Było to daw­no temu. U zbie­gu ulic Dun­das West i Uni­ver­si­ty w Toron­to był Welco­me House (taki dom powi­tań nowo przy­jezd­nych do Kana­dy). Tam tak­że były ofe­ro­wa­ne kur­sy języ­ka angiel­skie­go. Pół roku dla każ­de­go nowo przy­by­łe­go, bez wzglę­du na to jak wła­dał i angiel­skim, a tak­że i swo­im wła­snym językiem.

Tak więc do jed­nej kla­sy tra­fia­li i pro­fe­sjo­na­li­ści po uni­wer­sy­te­tach, i funk­cjo­nal­ni anal­fa­be­ci w swo­im języ­ku macie­rzy­stym. Lep­szy taki nie­do­sko­na­ły pro­gram niż nic.

Tuż po woj­nie angiel­skie­go naucza­no w polo­nij­nych orga­ni­za­cjach swo­im wła­snym sump­tem, bo nie było wte­dy pro­gra­mów asy­mi­la­cji dla nowo przybyłych.

W Welco­me House było sześć pozio­mów angiel­skie­go. Teo­re­tycz­nie jeden poziom na jeden mie­siąc. Każ­dy level moż­na było powta­rzać jeden raz, ale i tak w sumie nie moż­na było uczęsz­czać dłu­żej do szko­ły niż pół roku. To tam po raz pierw­szy spo­tka­łam się z Pola­ka­mi, któ­rzy wsty­dzą się sie­bie. W szko­le było nas spo­ro. Zwy­kle na prze­rwach sia­dy­wa­li­śmy razem. Wymie­nia­li­śmy skąd jeste­śmy. Ten był z Bara­nich Głów, tam­ta z Socha­cze­wa, ja z Szom­bie­rek. Po dwóch tygo­dniach wszy­scy byli już z War­sza­wy, no może z Kra­ko­wa. Zosta­łam się sama z tymi moimi Szom­bier­ka­mi. Pró­ba przy­po­mnie­nia Bara­nich Głów, czy Socha­cze­wa wywo­ły­wa­ła gniew­ne zaprze­cze­nie. Zapew­ne już w Pol­sce nauczy­li się ukry­wa­nia tego kim są. Cza­sem to nam rato­wa­ło życie, naj­czę­ściej jed­nak było pró­bą unik­nię­cia poni­że­nia i szy­der­stwa, za wio­chę, za brak ‘uro­dze­nia’, za brak wykształ­ce­nia, za brak oby­cia. Moi kole­dzy ze szko­ły odpa­da­li jeden po dru­gim. Dla jed­ne­go był w niej za niski poziom, dru­gi już wszyst­ko umiał, inny zna­lazł pra­cę, i taki jeden z tej pra­cy mu powie­dział, że przy robo­cie nauczy się w mig angiel­skie­go, jesz­cze ktoś inny nie potrze­bo­wał się uczyć, bo miesz­kał w pol­skiej dziel­ni­cy przy Ron­ce­sval­les. Znów inna nie mogła przejść trzy­krot­nie pozio­mu pierw­sze­go pomi­mo trzy­let­nie­go już poby­tu w Toronto.

Tak że, po sze­ściu mie­sią­cach, z tych co zaczy­na­li razem zosta­łam się pra­wie sama. Mia­łam wytrwa­łą w nauce kole­żan­kę Sło­wacz­kę Marię. Obie korzy­sta­ły­śmy z przed­szko­la przy Welco­me House. Nasze dzie­ci też się uczy­ły – po swojemu.

W dro­dze powrot­nej tram­wa­jem do domu, kłó­ci­ły się zawzię­cie o to czy ‘church’ to kościół, czy kostol  (po sło­wac­ku kościół). Jed­no­czy­ło je już jed­nak wspól­ne sło­wo ‘church’. Potem nasze dro­gi z Marią roze­szły się. Spo­tka­ły­śmy się po latach w pra­cy w tym samym mini­ster­stwie. Nasze wytrwa­łe ucze­nie się angiel­skie­go zaowo­co­wa­ło dosta­niem w mia­rę dobrej pracy.

Lata 80-te to czas kie­dy w Kana­dzie, za spra­wą sta­rań Kon­gre­su Polo­nii Kana­dyj­skiej (zarzą­du głów­ne­go i okrę­gu Toron­to)  stwo­rzo­no tym­cza­so­wy w cza­sie sta­nu wojen­ne­go pro­gram, któ­ry pozwa­lał Pola­kom sta­rać się o pobyt sta­ły w try­bie specjalnym.

To wte­dy całe zało­gi stat­ków z Pol­ski przy­bi­ja­ją­cych do brze­gów Kana­dy scho­dzi­ły na ląd i pro­si­ły o azyl. To wte­dy dyplo­ma­ci pol­scy opusz­cza­li swo­je komu­ni­stycz­ne placówki.

To w tym okre­sie wie­lu Pola­ków przy­jeż­dża­ło z Gre­cji, Hisz­pa­nii i innych kra­jów. Wte­dy kur­sy angiel­skie­go nie były ofe­ro­wa­ne na każ­dym rogu tak jak dziś. Trze­ba było jechać do downtown.

I tym spo­so­bem dowie­dzia­łam się o czym to śpie­wa­ła Petu­la Clark w pio­sen­ce ‘Down­town’, któ­rą w roku 1980 śpie­wa­ła na Festi­wa­lu Pio­sen­ki Inter­wi­zji w Sopo­cie. To był dla mnie tak­że czas odkry­wa­nia cza­ru Boże­go Naro­dze­nia w prze­strze­ni publicz­nej. Przy­je­cha­łam z komu­ni­stycz­nej Pol­ski, gdzie świę­ta obcho­dzi­ło się pry­wat­nie, w domu i w koście­le. Ale nie w szko­le, ani nie na uli­cy. W skle­pach też nie – zresz­tą i tak nie­wie­le w tych skle­pach było. A tu w Kana­dzie wszy­scy świę­to­wa­li. I to na doda­tek od adwen­tu, a wła­ści­wie od para­dy San­ta Clau­se (Świę­te­go Mikołaja).

Mówi­cie, że  Świę­ta Boże­go Naro­dze­nia są zbyt sko­mer­cja­li­zo­wa­ne? Macie rację, tyl­ko to my decy­du­je­my do jakie­go stop­nia pozwo­li­my się  sko­mer­cja­li­zo­wać. Przede wszyst­kim Boże Naro­dze­nie nie jest o zaku­pach i pre­zen­tach, ani nawet o jedze­niu. Owszem małe poda­run­ki są mile widzia­ne, a uro­czy­sta tra­dy­cyj­na Wigi­lia z rodzi­ną i bli­ski­mi koniecz­na, ale to wszyst­ko jest jedy­nie pod­kre­śle­niem nie­zwy­kłe­go cza­su powta­rza­ne­go co roku wraz z naro­dze­niem Dzie­ciąt­ka Jezus.

I tak lepiej, żeby świę­ta Boże­go Naro­dze­nia były sko­mer­cja­li­zo­wa­ne, niż takie stłam­szo­ne do wyda­rze­nia pry­wat­ne­go, czę­sto zaka­za­ne­go, ukry­wa­ne­go, czy nawet wsty­dli­we­go jak było w komu­ni­stycz­nej Pol­sce, kra­ju z kato­lic­ką więk­szo­ścią przy­wią­za­ną do tra­dy­cji. Wte­dy ktoś inny wie­dział i decy­do­wał co dla nas jest dobre, i zabra­niał, tego co nas określało.

Oni wie­dzie­li lepiej, bo my byli­śmy nie­oświe­co­nym, zaco­fa­nym, kato­lic­kim ludem. Wte­dy się nas okre­śla­ło masy pra­cu­ją­ce miast i wsi, zapo­mi­na­jąc o niby to prze­wod­niej roli kla­sy robot­ni­czej, któ­ra wca­le nie wie­dzia­ła, że ma jaką­kol­wiek prze­wod­nią rolę. I też nie mia­ła. To było takie zada­wa­nie zaćmy i mydle­nie oczu. Jakoś tak histo­rycz­nie zbyt czę­sto znaj­du­je się ktoś, kto wie lepiej co jest dla nas dobre. I nas popro­wa­dzi, wska­że nam dro­gę. Cze­goś zabro­ni, do cze­goś inne­go prze­ku­pi, albo zmusi.

Dzię­ku­je­my, nie potrze­bu­je­my. Damy sobie radę sami, bo mamy w naszym życiu cier­pli­wość wycze­ki­wa­nia Wigi­lii i świa­tło Boże­go Naro­dze­nia. Wiemy.

Wte­dy, pod­czas pierw­szych Świąt Boże­go Naro­dze­nia w Kana­dzie bar­dzo mnie uję­ło sze­ro­ko i publicz­nie obcho­dzo­ne Boże Naro­dze­nie. Wte­dy, szop­ka ze Świę­tą Rodzi­ną jesz­cze niko­go nie obra­ża­ła, i była wysta­wio­na na każ­dym rogu. Zbie­ra­łam gro­sik do gro­si­ka, czy­li cen­cik do cen­ci­ka, na przy­kład nie pijąc kawy w szko­le (kosz­to­wa­ła aż 30 cen­tów), i tuż przed wigi­lią w skle­pie Cana­dian Tire, kupi­łam srebr­ną bomb­kę pozy­tyw­kę gra­ją­cą kolędy.

Ach co to była za radość! Słu­cha­ły­śmy z córecz­ką zachwy­co­ne, gdy zawie­szo­na na cho­in­ce bomb­ka wygry­wa­ła kolę­dy. W szko­le, tuż przed świą­tecz­ny­mi feria­mi, odwie­dzi­li nas kolęd­ni­cy z pobli­skiej szko­ły śred­niej. Wrę­czy­li nam sło­wa kolęd i zaczę­li śpie­wać. A my nic. Jesz­cze nie ten poziom. Ale była taka jed­na kolę­da ‘tis the season to be jol­ly, fa la la la la, la la la la’ (to okres, żeby się rado­wać). I to ‘fa la la la’, nam aku­rat przy­pa­so­wa­ło. I wszy­scy rów­no i bar­dzo gło­śno śpie­wa­li­śmy fa la la la, la la la. Same sło­wa kolę­dy czy­ta­ne z tru­dem mru­cze­li­śmy pod nosem, każ­dy we wła­ści­wym sobie narze­czu angiel­skie­go emi­gran­to, ale to ‘fa la la la’, śpie­wa­li­śmy peł­ną pier­sią, tak jak nale­ży. Do dzi­siaj jest to moja ulu­bio­na kolę­da angiel­ska. I zapew­ne nie tyl­ko moja, ale wszyst­kich uczą­cych się wte­dy angiel­skie­go w sta­rym domu Welco­me House przy Dun­das i Uniwersity.

Wte­dy tak­że na śpie­wa­nie kolęd ze zna­jo­my­mi orga­ni­zo­wa­nym w moim domu, posta­ra­łam się o zbiór kolęd po angiel­sku z gaze­ty Toron­to Star. Tak że, do wydru­ko­wa­nych kolęd pol­skich z polo­nij­ne­go tygo­dni­ka Związ­ko­wiec (obie gaze­ty były wte­dy bar­dzo poczyt­ne), śpie­wa­li­śmy prze­pięk­ne pol­skie kolę­dy, i po raz pierw­szy angiel­ską kolę­dę z fa la la la, la la, la la.

Pogod­nych Świąt, rado­sne­go kolę­do­wa­nia i Dosie­go Roku!

Ali­cja Far­mus Toronto,

18 grud­nia, 2020