W historii polskiego kina było paru reżyserów, którzy choć uwierzyli w PRL nadal robili niezłe filmy szokując nieco środowisko, a już z pewnością wielu widzów. Wśród nich, obok m.in. Bohdana Poręby (trudno nie zachwycić się jego „Hubalem”) i Aleksandra Forda (twórca „Krzyżaków” skazany i tak w 1968 roku na banicję) należy wymienić Czesława Petelskiego. Przeważnie kręcił on swoje filmy współpracując z żoną Ewą. W ich dorobku znalazły się ciekawe obrazy, naturalnie nie pozbawione propagandowej skazy ale i tak na tyle ciekawe by o nich tutaj wspomnieć. A więc „Wraki”, „Ogniomistrz Kaleń”, „Czarne skrzydła”, „Kopernik” czy „Bilet powrotny” to naprawdę kawałek ciekawego kina przykuwającego uwagę nawet po tylu latach.

W 1958 roku nie wiedząc czemu Czesław Petelski postanowił zrezygnować z pomocy Ewy i jeden jedyny raz zrealizował film w pojedynkę. Tak oto powstała „Baza ludzi umarłych” bodaj najciekawszy obraz jaki może się kojarzyć z nazwiskiem Petelski.

Reżyser był najwyraźniej pod wrażeniem filmu Clouzot’a „Cena strachu” w którym między innymi Yves Montand próbuje swoją ciężarówką przewieźć nitroglicerynę. Pamiętam napięcie jakie towarzyszyło przygodom francuskiego gwiazdora. Petelski szukał podobnego tematu i znalazł go w opowiadaniu Marka Hłaski „Następny do raju”. Hłasko był już wtedy wschodzącą gwiazdą wśród polskich literatów, a w dodatku była to trochę autobiograficzna opowieść jako że również i jemu zdarzyło się prowadzić zdezelowane ciężarówki zanim chwycił za pióro. Działo się to co prawda nie w Bieszczadach, a w Górach Bialskich (część Ziemi Kłodzkiej) ale nie miało to już większego znaczenia, bowiem pejzaże były równie dzikie a zwózka drzewa tak samo niebezpieczna. Petelski uparł się jednak na Bieszczady i tak właśnie nazywa okolicę w której osadza całą akcję. Do bazy w środku leśnych ustępów przyjeżdża Stefan Zabawa, ewidentnie zaufany towarzysz partyjnych mocodawców z województwa. Nie ma łatwej misji, bowiem zleca mu się zatrzymanie exodusu zbuntowanych kierowców mających już dość niebezpiecznej jazdy na rozpadających się studebakerach (amerykańskie ciężarówki z demobilu). Kierowcami nie są tutaj bynajmniej potulni szoferzy utrzymujący rodziny lecz najrozmaitsi życiowi rozbitkowie szukający chwilowego zaczepienia w oczekiwaniu na stabilizację. Tę stabilizację ma im zapewnić ucieczka do miasta, no a towarzysz Zabawa chce pokrzyżować te plany bo przecież na drewno czekają odbudowywane wsie i miasta. Piszę o tym z pewnym sarkazmem jako że może niektórych widzów razić tania propaganda, ale nie zapominajmy, że rok 58 to właściwie koniec chwilowej odwilży politycznej (nastałej po śmierci Stalina) i do sztuki, także filmowej wkracza ze zdwojoną siłą cenzura. Petelski musiał więc założyć kaganiec, bo inaczej tego filmu by po prostu nie zrobił. Zwłaszcza, że scenariusz napisał nielubiany przez Gomułkę „rebeliant” Hłasko, a na planie aż roi się od charakterów, które niekoniecznie kojarzą się z socjalizmem.

Do odegrania tych ról reżyser zatrudnił wybitnych aktorów. Leon Niemczyk (Dziewiątka), Emil Karewicz (Warszawiak), Aleksander Fogiel (Apostoł), Tadeusz Łomnicki (Partyzant), Zygmunt Kęstowicz (Zabawa) i Roman Kłosowski (Orsaczek) to już wtedy liczące się nazwiska, o których mógł marzyć każdy reżyser. Jestem niemal pewien, że na plan tego filmu zwabiła ich nie tyle klasa Petelskiego ile mit Hłaski. Partneruje im jedna kobieta – Teresa Iżewska. też już owiana sławą, bo przecież zagrała wcześniej Stokrotkę w „Kanale” Andrzeja Wajdy.

Zważywszy sposób w jaki robiło się wtedy filmy – bez jakichkolwiek efektów specjalnych – „Baza ludzi umarłych” wcale nie razi bylejakością. Bieszczadzka zima (która bieszczadzką nie jest) wywołuje dreszcze, a wywracające się ciężarówki wcale nie wyglądają gorzej od tych z „Ceny strachu”. Jest też w „Bazie” scena, którą zapamiętuje się chyba na całe życie: pożegnanie Apostoła przy dźwiękach melodii „Bal na Gnojnej” granej na kościelnych organach.

Janusz Pietrus
Link do tego filmu:
https://www.cda.pl/video/350493454