Polska została zobowiązana do zapłaty na rzecz Komisji Europejskiej 500 tys. euro dziennie – poinformował Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. To kara za niezaprzestanie wydobycia węgla brunatnego w kopalni Turów w pobliżu czeskiej granicy.

Kara będzie naliczana od momentu odebrania przez polskie władze postanowienia wiceprezes TSUE, a więc od dzisiaj albo od jutra.

Pół miliona euro trzeba będzie płacić do momentu wypełnienia postanowienia z maja, czyli do zaprzestania wydobycia węgla brunatnego. Jeżeli Polska nie zaprzestanie wydobycia węgla, to będzie musiała płacić aż do wydania ostatecznego orzeczenia przez TSUE w sprawie głównej – Czechy przeciwko Polsce, a tego orzeczenia należy spodziewać się na początku przyszłego roku. Na razie wiadomo jedynie, że pierwsza rozprawa odbędzie się 9 listopada.

Nie jest możliwe uchylanie się od płacenia, bo wtedy KE będzie pomniejszać o tę kwotę wypłatę dla Polski unijnych funduszy.

Prezes PGE: Decyzja TSUE o karze dla Polski kuriozalna, nie godzimy się z nią
Decyzja Trybunału Sprawiedliwości UE dotycząca 0,5 mln euro kary dla Polski za każdy dzień pracy kopalni węgla brunatnego Turów “jest dość kuriozalna”; “my się z nią całkowicie nie godzimy” – skomentował prezes Polskiej Grupy Energetycznej Wojciech Dąbrowski. Zakładam, że kopalnia będzie pracowała nadal, elektrownia też – bo daje bezpieczeństwo energetyczne w tym regionie Polski – dodał, komentując sprawę kary nałożonej na Polskę. Za granicą czeską w promieniu kilkudziesięciu kilometrów działa pięć kopalni, a w Niemczech cztery; na naszą nałożono karę. Jak to się ma do solidaryzmu pomiędzy narodami, jak to ma się do wsparcia narodów, jak to się ma do wparcia Polski w transformacji, w ogóle do współpracy między krajami Unii Europejskiej? – mówił prezes Dąbrowski.

Jak mówił, kopalnia i elektrownia Turów nie tylko dają bezpieczeństwo energetyczne w tym regionie Polski; w ostatnim czasie energia z Turowa była także eksportowana np. na Słowację. Według Dąbrowskiego, obecnie w niektórych krajach UE brakuje energii, m.in. z powodu unieruchomienia części wiatraków przy bezwietrznej pogodzie. Oznacza to także wzmożoną produkcję energii z węgla.

Czesi od kilku lat sprzeciwiali się rozbudowie kopalni w Turowie, wskazując, że może mieć ona negatywny wpływ na poziom wód podziemnych, a tym samym doprowadzić do problemów z dostawami wody pitnej do kraju libereckiego.

Sytuację zaostrzyła zeszłoroczna decyzja polskiego Ministerstwa Klimatu. W marcu 2020 roku, mimo sprzeciwu Czechów, przedłużono koncesję wydobywczą na sześć lat.

Na przełomie lutego i marca 2021 roku Czechy złożyły pozew do TSUE przeciwko Polsce w związku z rozbudową górnictwa. Minister środowiska Richard Brabec zaznaczał, że to “ekstremalne rozwiązanie”, ale nieuniknione. Podkreślał, że jeśli Polska zaakceptuje żądania Czech i wstrzyma rozbudowę, to pozew zostanie wycofany.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przychylił się do argumentów Czechów, że dalsze wydobycie węgla brunatnego w kopalni Turów do czasu ogłoszenia ostatecznego wyroku może mieć negatywny wpływ na poziom lustra wód podziemnych na terytorium czeskim. To może z kolei zagrozić zaopatrzeniu w wodę pitną po stronie czeskiej. Prezes zauważyła, że Polska zamierza ukończyć budowę ekranu przeciwfiltracyjnego dopiero w 2023 roku – to za późno. Dodatkowo potwierdza, że Polska zauważa problem.

TSUE tym samym nakazał Polsce natychmiastowe wstrzymanie wydobycia. Sprawa jest o tyle trudna, że węgiel z kopalni był głównym paliwem lokalnej elektrowni – wstrzymanie wydobycia będzie wiązało się także z wyłączeniem bloków.

Premier Mateusz Morawiecki pod koniec maja rozmawiał w sprawie Turowa z premierem Czech Andrejem Babiszem. Szef polskiego rządu przekonywał, że obie strony są bliskie porozumienia i Czechy zgodziły się wycofać wniosek do TSUE. Babisz jednak zaprzeczył temu i powiedział, że jego rząd nie wycofa skargi, dopóki nie zostanie podpisana umowa z Polską.

pap