Pozwalam sobie zwrócić się do Pana z refleksją, ale tak zupełnie prywatnie, która dojrzewała we mnie przez lata zarówno jako osoba, która osobiście przeszła przez polski system edukacji, jak i jako obserwatorka funkcjonowania szkół w dwóch różnych krajach: Polsce i Kanadzie.
Chciałabym poruszyć kwestię, która w debacie publicznej pojawia się rzadko lub jest zbywana ogólnikami , mianowicie strukturalną niesprawiedliwość systemu nagradzania uczniów, który zamiast rozwijać potencjał, utrwala istniejące hierarchie społeczne i rodzinne. I tak jak Pan podkreślił, “nie zawsze” – a ja uważam, że w większości przypadków – uczniowie z czerwonym paskiem osiągają sukcesy w życiu, co jest dla mnie dowodem, że nagroda ta nie trafia do tych dzieci, do których powinna.
System, który nagradza pozycję, nie potencjał
Sama byłam uczennicą przeciętną w rozumieniu systemu, pilną, zaangażowaną, lecz niewyróżnianą. Z perspektywy czasu dostrzegam wyraźnie, że moje wyniki szkolne były w znacznej mierze pochodną nie moich zdolności, lecz czynników całkowicie ode mnie niezależnych: personalnych animozji nauczycieli wobec członków mojej rodziny oraz stylu pracy niedopasowanego do dominującej metody dydaktycznej, w której pisemne utrwalanie wiedzy było traktowane jako słabość, a nie jako uzasadniona potrzeba poznawcza.
To doświadczenie skłoniło mnie do szerszej refleksji nad tym, komu szkoła faktycznie służy.
Nepotyzmem w konkursach i kultura pozoru
Jako świadek funkcjonowania szkoły mogę opisać zjawisko, które , choć powszechnie znane wśród uczniów i rodziców, rzadko przebija się do publicznej dyskusji. Dzieci pedagogów lub rodziców posiadających nieformalne wpływy w środowisku szkolnym startują w konkursach przedmiotowych z dostępem do materiałów niedostępnych pozostałym uczestnikom. Zdarza się, że prace konkursowe są przygotowywane z wyprzedzeniem i przepisywane w trakcie samego konkursu , niekiedy na oczach nadzorującej kadry.
Uczeń nagradzany tytułem “ucznia roku” może być nie tyle najzdolniejszym, ile najlepiej osadzonym w sieci szkolnych zależności , świadomym tego, czego unikać i jak zarządzać własnym wizerunkiem. Pozostałe dzieci , doskonale orientujące się w tych mechanizmach, uczą się przy tym jednej głęboko destrukcyjnej lekcji: że wysiłek nie jest warunkiem sukcesu.
Analogia ze sportem i problem systemowy
Mechanizm ten ma swoją analogię w sporcie młodzieżowym, gdzie przewaga dzieci zamożniejszych rodziców lub tych z “właściwymi znajomościami” jest widoczna już na poziomie podstawowym, począwszy od dostępu do lepszego sprzętu i suplementacji, skończywszy na arbitralnych decyzjach sędziowskich i trenerskich.
Oba zjawiska w edukacji i sporcie są przejawami tego samego problemu: instytucji, które formalnie głoszą merit, a faktycznie reprodukują istniejące nierówności.
Postulat: indywidualizacja szansy, nie rywalizacji
Rozwiązaniem nie jest likwidacja rywalizacji, lecz jej demokratyzacja. Gdyby każde dziecko rotacyjnie, w odpowiednio dobranym momencie swojego rozwoju , miało zagwarantowany udział w konkursie lub projekcie, w którym może się wykazać, doświadczyłoby czegoś fundamentalnego: poczucia, że zostało wybrane, że jego potencjał jest dostrzegany. Że szkoła jest dla niego, nie dla garstki uprzywilejowanych.
Tymczasem obserwuję zarówno wśród młodzieży w Polsce, z którą regularnie rozmawiam, jak i wśród uczniów w Kanadzie narastające przekonanie o bezcelowości starania się. “Zawsze wygrywają ci sami” to zdanie, które słyszę zbyt często, by traktować je jako jednostkowe rozczarowanie.
Konkluzja
Każde dziecko rodzi się z określonym zestawem predyspozycji i talentów. Zadaniem instytucji edukacyjnej powinno być ich odkrycie i wzmocnienie , nie selekcja na rzecz tych, którzy już na wejściu mają przewagę. Szkoła, która konsekwentnie nagradza tych samych uczniów nie dlatego, że są najzdolniejsi, lecz dlatego, że są najlepiej usytuowani, nie pełni funkcji edukacyjnej. Pełni funkcję społecznej reprodukcji.
To jest strata, której nie mierzą żadne rankingi – strata ludzkiego potencjału, który nigdy nie dostał szansy się ujawnić.
Imię i nazwisko do wiadomości redakcji
•••
Od redakcji: bardzo dziękujemy za wypowiedź. Świat nigdy nie będzie sprawiedliwy, dzieci troskliwych rodziców mają większe szanse niż obojętnych, tych majętnych od tych biednych, wykształconych od głupich etc.
Ale to rodzice powinni decydować, jak kształcić dzieci i dlatego pieniądze z podatków jeśli w ogóle mają finansować oświatę powinny iść za uczniem jako bon edukacyjny – w ten sposób zbieramy 20 uczniów zatrudniamy nauczycieli i robimy szkołę.
W uczniu należy przede wszystkim wykształcić przekonanie, że wiedza ma sens i musi ją zdobywać samodzielnie nie tylko w szkole. Mimo tego, że wiedza nie zapewnia sukcesu, to jednak bez niej jest on niemożliwy. Dzieci muszą umieć sobie radzić z porażkami i traktować je jako normalną rzecz i impuls do jeszcze większej pracy. Szkoła to jedynie część kształcenia – zwłaszcza w dzisiejszym świecie – dlatego rodzice, zwłaszcza nuworysze, często nastający na nauczycieli i pchający w szkole swoje dzieci robią im krzywdę oduczając samodzielnej walki o swoje.
W środowiskach emigracyjnych, zwłaszcza u dorobkiewiczów, takie tendencje są bardzo widoczne, kiedy to rodzice chcą dzieciom przychylić nieba – by nie musiały przechodzić tego co oni, niepomni na to, że to właśnie owe „przejścia” doprowadziły ich samych do sukcesu. Zamiast kształcić silnych ludzi psują dzieci.
Dzieci przede wszystkim powinny mieć wykształcony charakter, tak by poszły własną ściężką życia, bez rodzicielskiej ochronki – gdyż tylko to da im szczęście.
Forowanie własnych dzieci w szkole poprzez naciski czy kupowanie przychylności nauczycieli lub administracji to wyrządzanie krzywdy własnemu potomstwu. Andrzej Kumor

































































