Jan Macie­jew­ski o rene­san­sie tra­dy­cyj­ne­go kato­li­cy­zmu we Francji 

       Wspól­no­ty sku­pio­ne wokół łaciń­skiej litur­gii są we Fran­cji od kil­ku dekad jedy­ny­mi, w któ­rych przy­by­wa zarów­no wier­nych, jak i powołań.

Bar­dzo czę­sto oka­zu­je się, że tam, gdzie wyma­ga­nia sta­wia­ne przed wier­ny­mi są naj­więk­sze, tam też poja­wia­ją się oni najchętniej.

Kościół chciał otwo­rzyć się na świat, a tym­cza­sem został w nim uwię­zio­ny. Jego logi­ce, prio­ry­te­tach, spo­so­bie myślenia.

Muzea w Kościo­łach, para­fie bez wier­nych, brak powo­łań. Fran­cja to w powszech­nej świa­do­mo­ści syno­nim seku­la­ry­za­cji i ani­hi­la­cji kato­li­cy­zmu. Tym­cza­sem wła­śnie nad Sekwa­ną mamy do czy­nie­nia z rosną­cym zna­cze­niem tra­dy­cjo­na­li­stycz­nych zgro­ma­dzeń i coraz więk­szą popu­lar­no­ścią „Mszy Wszech­cza­sów”. Podob­ną ten­den­cję, choć na mniej­szą ska­lę, moż­na zauwa­żyć rów­nież w Pol­sce. Czy nową wio­snę Kościo­ła przy­nie­sie powrót do Tradycji?

 

        Wiel­ki tydzień fran­cu­skie­go Kościoła

V Repu­bli­ka odda­ła Arnaud Bel­tra­mo­wi każ­dy z rodza­jów hoł­du na jakie tyl­ko mogła się zdo­być. Wie­lo­go­dzin­ne, trans­mi­to­wa­ne przez ogól­no­kra­jo­we sta­cje tele­wi­zyj­ne obcho­dy pogrze­bu. Order Legii Hono­ro­wej, posta­wie­nie go za wzór hero­izmu i oby­wa­tel­skiej cno­ty przez pre­zy­den­ta Emma­nu­ela Macro­na. Kon­do­len­cje i wyra­zy uzna­nia napły­wa­ły z całe­go świata.

23 mar­ca 2018 roku puł­kow­nik Bel­tra­me oddał się w ręce muzuł­mań­skie­go zama­chow­ca w zamian za wypusz­cze­nie zakład­ni­ków. Został postrze­lo­ny, pode­rżnię­to mu gar­dło, leka­rzom nie uda­ło się go ura­to­wać. Dopie­ro po paru dniach zaczę­ło wycho­dzić na jaw, że jego czyn – a bio­rą­cy udział w tej akcji nie mie­li wąt­pli­wo­ści, iż żan­darm skła­da­jąc zama­chow­co­wi swo­ją pro­po­zy­cję, wie­dział, że cze­ka go śmierć – wię­cej niż ze świec­kie­go hero­izmu, miał w sobie z męczeń­stwa. „Pogrzeb moje­go męża, któ­ry odby­wa się w Wiel­kim Tygo­dniu oraz dzień jego śmier­ci – pią­tek przed Nie­dzie­lą Pal­mo­wą, są dla mnie jakimś zna­kiem. Z wiel­ką nadzie­ją cze­kam razem z nim na świę­to­wa­nie Zmar­twych­wsta­nia Pań­skie­go” – stwier­dzi­ła przed kame­ra­mi Mariel­le Beltrame.

Jej mąż nawró­cił się na kato­li­cyzm dzie­sięć lat wcze­śniej, w murach zako­nu Kano­ni­ków Regu­lar­nych Mat­ki Bożej w Lagras­se. Jed­ne­go z wie­lu ist­nie­ją­cych we Fran­cji, żyją­cych wokół i dla tra­dy­cyj­nej łaciń­skiej litur­gii zgro­ma­dzeń. Do koń­ca życia był zwią­za­ny z dzia­ła­ją­cym wokół tego zako­nu dusz­pa­ster­stwem. Ostat­nie­go namasz­cze­nia udzie­lił mu jeden z zakon­ni­ków z Lagrasse.

 

Zakon Kano­ni­ków Regu­lar­nych w Lagrasse.

Pożar kate­dry Notre Dame w Pary­żu, choć doszło do nie­go 15 kwiet­nia 2019, w kalen­da­rzu litur­gicz­nym zbiegł się nie­mal dokład­nie z pierw­szą rocz­ni­cą śmier­ci Arnaud Beltrame’a. Naj­słyn­niej­szy fran­cu­ski kościół zapło­nął w Wiel­ki Ponie­dzia­łek. Tak dłu­go jak tra­wił go ogień, wzdłuż bul­wa­rów Sekwa­ny, z wido­kiem na Notre Dame modli­ły się tysią­ce Pary­żan. Zatrzy­ma­li się i wycią­gnę­li różań­ce tak odru­cho­wo, jak wie­lu w tam­tym momen­cie się­gnę­ło po smart­fo­ny. Jed­ni i dru­dzy, choć w róż­nym sen­sie tego sło­wa, chcie­li uwiecz­nić tę chwilę.

W nie­dzie­lę, 8 listo­pa­da 2020 roku, dzie­siąt­ki tysię­cy kato­li­ków w naj­więk­szych fran­cu­skich mia­stach modli­ło się ze świe­ca­mi w rękach przed swo­imi kościo­ła­mi. Byli to wszy­scy ci, któ­rzy nie zmie­ści­li się w dra­koń­skim, wyno­szą­cym trzy­dzie­ści osób limi­cie wier­nych mogą­cych wziąć udział w mszy świę­tej. Przy­zwy­cza­jo­na do wido­ku pustych świą­tyń Fran­cja po raz pierw­szy zoba­czy­ła tłu­my, któ­re nie dały się rady w nich zmieścić.

 

Naj­młod­sza córa Kościoła

Dla wszyst­kich pro­ro­ków nie­uchron­nej seku­la­ry­za­cji, jed­no­kie­run­ko­wej, wio­dą­cej do osta­tecz­nej klę­ski Kościo­ła wizji histo­rii, Fran­cja od daw­na pozo­sta­je koron­nym argu­men­tem. Ojczy­zna rewo­lu­cji, kraj, w któ­rym laicy­za­cja wyto­czy­ła – cza­sem w dosłow­nym, jak w Wan­dei sen­sie – naj­moc­niej­sze dzia­ła. Sta­ty­sty­ki poka­zu­ją­ce licz­bę wier­nych, powo­łań, udzie­la­nych sakra­men­tów sta­wa­ły się tu w cią­gu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat zatrwa­ża­ją­ce. To nie był kry­zys, raczej już ani­hi­la­cja. Kom­plet­na zapaść fran­cu­skie­go Kościo­ła. W 2018 roku, w 58 na 96 wszyst­kich ist­nie­ją­cych nad Sekwa­ną die­ce­zji nie wyświę­co­no żad­ne­go kapła­na. Na gru­bo ponad poło­wie obsza­ru całe­go kra­ju przez rok nie poja­wi­ło się ani jed­no powo­ła­nie. Czę­ści die­ce­zji, a nie­któ­re z nich ist­nie­ją od II wie­ku, gro­zi likwidacja.

Skąd więc bio­rą się obraz­ki takie jak z jesie­ni 2020 roku? Co zatrzy­ma­ło na cało­noc­ną modli­twę pary­ski tłum i wresz­cie, skąd bie­rze się to, co naj­trud­niej poli­czal­ne, naj­mniej uchwyt­ne, a jed­no­cze­śnie będą­ce esen­cją chrze­ści­jań­stwa – goto­wość do męczeń­stwa taka jak ta, któ­rą wyka­zał się puł­kow­nik Beltrame?

W tym samym 2018 roku co pią­ty ze wszyst­kich wyświę­co­nych nad Sekwa­ną kapła­nów nale­żał do któ­re­goś z tra­dy­cjo­na­li­stycz­nych zgro­ma­dzeń. To ten­den­cja, któ­ra przy­bie­ra na sile rów­nie moc­no co postę­pu­ją­ca laicy­za­cja. Wspól­no­ty sku­pio­ne wokół łaciń­skiej litur­gii są od kil­ku dekad jedy­ny­mi, w któ­rych przy­by­wa zarów­no wier­nych, jak i powołań.

Ofi­cjal­ne, kościel­ne sta­ty­sty­ki nie odda­ją ska­li tego zja­wi­ska z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, nie obej­mu­ją one powo­łań zakon­nych, takich, jak choć­by Kano­ni­cy z Lagras­se, ale i wie­lu innych, żyją­cych według tra­dy­cyj­nej regu­ły zgro­ma­dzeń, któ­rych we Fran­cji jest wię­cej niż gdzie­kol­wiek indziej na świe­cie. Po dru­gie nato­miast nie wli­cza­ją one księ­ży wyświę­ca­nych w, nie­po­sia­da­ją­cym ure­gu­lo­wa­ne­go sta­tu­su kano­nicz­ne­go, Brac­twie Kapłań­skim Świę­te­go Piu­sa X, zało­żo­nym przez abp. Mar­ce­la Lefe­bvra. Zgro­ma­dze­niu, któ­re wła­śnie z Fran­cji wysy­ła w świat naj­więk­szą licz­bę kapła­nów. W ich rodzin­nym kra­ju jest ich dzi­siaj 116, dzia­ła­ją­cych w 44 prze­ora­tach. Licz­bę uczęsz­cza­ją­cych w odpra­wia­nych przez nich mszach świę­tych wier­nych sza­cu­je się na gru­bo ponad sto tysię­cy. Niż­sza niż w innych wspól­no­tach jest wśród tra­dy­cyj­nych kato­li­ków jedy­nie śred­nia wie­ku. Tra­dy­cja nad Sekwa­ną to nie nostal­gia, tyl­ko przyszłość.

Podob­ną ten­den­cją moż­na zresz­tą zaob­ser­wo­wać rów­nież w Pol­sce. W 2020 roku podwo­iła się licz­ba wier­nych uczest­ni­czą­cych w mszach świę­tych odpra­wia­nych przez księ­ży z Brac­twa św. Piu­sa X.

W roku, w któ­rym o odwro­cie pol­skich wier­nych od Kościo­ła mówi­ło się wię­cej i gło­śniej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, zwią­za­ni z kato­lic­ką Tra­dy­cją wier­ni prze­sta­li się mie­ścić w zaj­mo­wa­nych dotych­czas kapli­cach i roz­po­czę­li zbiór­kę pie­nię­dzy na budo­wę świą­tyń w War­sza­wie, Byd­gosz­czy, Łodzi, Pozna­niu, Wro­cła­wiu oraz na Śląsku.

W Kra­ko­wie, do „zwol­nio­ne­go” przez szpi­tal­nych kape­la­nów kościo­ła św. Łaza­rza usta­wi­ły się w tym samym cza­sie „w kolej­ce” dwie, sku­pio­ne wokół tra­dy­cyj­nej litur­gii gru­py wier­nych – z Brac­twa św. Pio­tra oraz Brac­twa św. Piu­sa X.

Fran­cja pozo­sta­je jed­nak przy­pad­kiem szcze­gól­nym i naj­bar­dziej poucza­ją­cym. Przede wszyst­kim dla­te­go, że nie przez przy­pa­dek była przez wie­ki nazy­wa­na „naj­star­szą córą Kościo­ła”. Po pro­stu zawsze, nie­mal we wszyst­kim, była pierw­sza. Tam też naro­dził się i naj­moc­niej roz­wi­nął ruch, któ­ry dopro­wa­dził do XX-wiecz­nych reform Kościo­ła. Fran­cu­zem był pre­kur­sor libe­ral­ne­go, dążą­ce­go do pogo­dze­nia się ze świa­tem, kato­li­cy­zmu – Féli­ci­té Lam­me­na­is. Jego roda­cy – Jacqu­es Mari­ta­in, Yves Con­gar, Hen­ri de Lubac, Emma­nu­el Mounier czy Pier­re Teil­hard de Char­din – two­rzy­li inte­lek­tu­al­ny napęd zmian doko­nu­ją­cych się w trak­cie i po zakoń­cze­niu II Sobo­ru Watykańskiego.

Na pół­no­cy Fran­cji uro­dził się też arcy­bi­skup Mar­cel Lefe­bvre, przy­wód­ca kato­lic­kie­go ruchu opo­ru prze­ciw­ko tym zmia­nom. Bar­dziej niż papier­kiem lak­mu­so­wym, kraj ten jest pro­roc­twem, zapo­wie­dzią przy­szło­ści cze­ka­ją­cej Kościół katolicki.

Wie­lu chcia­ło­by widzieć wszyst­kie zgro­ma­dzo­ne wokół tra­dy­cyj­nej łaciń­skiej litur­gii wspól­no­ty jako ostat­nie, wciąż co praw­da nie­zdo­by­te, ale oto­czo­ne już ze wszyst­kich stron powo­dzią „nie­uchron­nej logi­ki dzie­jów” twier­dze. Bar­dzo pró­bu­ją oni nie zauwa­żyć, że kato­li­ków przy­cią­ga tam nie to, co daw­ne, ale wiecz­ne. Że nie cho­dzą oni na „sta­rą mszę”, ale uczest­ni­czą we „Mszy Wszech­cza­sów”. Sło­wem – że to nie oblę­żo­ne twier­dze, ale prze­bi­śnie­gi. Znak, że Wio­sna Kościo­ła jest tuż za rogiem.

W żaden spo­sób nie pró­bu­ję tym tek­stem włą­czyć się w odwiecz­ną dys­ku­sję usta­la­ją­cą rachu­nek win i krzywd w Koście­le epo­ki poso­bo­ro­wej. Zupeł­nie nie inte­re­su­je mnie, kie­dy kon­kret­nie i z czy­jej winy roz­po­czę­ła się trwa­ją­ca już zde­cy­do­wa­nie zbyt dłu­go zima. Jej przy­czy­ny liczą się tyl­ko o tyle, o ile ich stwier­dze­nie jest potrzeb­ne do nadej­ścia dłu­go ocze­ki­wa­nej wio­sny. Wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści za grze­chy tych lat, po któ­rej­kol­wiek stro­nie trwa­ją­ce­go spo­ru do nich doszło, nale­ży do Pana Boga. Do nas z kolei nale­ży zro­zu­mie­nie, z któ­rej stro­ny może nadejść odro­dze­nie Kościo­ła. I ze wszyst­kich sił pomóc mu nastąpić.

Tym­cza­sem czę­sto nie potra­fi­my zoba­czyć jaskó­łek odno­wy, bo nad­la­tu­ją z zupeł­nie innej stro­ny niż się jej spo­dzie­wa­no. W cią­gu minio­nych kil­ku­dzie­się­ciu lat sta­ra­no się zazwy­czaj, zapew­ne w dobrej wie­rze, dzia­łać według regu­ły: „Spró­buj­my być jak naj­mniej kato­lic­cy, przy­cią­gnie­my w ten spo­sób wię­cej wier­nych”. Wspo­mi­naj­my naj­mniej jak to tyl­ko moż­li­we o grze­chu i koniecz­no­ści nawró­ce­nia. Jeśli ducho­wość, to tyl­ko bli­żej nie­okre­ślo­ne „spo­tka­nie z Jezu­sem” – bez asce­zy, wyrze­czeń i ofia­ry z sie­bie. Litur­gia? Moż­li­wie jak naj­prost­sza, naj­krót­sza, naj­mniej uro­czy­sta. Odrzuć­my wresz­cie cały ten zbęd­ny balast, to może wresz­cie uda się prze­ka­zać esen­cję wiary.

Na zakoń­cze­nie prac nad nowym msza­łem Paweł VI stwier­dził, że doko­na­ła się wła­śnie „nie­zwy­kle cięż­ka ofia­ra”. Ale – doda­wał po chwi­li – „zro­zu­mie­nie modli­twy jest cen­niej­sze niż sta­ro­daw­ne, dro­go­cen­ne sza­ty, któ­ry­mi się ona po kró­lew­sku przy­ozda­bia. Cen­niej­sze jest uczest­nic­two współ­cze­sne­go ludu, któ­ry życzy sobie, żeby prze­ma­wiać do nie­go w spo­sób jasny, zrozumiały.”

W książ­ce Odwiecz­ny naród. Polak i kato­lik w Żmią­cej Michał Łuczew­ski przy­ta­cza reak­cje wier­nych z beskidz­kiej wsi na zmia­ny w litur­gii. Spro­wa­dza­ły się one do roz­wia­ne­go złu­dze­nia. To jak słu­cha­nie dzie­ci, wyrwa­nych z kra­iny baśni i prze­nie­sio­nych nagle do szkol­nych ławek.

Może jed­nak o to wła­śnie cho­dzi­ło? Zamiast tajem­ni­czych mira­ży prze­ka­zu­je­my naresz­cie czy­stą, nagą treść samej wiary.

W wywia­dzie udzie­lo­nym w poło­wie lat 90. Pete­ro­wi Seewal­do­wi Joseph Rat­zin­ger stwier­dza, że kato­li­cy kom­plet­nie prze­sta­li rozu­mieć swo­ją wia­rę. Wcho­dzą do kościo­łów jak do muze­ów. Widzą obra­zy świę­tych, któ­rych życia i czy­nów nie rozu­mie­ją ani nawet spe­cjal­nie nie koja­rzą. Męczen­ni­ków, któ­rzy odda­wa­li życie za praw­dy, o któ­rych im nawet nie wspo­mnia­no. Patrzą na krzyż, ale nie rozu­mie­ją ukrzy­żo­wa­nia. Jego sło­wa potwier­dza­ją regu­lar­nie kolej­ne bada­nia wie­dzy i świa­do­mo­ści kato­li­ków. Wła­ści­wie nie ma takiej praw­dy wia­ry, łącz­nie ze zmar­twych­wsta­niem Jezu­sa, w któ­rą nie wie­rzy­ło­by z roku na rok coraz mniej ludzi uwa­ża­ją­cych się za człon­ków Kościoła.

Ten­den­cja jest dokład­nie odwrot­ne od tej, któ­rą prze­wi­dy­wał pół wie­ku temu Paweł VI, a wraz z nim więk­szość Kościo­ła. Bar­dzo czę­sto oka­zu­je się, że tam, gdzie wyma­ga­nia sta­wia­ne przed wier­ny­mi są naj­więk­sze, tam też poja­wia­ją się oni naj­chęt­niej. Litur­gicz­na łaci­na, a wraz z nią tajem­ni­czość i dostoj­ność „sta­rej” mszy zamiast stra­sza­kiem oka­za­ła się być magne­sem. Kato­lic­kość nie jest bala­stem ewan­ge­li­za­cji, tyl­ko jej skrzydłami.

 

Pozwól­cie dzie­ciom przychodzić

„O wie­le bar­dziej lubi­ła­bym bale, gdy­by się ina­czej odby­wa­ły… O ileż było­by roz­sąd­niej zastą­pić tań­ce kon­wer­sa­cją. – Było­by to bar­dzo roz­sąd­ne, kocha­na sio­strzycz­ko, nie­mniej mało przy­po­mi­na­ło­by bal.”

Cli­ve Sta­ples Lewis posłu­gi­wał się tym zaczerp­nię­tym z powie­ści Jane Austen argu­men­tem kil­ka razy. Zawsze przy oka­zji dys­ku­sji wokół „roz­sąd­ku” chrze­ści­jań­stwa. O ileż roz­sąd­niej­szy był­bym bowiem Kościół bez celi­ba­tu, za to dopusz­cza­ją­cy do kapłań­stwa kobie­ty. Kościół nie zawra­ca­ją­cy sobie spe­cjal­nie gło­wy rze­czą tak abs­trak­cyj­ną jak wyba­wie­nie dusz od potę­pie­nia, a zamiast tego sku­pia­ją­cy się na dzia­łal­no­ści humanitarnej.

Było­by to bez wąt­pie­nia orga­ni­za­cja bar­dzo roz­sąd­na. Nie­mniej, mało przy­po­mi­na­ła­by Kościół. Isto­tę zmia­ny w kato­li­cy­zmie ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat moż­na by w zasa­dzie spro­wa­dzić do zastą­pie­nia tań­ca kon­wer­sa­cją. Trud­no się więc dzi­wić, że sale balo­we zaczę­to omi­jać z daleka.

Kościół chciał otwo­rzyć się na świat, a tym­cza­sem został w nim uwię­zio­ny. Jego logi­ce, prio­ry­te­tach, spo­so­bie myśle­nia. Dla­te­go też kaza­nia, listy paster­skie, doku­men­ty zaczę­ły coraz bar­dziej przy­po­mi­nać dekla­ra­cje Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych. Nie ma oczy­wi­ście nic złe­go w słu­że­niu „cia­łu” ludz­ko­ści. Wal­ce z cho­ro­ba­mi, bie­dą, pro­ble­ma­mi spo­łecz­ny­mi. Ale w całej histo­rii Kościo­ła wyraź­nie widać – na pierw­szy rzut oka para­dok­sal­ną regu­łę – tym sku­tecz­niej słu­żył on cia­łu, im wyraź­niej na pierw­szym miej­scu sta­wiał zba­wie­nie duszy.

Pod­czas angiel­skiej refor­ma­cji to spo­łecz­ne „doły” sta­nę­ły w obro­nie nisz­czo­nych i gra­bio­nych zako­nów, orga­ni­zu­jąc jed­no z naj­więk­szych powstań ludo­wych w histo­rii, „Piel­grzym­kę łaski”. Rów­nież dla­te­go, że miej­sca głę­bo­kiej kon­tem­pla­cji były tak­że pierw­szy­mi ośrod­ka­mi pomo­cy spo­łecz­nej. Piel­grzy­mi bro­ni­li litur­gii (pierw­szą rze­czą jaką zro­bi­li po zaję­ciu twier­dzy York było odpra­wie­nie w tam­tej­szej kate­drze kato­lic­kiej mszy) i wła­sne­go pozio­mu sto­py życio­wej jed­nym tchem. Mat­ka Tere­sa z Kal­ku­ty roz­po­czy­na­ła budo­wę każ­de­go z domów swo­je­go zgro­ma­dze­nia od posta­wie­nia taber­na­ku­lum z naj­święt­szym sakra­men­tem. Dyle­mat „pomoc potrze­bu­ją­cym czy zba­wie­nie dusz” nie tyle zafał­szo­wu­je co sta­wia na gło­wie logi­kę dzia­łal­no­ści Kościo­ła w świecie.

Całą siłę i żywot­ność, goto­wość do pono­sze­nia ofia­ry i nie­sie­nia pomo­cy, kato­li­cyzm zawdzię­cza prze­ni­ka­ją­ce­mu jego ducho­wość i litur­gię prze­ko­na­niu, że to życie jest tyl­ko prze­jażdż­ką. Krót­kim przy­stan­kiem, pod­czas któ­re­go trze­ba dać z sie­bie wszyst­ko, przed naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cym eta­pem podró­ży. Kościół jest mło­dy, kipi ener­gią, tak dłu­go, jak jego wzrok pozo­sta­je skie­ro­wa­ny w kie­run­ku Wieczności.

Nie moż­na powie­dzieć o łaciń­skiej litur­gii więk­sze­go kłam­stwa niż nazwać tę mszę „sta­rą”. Nigdy nie zapo­mnę dnia, w któ­rym zabra­łem na nią po raz pierw­szy moje­go 5‑letniego wów­czas syna. Chłop­ca nie będą­ce­go w sta­nie wytrzy­mać w sku­pie­niu i spo­ko­ju dużo krót­szej i mówią­cej do nie­go w zna­nym mu języ­ku „nowej mszy”. W tam­tej chwi­li spra­wia­ją­ce­go wra­że­nie kogoś prze­nie­sio­ne­go z nud­nej lek­cji w sam śro­dek nie­zna­ne­go, tajem­ni­cze­go świa­ta. To, co wów­czas się wyda­rzy­ło zro­zu­mia­łem kil­ka tygo­dni póź­niej, czy­ta­jąc frag­ment książ­ki Pete­ra Kwa­sniew­skie­go, Kry­zys i odro­dze­nie. Litur­gia łaciń­ska a odno­wa Kościoła:

„Naj­do­sko­nal­szą Mszą dla dzie­ci – i mam tu na myśli każ­de dziec­ko, od małe­go brzdą­ca po sta­rusz­ka pra­gną­ce­go żyć zgod­nie z wezwa­niem do ducho­we­go dzie­cięc­twa, a nie tego, któ­ry zatrzy­mał się (albo chciał­by, żeby inni się zatrzy­ma­li) na infan­tyl­nym sta­dium roz­wo­ju – jest Msza try­denc­ka. Z jej uni­wer­sal­ną wznio­sło­ścią, ude­rza­ją­cą orto­dok­syj­no­ścią i mil­czą­cym miste­rium dostęp­nym dla wszyst­kich obec­nych bez wyjąt­ku. Jeśli chce­cie kościo­łów wypeł­nio­nych kato­li­ka­mi zna­ją­cy­mi swo­ją wia­rę, kocha­ją­cy­mi ją i prak­ty­ku­ją­cy­mi, daj­cie im litur­gię wyma­ga­ją­cą, głę­bo­ką i suro­wą. Powsta­ną, aby się z tym zmierzyć.

Dla­cze­go refor­ma­to­rzy litur­gii nie zauwa­ży­li, dla­cze­go ich dzi­siej­si posłusz­ni wyznaw­cy wciąż nie widzą, że psy­chi­ka czło­wie­ka potrze­bu­je pew­ne­go mro­ku, nie­prze­bra­nej głę­bi, źró­dła opo­ru i trud­no­ści, nie­zna­nej wiel­ko­ści, któ­re sto­ją w ostrym kon­tra­ście ze zna­jo­mą codzien­ną pły­ci­zną życia? Czło­wiek potrze­bu­je tego, aby mógł poznać, kim jest i dla­cze­go zna­lazł się na zie­mi. Bez tego utwier­dzi się tyl­ko w nihi­li­stycz­nym prze­ko­na­niu, że codzien­ne życie jest pułap­ką, z któ­rej nie ma wyj­ścia. Litur­gia z pew­no­ścią nie powin­na być łatwa i bez­po­śred­nia. Takie powin­ny być trans­ak­cje biz­ne­so­we – ale nasze kon­tak­ty z Wszech­mo­gą­cym Bogiem nie mogą być już tak przej­rzy­ste i potoczne.

[…] Oto pocie­sza­ją­cy para­doks – litur­gia tra­dy­cyj­na »tań­czy« wokół Bożych tajem­nic jak świę­ci z obra­zów Fra Ange­li­co, tak dłu­go, aż wraz ze zmę­cze­niem przyj­dzie peł­niej­sze zaufa­nie i zro­zu­mie­nie. Pro­szę pomy­śleć o powta­rza­ją­cych się jak fale wezwa­niach »Panie, zmi­łuj się«, »Daj nam, Panie« w rycie bizan­tyń­skim; pro­szę pomy­śleć o cho­re­ogra­ficz­nych usta­wie­niach, brze­mien­nej ciszy i dra­ma­tur­gii gestów rytu rzymskiego.”

Za każ­dym razem, kie­dy pada­ją pierw­sze sło­wa Mszy Wszech­cza­sów: „Oto przy­stą­pię do ołta­rza Boże­go, do Boga, któ­ry roz­we­se­la mło­dość moją” przy­po­mi­na mi się sce­na z Wład­cy Pier­ście­ni J. R. R. Tol­kie­na (pisa­rza swo­ją dro­gą aż do śmier­ci wier­ne­go łaciń­skiej liturgii).

Dru­ży­na pier­ście­nia stoi przed wej­ściem do jaski­ni Morii, nie mogąc sobie przy­po­mnieć zaklę­cia otwie­ra­ją­ce­go bra­mę. Kie­dy wresz­cie Gan­dalf wypo­wia­da odpo­wied­nie sło­wo, zaczy­na­ją się roz­świe­tlać kra­wę­dzie wej­ścia i tajem­ni­cze, pokry­wa­ją­ce je zna­ki. Ska­ła drży i otwie­ra się przed wędrow­ca­mi. Wpusz­cza ich do środ­ka. Tak samo wte­dy w koście­le, bez zna­cze­nia czy jest to mała kapli­ca czy pięk­na świą­ty­nia, coś się poru­sza. Wszyst­ko sta­je się z powro­tem jasne – roz­świe­tla się kształt budyn­ku i twa­rze świę­tych na obra­zach. Teraz już wia­do­mo o co im wszyst­kim szło, dla­cze­go cier­pie­li i umie­ra­li. Otwie­ra się tajem­ni­cze przej­ście. Naresz­cie zosta­li­śmy wpusz­cze­ni do środ­ka. Tyle, że dro­ga nie pro­wa­dzi w głąb jaski­ni, tyl­ko w prze­ciw­nym kierunku.

Dzie­cin­ność to nie tyl­ko przy­go­da, ale tak­że twór­czość. W psy­cho­lo­gicz­nym slan­gu odblo­ko­wa­nie kre­atyw­no­ści nazy­wa się „wyzwo­le­niem wewnętrz­ne­go dziec­ka”. Pewien domi­ni­ka­nin, nie­zwią­za­ny bynaj­mniej z tra­dy­cyj­ną litur­gią, zwró­cił mi kie­dyś uwa­gę na pew­ną pra­wi­dło­wość. Kie­dy kil­ka­dzie­siąt lat temu powsta­wa­ło nowe tłu­ma­cze­nie Pisma Świę­te­go, w gro­nie pra­cu­ją­cych nad nim „lite­rac­kich eks­per­tów” mnó­stwo było nazwisk kato­lic­kich pisa­rzy – Zofii Kos­sak, Anto­nie­go Gołu­bie­wa, Zofii Malew­skiej, wie­lu innych.

W tej samej rubry­ce, w wyda­nym kil­ka lat temu tłu­ma­cze­niu nie ma już ani jed­ne­go nazwi­ska lite­ra­ta. Są kate­che­ci, teo­lo­go­wie, teo­re­ty­cy. Ale nie ma twór­ców. Nie dla­te­go, że ich nie zapro­szo­no do współ­pra­cy. Oni nie ist­nie­ją. Nie ma już w Pol­sce kato­lic­kiej lite­ra­tu­ry. To samo doty­czy z resz­tą pozo­sta­łych dzie­dzin sztu­ki. Osta­li się tyl­ko eks­per­ci. To nie przy­pa­dek, że w zasa­dzie jedy­nym spad­ko­bier­cą wspa­nia­łej, lite­rac­kiej dyna­stii fran­cu­skich pisa­rzy kato­li­ków – Geo­r­ga Ber­na­no­sa, zdo­byw­cy lite­rac­kie­go Nobla Mau­ria­ca, genial­nych kon­wer­ty­tów Huy­sman­sa i Peguy był zmar­ły w zeszłym roku, wiel­ki „roman­tyk Tra­dy­cji”, Jean Raspail.

Zachód uczył się archi­tek­tu­ry, budu­jąc kate­dry. Malar­stwa – przed­sta­wia­jąc pasje i sce­ny zwia­sto­wa­nia. Muzy­ki – pisząc cho­ra­ły i msze. Chrze­ści­jań­stwo nie mia­ło swo­je­go miej­sca w kul­tu­rze, było jej powie­trzem. Nio­sło ze sobą, to bez cze­go nie ma mowy o żad­nej twór­czo­ści – mil­cze­nie i miste­rium. Tajem­ni­czą, nie­uchwyt­ną w żad­nych sło­wach, a jedy­nie w ota­cza­ją­cej moment prze­isto­cze­nia ciszy, obiet­ni­cę. Kie­ru­nek i uza­sad­nie­nie dla ducho­we­go wysił­ku, zło­żo­ny sys­tem sym­bo­li i prawd, któ­re dopie­ro w dru­giej kolej­no­ści były twór­czą inspi­ra­cją. Przede wszyst­kim sta­no­wi­ły sens życia samych twór­ców. Spra­wia­ły, że na tym świe­cie dało się i chcia­ło żyć, o ile wzbu­dza­ły tęsk­no­tę za tym, co cze­ka nas po śmier­ci. Pięk­no nie ist­nie­je bez ofia­ry. Ist­nie­nia war­to­ści wyż­szych, waż­niej­szych niż samo życie.

Po śmier­ci puł­kow­ni­ka Beltrame’a, fran­cu­ski maga­zyn „La Cro­ix” porów­ny­wał jego śmierć do męczeń­stwa Mak­sy­mi­lia­na Kol­be­go, ofia­ru­ją­ce­go swe życie w zamian za ofia­ro­wa­nie współ­więź­nia. Kie­dy ten świę­ty wystą­pił przed sze­reg, siłą rze­czy pozo­sta­li więź­nio­wie widzie­li tyl­ko jego ple­cy. Ale to nie zna­czy prze­cież, że się od nich odwró­cił. Poka­zał po pro­stu kie­ru­nek podró­ży, prze­jażdż­ki jaką jest życie. Na pyta­nie zasko­czo­ne­go SS-mana kim jest, odpo­wie­dział tyl­ko: „kato­lic­kim księdzem”.

Za każ­dym razem, kie­dy kapłan zaczy­na odpra­wiać Mszę Wszech­cza­sów, nie odwra­ca się do wier­nych ple­ca­mi, tyl­ko powta­rza gest i decy­zję św. Mak­sy­mi­lia­na. A w zasa­dzie tę decy­zję, któ­rą Kol­be naśla­do­wał. W kie­run­ku któ­ry wska­zu­je cała litur­gia; jej sie­dem czę­ści odpo­wia­da sied­miu ostat­nim sło­wom Chry­stu­sa na krzyżu.

Patrząc na śpie­wa­ją­cy u stóp pło­ną­cej kate­dry tłum przy­po­mniał mi się Edward Gib­bon. Jego opo­wieść o chwi­li, w któ­rej zoba­czył śpie­wa­ją­cych na ruinach rzym­skiej budow­li cho­rał gre­go­riań­ski mni­chów. Pod­jął wte­dy decy­zję o napi­sa­niu, chy­ba naj­lep­szej książ­ki histo­rycz­nej powsta­łej w kil­ku ostat­nich wie­kach, dzie­jów zmierz­chu i upad­ku Cesar­stwa Rzym­skie­go. Pró­by zro­zu­mie­nia w jaki spo­sób chrze­ści­jań­stwo, po cichu, nie­zau­wa­żal­nie, wbrew wszel­kiej logi­ce histo­rii i poli­tycz­ne­mu roz­sąd­ko­wi, prze­nik­nę­ło i „pożar­ło” tak wiel­kie i dosko­na­łe pań­stwo. Gib­bon zoba­czył to, co było.

Patrząc na pło­ną­cą Notre Dame, mogli­śmy dostrzec prze­błysk tego, co dopie­ro się wyda­rzy. Upa­da­ją­cą kate­drę, któ­ra bar­dziej niż kościo­łem sta­ła się w ostat­nim cza­sie tury­stycz­ną atrak­cją. Pło­mie­nie, wzbu­dza­ją­ce modli­twę do Naszej Pani, któ­rej budow­la ta była poświę­co­na. Ogień, któ­ry pochła­nia i oczysz­cza. Kościół odra­dza­ją­cy się w pło­mie­niach jak feniks. Ani Gib­bon nie patrzył tak napraw­dę na prze­szłość, ani my na przy­szłość. Wszy­scy razem widzi­my w takich chwi­lach Wieczność.

        Publi­ka­cja ta nie zosta­ła sfi­nan­so­wa­na ze środ­ków gran­tu któ­re­go­kol­wiek mini­ster­stwa w ramach jakie­go­kol­wiek kon­kur­su. Powsta­ła dzię­ki Dar­czyń­com Klu­bu Jagiel­loń­skie­go, któ­rym jeste­śmy wdzięcz­ni za moż­li­wość działania.

        Dla­te­go dzie­li­my się tym dzie­łem otwar­cie. Ten utwór (z wyłą­cze­niem gra­fik) jest udo­stęp­nio­ny na licen­cji Cre­ati­ve Com­mons Uzna­nie Autor­stwa 4.0 Mię­dzy­na­ro­do­we. Zachę­ca­my do jego prze­dru­ku i wyko­rzy­sta­nia. Pro­si­my jed­nak o poda­nie lin­ku do naszej stro­ny.  https://klubjagiellonski.pl/

Jan Macie­jew­ski

Ese­ista, publi­cy­sta. Czło­nek redak­cji tygo­dni­ka „Plus Minus”. Były redak­tor naczel­ny cza­so­pi­sma idei „Pres­sje”.