa do walki. W efekcie nasze wybory opierają się nie na „kochaniu własnej” partii, ale na nienawiści do partii przeciwnej i do wszystkiego, co jest z nią związane. Dlatego narracja polityczna nie stroni od wymyślania wrogów, których powinniśmy się bać, czy demonizowania oponentów. Z punktu widzenia polityków po prostu skuteczniejszą strategią jest bazowanie na negatywnych emocjach. Dlatego współczesna retoryka jest zaprojektowana w taki sposób, żeby wzbudzać oburzenie. Dziś zasięg przekazu opartego o gniew jest jeszcze skuteczniejszy, do czego przyczyniają się media społecznościowe. Zważywszy na to, jak duża część polityki jest prowadzona za pośrednictwem Twittera, Facebooka czy YouTube’a, można stwierdzić, że Internet dzięki mechanizmom baniek zagwarantuje, żeby do już zagniewanego wyborcy trafiły odpowiednie treści. Wściekłość i strach przed wrogiem będą tylko rosnąć.

Technologia nie pomaga

Internet niesie ze sobą nieograniczony dostęp do informacji. Choć może to rodzić marzenia o społeczeństwie gruntownie poinformowanym i wykształconym, to jednak istnieje też druga strona medalu. Łatwo bowiem ulec wrażeniu, że skoro dociera do nas taka ilość informacji, to znaczy, że możemy rzetelnie i samodzielnie formułować opinie na każdy temat. To nie jest prawda.

W rzeczywistości media społecznościowe skonstruowane są w ten sposób, że przyczyniają się do umocnienia polaryzacji. Po pierwsze, chętniej dzielimy się informacjami, które nas rozgniewały. Jak pokazuje badanie naukowców z Uniwersytetu Nowojorskiego, to przede wszystkim treści o charakterze emocjonalnym są najczęściej retweetowane i to one uzyskują największą popularność. Jednocześnie algorytmy wyświetlają nam informacje, które najbardziej nam się podobają, niezależnie od tego, czy są one prawdziwe czy nie. W ten sposób wytwarzają się bańki informacyjne, których specyfika sprawia, że utwierdzamy się w poglądach własnej strony i jednocześnie uodparniamy na argumenty strony przeciwnej.

Bańki filtrujące to wyłącznie sposób przekazu informacji, który wykorzystuje już istniejące w nas mechanizmy poznawcze. Innymi słowy, nawet gdyby można było jakimś cudem się ich pozbyć, mimo wszystko nie można by uniknąć efektu potwierdzenia, o którym powszechnie wiadomo od lat 70. XX wieku. Słynne badanie Lorda, Rossa i Leppera udowodniło, że nawet mając ten sam zestaw faktów na temat danego zjawiska, występuje mechanizm bezkrytycznego akceptowania informacji, który potwierdza już uznaną przez nas tezę. Innymi słowy, po zaprezentowaniu faktów za i przeciw jakiemuś zjawisku ludzie mają skłonność do akceptowania tych informacji, które dowodzą prawdziwości ich poglądów, a zarazem do wykazywania daleko idącego sceptycyzmu względem tych treści, które przeczą wcześniej wyrobionym opiniom.

Badanie z lat 70. zostało powtórzone w 2018 roku w mediach społecznościowych na kanwie amerykańskiej sceny politycznej. Zaproszono dwie grupy badanych. Jedna z nich otwarcie sympatyzowała z demokratami, a druga z republikanami. Celem uczestników badania było obserwowanie na Twitterze bota, który wyświetlał im informacje ze strony przeciwnej. Po miesiącu badania republikanie okazali się dużo bardziej radykalni w swoich poglądach niż przed jego rozpoczęciem.

Internet nie jest tylko areną politycznych zmagań, jest również doskonałym narzędziem dla osób, które chcą wzbudzać emocje, żeby zbić kapitał polityczny.

Polaryzacja polityczna jest dużo bardziej niebezpieczna od zwykłego zróżnicowania poglądów. Uczestnicy spolaryzowanego sporu mają wrażenie, że przegrana w debacie będzie równała się stworzeniu fizycznego zagrożenia dla nim samych. Na czym tak naprawdę to zagrożenie miałoby polegać, nie wie nikt. Jednak tak właśnie funkcjonuje polaryzacja, że zakrzywienia poznawcze, którym podlegamy na co dzień, zostają wzmocnione do nieporównywalnie większej skali.

Chcąc wydostać się z kręgu efektu potwierdzenia, retoryki gniewu, baniek internetowych i realnych problemów, trzeba przede wszystkim kłaść silny nacisk na dezideologizację języka. W gruncie rzeczy bardzo dużo zagadnień obecnych w debacie publicznej ma charakter techniczny i stanowi odpowiedź na pytanie, co zrobić, żeby żyło nam się lepiej. Stąd trzeba unikać tak długo, jak to tylko możliwe wynoszenia szczegółowych zagadnień do rangi sporu etycznego, gdyż takie dyskusje angażują najczęściej złożone schematy uzasadnień. Takie stawianie sprawy powoduje, że do mieszanki emocji, obaw przed wrogiem i psychologicznego selekcjonowania faktów dochodzi ponadto konieczność zastosowania skomplikowanej metodologii. Tymczasem prowadzenie złożonego namysłu w stanie, w którym mamy subiektywne przekonanie o zagrożeniu ze strony przeciwnika politycznego, nie może się udać.

Winny jest system

Wydawać się może, że winne polaryzacji są przede wszystkim osoby, które swoimi działaniami przyczyniają się do pogłębiania podziałów i różnic. Jednak tak przedstawiona hipoteza nie odpowiada na wiele ważnych kwestii. W rzeczywistości problem leży głębiej. Wyzwanie, z którym się mierzymy, jest wypadkową masowego społeczeństwa, masowego przekazywania informacji i masowego pozyskiwania poparcia.

W demokracji rzeczą normalną jest przekonywanie do swoich inicjatyw i propozycji jak największej liczby osób. Jednak ten mechanizm skonfrontowany z masowością, którą charakteryzuje się nowoczesność, spowodował, że sięganie po najniższe techniki perswazji stało się łatwiejsze, skuteczniejsze, a przez to bardziej atrakcyjne niż kiedykolwiek wcześniej.

Bazowanie na strachu i budowanie gniewu przeciwko oponentom politycznym jest po prostu opłacalne z punktu widzenia polityków. Nie powinno zatem dziwić, że z jednej strony takie działania są szeroko praktykowane, a z drugiej to właśnie za ich pomocą przykrywa się rzeczywiste problemy społeczne. Jeżeli w systemie celem polityków jest utrzymanie bądź przejęcie władzy, to sięgają oni po metody, które najskuteczniej ich do tego celu doprowadzą. W świecie, w którym polityka skupia się na okresie do pięciu lat naprzód, nie powinno dziwić, że używane są doraźne metody i nie ma potrzeby sięgać po bardziej wyrafinowane sposoby budowania poparcia.

Co to jednak oznacza dla demokracji? Wydaje się, że w połączeniu ze zdobyczami socjotechniki i aktywnością na portalach społecznościach polaryzacja polityczna w obecnym systemie jest po prostu nieunikniona. utrzymywanie takiego stanu debaty politycznej najprawdopodobniej będzie wiązało się z coraz szkodliwszym pogłębianiem istniejących już antagonizmów.

Rozwiązanie każdego problemu wymaga jego zrozumienia. W tym wypadku bez wątpienia pierwszym krokiem jest zbadanie, jakie czynniki wpływają na nasze decyzje wyborcze, i docenienie ich znaczenia na funkcjonowanie całego systemu. Pomocne może być najprostsze rozwiązanie – śledzenie z uwagą kogo i dlaczego popieramy (albo dlaczego nie popieramy). Jeżeli scenę polityczną widzimy czarno-biało, to jest wysoce prawdopodobne, że padamy ofiarą albo rozgrywek partyjnych, albo ideologicznych dyskursów. Za każdym razem, gdy zauważymy, że mamy skłonność do kierowania się gniewem i potępiania wszystkiego, co przeciwnik zrobi, lub odczuwamy strach na samą myśl o tym, że „nasi” mogą przegrać wybory, powinna zapalić się nam czerwona lampka, że coś jest nie tak. Powstaje pytanie, co dalej z demokracją. Jeśli polaryzacja będzie się pogłębiać, to być może zostaniemy zmuszeni gruntownie przemyśleć otoczenie prawne i instytucjonalne, w którym przyzwyczailiśmy się żyć.

Od wyników tego namysłu zależy stabilność naszego świata.

Maria Sobuniewska

Fundacja Jagiellońska