Gdzie dzisiaj szukać normalności, co zrobić, żeby nie zwariować w świecie, w którym zbudowano cały medialne rusztowanie udawania, że król nie jest nagi? Udawać razem z innymi, czy się buntować? Myśleć co innego, a robić, co innego? Otwarcie kontestować, niezależnie od tego, ile to będzie kosztowało?

Urabiano nas metodą powolnego gotowania żaby. Najpierw wymagało to zgody na politycznie poprawne dogmaty. Czasem wbrew oczywistym faktom, ale za to w imię „tolerancji”, „wolności”, „praw człowieka” i „demokracji”. Nas samych, a nasze dzieci w szczególności tresowano, do nowych odruchów warunkowych; milczenia w sytuacjach, które wymagały mówienia prawdy; podstawiono nam nowe stereotypy i wokół nowych totemów stworzono religię progresywizmu, jednocześnie bezczeszcząc stare ołtarze. Robiono to początkowo powoli, drobnymi krokami, by potem, nie widząc oporu, gwałtownie przyspieszyć.

Pozbawiono nas jednocześnie – na ile to tylko było możliwe – oparcia w strukturach poziomych – naszych sąsiedzkich społecznościach, stabilnych wielopokoleniowych rodzinach, stałych, wieloletnich grupach zatrudnienia. Podkreślano konieczność mobilności i zmiany, tym samym podcinając korzenie społeczne. Dzisiaj życie towarzyskie przeniesione do mediów społecznościowych i poddane absolutnej kontroli, atomizuje nas jeszcze bardziej. Ponieważ uznano, że jesteśmy już całkiem ugotowani, podkręcono ogień pod palnikiem, założono maski…

Na ocalenie ancien regime’u jest za późno, pozostaje ratowanie siebie samych. Nie odpowiem wprost na postawione pytania, zakończę anegdotą; siedząc za PRL-u „pod celą” na Montelupich, rozmawiałem z pewnym „złodziejem”; ten sentencjonalnie stwierdził, że tak „po prawdzie”, my tutaj za murem, jesteśmy bardziej wolni, niż oni „na wolności”, no bo „nas już nie mogą zamknąć…”.

Andrzej Kumor