Stu­let­nia rocz­ni­ca Bitwy War­szaw­skiej to pierw­sza przy­czy­na zaist­nie­nia tego arty­ku­łu. Zaś następ­na, że nie będzie to taki sobie arty­kuł rocz­ni­co­wy, bo nie tyle doty­czą­cy szczę­sne­go zwy­cię­stwa nad bol­sze­wi­ka­mi, co naszej wol­no­ści, któ­ra przed bol­sze­wi­ka­mi uda­ło się nam obro­nić. Wspo­mnia­ny arty­kuł uda­ło się odna­leźć w przed­wo­jen­nym „Dzien­ni­ku Gdań­skim”, a jego tytuł to „Józef Pił­sud­ski”. Ponie­waż uka­zał się w pierw­szym kwar­ta­le roku 1921, to ze zwy­cię­skim fin­łem Bitwy War­szaw­skiej moż­na go sko­ja­rzyć, cho­ciaż nie tyl­ko, o czym za chwi­lę. Ponad­to Przy­by­szew­ski napi­sał ten arty­kuł w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku, gdzie mie­li­śmy z Niem­ca­mi też wiel­kie kłopoty.

Ale to tyl­ko wstęp. Tym bar­dziej, że nie każ­de­mu wia­do­mo, że tak zna­ny pisarz Mło­dej Pol­ski, jakim był Przy­by­szew­ski, prze­by­wał przez czte­ry lata (1920–1924) w Gdań­sku, pra­cu­jąc w Dyrek­cji PKP i miesz­ka­jąc w Sopo­cie. Przy­by­szew­ski napi­sał o Pił­sud­skim w pierw­szą rocz­ni­cę uzy­ska­nia przez twór­cę Legio­nów urzę­du Mar­szał­ka Pol­ski i zara­zem w dniu jego imie­nin, czy­li 19 mar­ca 1921 roku. Roz­po­czy­nał zaś sło­wa­mi, że wybuch I woj­ny świa­to­wej posta­wił nas, podzie­lo­nych trze­ma zabo­ra­mi, w nie­szczę­snej sytu­acji bra­to­bój­czej wal­ki. Pomi­mo takiej tra­ge­dii, nada­rzy­ła się „prze­ło­mo­wa chwi­la” zjed­no­cze­nia, ale zabra­kło Wodza. I takim wła­śnie „opatrz­no­ścio­wym mężem” oka­zał się Józef Pił­sud­ski, któ­ry wie­dział, „że tyl­ko czy­nem oręż­nym zdo­ła Pol­ska dźwi­gnąć się z grobu”.

Dzi­siaj moż­na by te sło­wa uznać za nad­to wynio­słe, ale dla naszych Ojców, któ­rych poko­le­nia trwa­ły w nie­wo­li i gro­zi­ło im zatra­ce­nie w nie­miec­ko­ści i rosyj­sko­ści, mia­ły one wiesz­czy wymiar. Przy­by­szew­ski jako genial­ny arty­sta sło­wa zda­wał sobie z tego spra­wę i umiał to dosko­na­le wypo­wie­dzieć, oka­zu­jąc się przy tym umie­jęt­nym inter­pre­ta­to­rem poli­tycz­nych wyda­rzeń. Dla­te­go nie­mal natych­miast kie­ro­wał w swym arty­ku­le uwa­gę na roz­kaz Pił­sud­skie­go z 5 sierp­nia 1915:

„Rok temu z gar­ścią małą ludzi, źle wypo­sa­żo­nych, roz­po­czą­łem woj­nę. Cały świat sta­nął wte­dy do boju. Nie chcia­łem pozwo­lić, by w cza­sie, gdy na żywym cie­le Ojczy­zny mia­no wyrę­by­wać mie­czem nowe gra­ni­ce państw i naro­dów, samych tyl­ko Pola­ków zabra­kło. Nie chcia­łem dopu­ścić, by na sza­lach losów, ważą­cych się nad naszy­mi gło­wa­mi, na sza­lach , na któ­re mie­cze rzu­co­no, zabra­kło sza­bli polskiej”.

Sło­wa te wywo­ła­ły u Przy­by­szew­skie­go sko­ja­rze­nie z roman­ty­zmem i  dla­te­go zro­zu­mia­le było zesta­wie­nie Pił­sud­skie­go z  Kon­ra­dem z III cz. „Dzia­dów”, któ­ry też  „czuł za milio­ny”! A potem bli­skie temu było powo­ła­nie się Przy­by­szew­skie­go na  tę „duszę Pol­ski” oraz na Mic­kie­wi­cza i jego Legion, co mię­dzy wier­sza­mi pozwa­la­ło zara­zem koja­rzyć ten zamysł z Legio­nem Pił­sud­skie­go, a tak­że z Legio­na­mi Dąbrow­skie­go, cho­ciaż ich los oka­zał się nie­szczę­sny. Przy czym pamię­ta­jąc jesz­cze dzia­ła­nie Legio­nu Mic­kie­wi­cza, któ­re oka­za­ło się tak bar­dzo przed­wcze­sne, jak Pił­sud­skie­go jak naj­bar­dziej na cza­sie. Nie­mniej cho­ciaż mogło to brzmieć niczym mistycz­na prze­po­wied­nia, to Przy­by­szew­ski wła­śnie zamysł Mic­kie­wi­cza uwa­żał za twórczy:

„I w tej wiel­kiej godzi­nie, któ­rą Adam w potęż­nych zma­ga­niach z Bogiem, od nie­go wyjed­nał, któ­rej nadej­ścia trzy gene­ra­cje w męczeń­skich cier­pie­niach  wycze­ki­wa­ły (…) – on jeden wie­dział z nie­omyl­na pew­no­ścią, co Pol­skę zba­wić może. Czyn orężny!”

Gdy jed­nak Przy­by­szew­ski powie­dział o Legio­nach Pił­sud­skie­go jako „czwar­tym powsta­niu Pol­ski”, powin­no to zasta­no­wić, bo prze­cież naj­czę­ściej mówi się o dwóch powsta­niach: Listo­pa­do­wym i Stycz­nio­wym, nie zwra­ca­jąc spe­cjal­nej uwa­gi cho­ciaż­by na Insu­rek­cję Kościusz­kow­ską czy Powsta­nie Wiel­ko­pol­skie z roku 1794. Cho­ciaż w tym ostat­nim wziął tak­że udział Hen­ryk Dąbrow­ski, to Przy­by­szew­ski nie na ten czas zwró­cił uwa­gę, ale na powsta­łe trzy lata póź­niej we Wło­szech Legio­ny Pol­skie Dąbrow­skie­go, koja­rząc wpierw ich naro­dzi­ny z powsta­niem, a potem mówiąc o Legio­nach Piłsudskiego:

„Z resz­tek daw­ne­go woj­ska daw­nej Pol­ski utwo­rzy­ły się legio­ny, któ­re pod Napo­le­onem wszyst­kie pola bitwy w całej Euro­pie krwią swą żyź­ni­ły i cudów walecz­no­ści doka­zy­wa­ły – z naj­szla­chet­niej­szej, całe stu­le­cie spra­gnio­nej wol­no­ści, nie­złom­nej i nie­znisz­czal­nej siły naro­du pol­skie­go, wytwo­rzył się legion Pił­sud­skie­go i z kości boha­ter­skich przod­ków, roz­rzu­co­nych po cmen­ta­rzy­skach całej Euro­py, powstał potęż­ny mści­ciel: (…) legion, a cudo­twór­cze „Ja” tego legio­nu to – Józef Piłsudski”.

Cho­ciaż Przy­by­szew­ski mógł jesz­cze powie­dzieć o Hen­ry­ku Dąbrow­skim, a tak­że o Józe­fie Wybic­kim, to zwró­cił tyl­ko uwa­gę na księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go. Uczy­nił tak dla­te­go, że uznał go nie tyl­ko za „ostat­nie­go boha­te­ra” Legio­nów Pol­skich, wszak „Józef Ponia­tow­ski zna­lazł w nur­tach spie­nio­nej Elste­ry śmierć w wal­ce ludów pod Lip­skiem, kie­dy zasła­niał odwrót Napo­le­ona w obłą­kań­czej wprost eks­ta­zie odwa­gi i męstwa”, ale że wła­śnie jego odwa­ga „odży­ła na nowo w nie­prze­czu­wal­nej potę­dze” Legio­nów Pił­sud­skie­go! Dla­te­go gdy przy­szło Przy­by­szew­skie­mu przy­wo­łać raz jesz­cze sło­wa Pił­sud­skie­go ze wspo­mnia­ne­go orę­dzia z 5 sierp­nia 1915 roku: „Żoł­nie­rze! Poszli­ście za moim roz­ka­zem bez waha­nia, bez chwi­li namy­słu, czy los Wasz nie będzie podob­ny do losu tylu poprze­dza­ją­cych nas poko­leń żoł­nie­rzy pol­skich. Poszli­ście, by sta­nąć w obro­nie, jeśli już nie szczę­ścia ojczy­zny, to przy­naj­mniej jej hono­ru!”, posta­no­wił je zakoń­czy adre­sem do Józe­fa Poniatowskiego:

„Przy tych sło­wach dźwi­gnął się z gro­bu Józef Ponia­tow­ski i pokło­nił się głę­bo­ko przed Józe­fem Piłsudskim”.

Gdy­by nie to zda­nie, moż­na by już skoń­czyć. Bo cho­ciaż wia­do­mo, dla­cze­go aku­rat przy Pił­sud­skim wska­zał Przy­by­szew­ski na księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go, to wedle powie­dze­nia, że „im głę­biej w las, tym wię­cej drzew”, jed­no zasta­no­wie­nie budzi następ­ne. Wszak przy­pa­dek spra­wił, że zwró­ci­łem aku­rat uwa­gę na mot­to wcze­śniej­sze­go odczy­tu, wygło­szo­ne­go przez Przy­by­szew­skie­go w Gdań­sku 10 grud­nia 1920 roku z oka­zji rocz­ni­cy powsta­nia listo­pa­do­we­go, któ­re brzmiało:

„Jest czy­nów ludz­kich tak pod­nio­sła sfera,

Gdzie moż­na ginąć, lecz się nie umiera”.

Naj­pierw nie uda­ło się usta­lić, kto auto­rem tych słów, ale oby­ta z Inter­ne­tem moja stu­dent­ka (S. D.) odna­la­zła je w wier­szu Gusta­wa Dani­łow­skie­go „W Stu­let­nią Rocz­ni­cę”. Ponie­waż wiersz ten zaist­niał w tomi­ku „Z jed­ne­go źró­dła”, dedy­ko­wa­nym w roku 1919„Komendantowi, Józe­fo­wi Pił­sud­skie­mu”, czy­li rok wcze­śniej, niż poda­ne mot­to w odczy­cie Przy­by­szew­skie­go, więc moż­na było na tym poprze­stać i uznać, że pocho­dzi ono z wier­sza Dani­łow­skie­go. Gdy jed­nak oka­za­ło się, że Przy­by­szew­ski zapo­wie­dział tym samym mot­tem tom publi­cy­sty­ki „Szla­kiem duszy Pol­skiej”, któ­ry uka­zał się w roku 1917, trze­ba było uznać, że z tego tomi­ku te sło­wa nie mogły pochodzić.

Dzię­ki znaw­czy­ni twór­czo­ści Dani­łow­skie­go, Gra­ży­nie Legut­ko,  oka­za­ło się, że naj­pierw wspo­mnia­ny wiersz Dani­łow­skie­go poja­wił  się w roku 1913 w nume­rze 482 „Nowej Refor­my”, a potem w „Jed­nod­niów­ce Strze­lec­kiej” w roku 1914. Wobec tego na tym moż­na by już poprze­stać i uznać, że wła­śnie z tego wier­sza Przy­by­szew­ski wyko­rzy­stał jako mot­to pierw­sze dwa wer­sy do odczy­tu o Powsta­niu Listo­pa­do­wym. Tyl­ko dla­cze­go nie sko­rzy­stał z nich mówiąc o Pił­sud­skim, jeże­li Dani­łow­ski z taką wła­śnie inten­cją zamie­ścił wiersz ze sło­wa­mi tegoż mot­ta w „Jed­nod­niów­ce Strze­lec­kiej’ i potem w tomi­ku dedy­ko­wa­nym Józe­fo­wi Pił­sud­skie­mu. Może nie chciał się powta­rzać, jeże­li już podał to mot­to wcze­śniej? Tyl­ko że pisząc o Pił­sud­skim, kie­ro­wał się jak­by tre­ścią tego wier­sza, mówiąc dwu­krot­nie o księ­ciu Józe­fie Ponia­tow­skim, a przy tym podob­nie jak Pił­sud­skie­go tak i Ponia­tow­skie­go był to czas imienin.

Ponie­waż rocz­ni­ca śmier­ci księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go przy­pa­dła pod­czas zabo­rów w roku 1913, więc zro­zu­mia­łe przy­wo­ła­nie przez Dani­łow­skie­go pamię­ci o Powsta­niu Listo­pa­do­wym i Stycz­nio­wym, kie­dy moż­li­we zda­ło się odzy­ska­nie wol­no­ści. Bowiem cho­ciaż trwał jesz­cze „szczęk” łań­cu­cha, poczę­ła budzić się nadzie­ja, zapo­wie­dzia­na w tym­że wier­szu sło­wa­mi nio­są­cy­mi otu­chę w rychłe odzy­ska­nie nie­pod­le­głej Ojczy­zny. Tyl­ko że w roku 1913 poeta jesz­cze nie miał pew­no­ści, czy jego sło­wa się speł­nią. Kaza­ła mu jed­nak tak mówić poetyc­ka intu­icja. Publi­ku­jąc jed­nak ten wiersz w 1913 roku, w rocz­ni­cę boha­ter­skiej śmier­ci księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go, czy­nił ją jak­by zarze­wiem wyzwo­le­nia z nie­wo­li zabor­ców. Zaś po roku, kie­dy wiersz ten uka­zał się w „Jed­nod­niów­ce Strze­lec­kiej”, Dani­łow­ski już wie­dział, kto powi­nien być god­ny męstwa i odwa­gi księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go. I wten­czas jego sło­wa nie były już tyl­ko „pustą” pochwa­łą „śmier­ci walecz­nej”, i nie mia­ły już cha­rak­te­ru ulot­nej poetyc­kiej wie­ści, ale nio­sły w sobie kon­kret­ną zapo­wiedź przy­szłej glorii.

Jeże­li więc Przy­by­szew­ski znał ten wiersz, a wszyst­ko na to wska­zu­je, to odczy­tał go tak, jak życzył sobie tego w 1914 roku Dani­łow­ski. Co praw­da bez­po­śred­nio tego nie wska­zał, ale podob­nie jak Dani­łow­ski umie­jęt­nie sko­ja­rzył w swo­im odczy­cie czyn Pił­sud­skie­go z boha­ter­stwem księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go. A wobec tego nale­ża­ło­by uznać, że wła­śnie z wier­sza Dani­łow­skie­go, „W Stu­let­nią Rocz­ni­cę” wzię­ło się mot­to do wcze­śniej­sze­go odczy­tu o powsta­niu listo­pa­do­wym. To jed­nak tyl­ko domnie­ma­nie! Bowiem nie­raz się zda­rza, że nie zawsze moż­na być pew­nym źró­dła, z któ­re­go zaczerp­nię­to jakiś tam cytat. Tyl­ko że tego dwu­wer­su, o tak bar­dzo roman­tycz­nym wygło­sie, nie moż­na zwać „jakimś tam cyta­tem”, ale z racji myśli i sło­wa tak bar­dzo god­nym uwa­gi i pamię­ci, że war­to go raz jesz­cze przywołać:

„Jest czy­nów ludz­kich tak pod­nio­sła sfera,

Gdzie moż­na zgi­nąć, lecz się nie umiera”.

I cho­ciaż na tym moż­na by już skoń­czyć, to war­to jesz­cze się zasta­no­wić, jak Przy­by­szew­ski odniósł­by się obec­nie do tego wszyst­kie­go, co u Nas się dzie­je!. Wie­dząc, jak reago­wał w ostat­nich latach swe­go życia na ówcze­sne kwe­stie spo­łecz­ne i poli­tycz­ne, naj­pew­niej nie pomi­nął­by tego mil­cze­niem, a może nawet zde­cy­do­wał­by się powtó­rzyć cokol­wiek ze swej gdań­skiej publi­cy­sty­ki. Oczy­wi­ście, nie tutaj miej­sce i czas, by się tym zaj­mo­wać, ale gwo­li przy­kła­du wystar­czy podać, co mówił w 1920 roku o wolności:

„A u żad­ne­go naro­du nie posia­da­ło to sło­wo „Wol­ność” tak nie­sły­cha­ne­go zna­cze­nia, jak wła­śnie u nas, To już wła­ści­wie nie sło­wo, ani ode­rwa­ne poję­cie, wol­ność jest naj­istot­niej­szą i naj­głęb­szą zawar­to­ścią życia Pola­ka i jego naj­głęb­szą religią.

Wol­ność, to sta­ła nie­wzru­szo­na oś, naoko­ło któ­rej wszyst­kie myśli Pola­ka, jego sny, pra­gnie­nia, wysił­ki i czy­ny wiru­ją, i naoko­ło tej jed­nej osi krą­ży świa­do­mie, czy nie­świa­do­mie wszyst­ko, co zawar­tość jego duszy stanowi (…).

A wła­śnie Pola­ko­wi było danym ‚wyko­rzy­stać wszyst­kie roz­ko­sze wol­no­ści aż do dna – była prze­cież Pol­ska jedy­nym kra­jem w Euro­pie aż do same­go koń­ca wol­ną repu­bli­ką i nigdy nie zazna­ła abso­lu­ty­zmu – i Pola­ko­wi dosta­ło się w udzia­le prze­ży­wać wszyst­kie sza­tań­skie męczar­nie, gdy wol­ność utracił!”

Sta­ni­sław Przy­by­szew­ski nie przy­pad­kiem napi­sał ten arty­kuł po zwy­cię­skiej Bitwie War­szaw­skiej i poświę­cił go Pił­sud­skie­mu, tak bar­dzo akcen­tu­jąc zna­cze­nie dla nas wol­no­ści, i to jesz­cze w tym niby „Wol­nym Mie­ście Gdań­sku”. Zapew­ne dzi­siaj też by te sło­wa przy­po­mniał, i to tym wszyst­kim, któ­rzy tyle krzy­czą, że tra­cą wol­ność. Bowiem kto nie zna całej praw­dy o naszej ponad stu­let­niej nie­wo­li pod zabo­ra­mi i bli­sko pół­wie­ko­wej potem, nie zro­zu­mie, dla­cze­go tak bar­dzo ceni­my wol­ność, dla któ­rej tak zna­czą­ce była zwy­cie­ska bata­lia pod­czas Bitwy War­szaw­skiej nie przy­pad­kiem nazwa­na Cudem nad Wisłą.

  Tade­usz Linkner