W ponie­dzia­łek minę­ła 78 rocz­ni­ca wybu­chu Powsta­nia Warszawskiego.

        Za PRL oce­na tego Powsta­nia ewo­lu­owa­ła; w okre­sie sta­li­now­skim było ono bez­względ­nie potę­pio­ne, ponie­waż mia­ło pokrzy­żo­wać pla­ny Sta­li­na wzglę­dem Pol­ski. Wpraw­dzie nie było to real­ne, ale sama myśl, że moż­na sprze­ci­wić się Sta­li­no­wi, była wów­czas naj­gor­szym świę­to­kradz­twem.  Toteż powstań­cy, a zwłasz­cza kadra dowód­cza, byli przed­sta­wia­ni jako wspól­ni­cy Hitle­ra, w naj­lep­szym razie nie­świa­do­mi. Po 1956 roku zacie­kłość tych ata­ków zaczę­ła się zmniej­szać, cho­ciaż Gomuł­ka w swo­jej oce­nie był nadal nie­prze­jed­na­ny – ale o hitle­row­skich kola­bo­ran­tach, czy “faszy­stach” nie było już mowy.

        Za Gier­ka było jesz­cze łagod­niej; wpraw­dzie 1 sierp­nia na Powąz­kach roiło się od bez­piecz­nia­ków, któ­rzy robi­li zdję­cia ludziom przy­by­łym pod pomnik “Glo­ria Vic­tis” i na powstań­cze kwa­te­ry, ale co Par­tia i bez­piecz­nia­cy z tego mie­li – trud­no powie­dzieć, bo na Powąz­ki przy­cho­dzi­ły tłumy.

reklama

        Widocz­nie taki odruch Paw­ło­wa musiał im pozo­stać w cza­sów sta­li­now­skich i odra­dzał się w kolej­nych par­tyj­niac­kich i ubec­kich gene­ra­cjach. To wdzięcz­ny temat dla gene­ty­ków, ale nie będzie­my się tutaj tym aspek­tem zaj­mo­wa­li, bo kon­ty­nu­ując wątek histo­rycz­ny odno­tuj­my, że po tzw. “trans­fo­ma­cji ustro­jo­wej” sto­su­nek do Powsta­nia War­szaw­skie­go zmie­nił się o 180 stop­ni. Już nikt nie mówił na jego temat ani w związ­ku z rocz­ni­cą jego wybu­chu złe­go sło­wa, bo demon­stro­wa­na była “jed­ność moral­no-poli­tycz­na naro­du”, któ­rej zewnętrz­nym wyra­zem były syre­ny, uru­cha­mia­ne o godzi­nie 17.00, na dźwięk któ­rych w mie­ście na chwi­lę usta­wał wszel­ki ruch.

        Tak było aż do teraz, bo teraz poja­wi­ły się wąt­pli­wo­ści, czy włą­czać te syre­ny. Pre­tekst był taki, że dźwięk syren może  zakłó­cać dobro­stan ukra­iń­skich uchodź­ców, któ­rych przy­by­ło do Pol­ski już ponad 5 milio­nów – ale tak napraw­dę przy­czy­na była chy­ba inna. Tak czy owak w nie­któ­rych mia­stach, jak np. w Pozna­niu rzą­dzo­nym przez pana pre­zy­den­ta Jaś­ko­wia­ka, któ­ry do powstań­ców nie ma aż takiej skłon­no­ści, jak daj­my na to – do sodom­czy­ków — o godzi­nie 17 pano­wa­ła cisza.

        W War­sza­wie w zasa­dzie też, a wyjąt­kiem była jakaś syre­na na pery­fe­riach, któ­ra spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by na dru­gim koń­cu wsi zapiał kogut. Takie w każ­dym razie wra­że­nie moż­na było odnieść w Śród­mie­ściu, gdzie miesz­kam, bo miej­sco­we syre­ny pozo­sta­ły głu­che. Naj­wy­raź­niej pan pre­zy­dent Trza­skow­ski musiał pójść na kom­pro­mis; sko­ro już ta znie­na­wi­dzo­na rocz­ni­ca nade­szła, to trud­no, niech tam jakaś syre­ni­na gdzieś się ode­zwie, żeby nie było, że nie było – ale poza tym – cisza.

        Myślę, że przy­czy­na była podwój­na. Po pierw­sze – pan pre­zy­dent Trza­skow­ski jest zastęp­cą Donal­da Tuska w Volks­deut­sche Par­tei, więc trud­no, by z entu­zja­zmem pod­cho­dził do rocz­ni­cy wyda­rze­nia skie­ro­wa­ne­go bądź co bądź prze­ciw­ko Rze­szy nie­miec­kiej. Wpraw­dzie wte­dy była ona “hitle­row­ska” czy “nazi­stow­ska”, ale z dru­giej stro­ny – co Rze­sza, to Rze­sza  — więc trud­no wyma­gać, by pan pre­zy­dent kąsał aku­rat tę rękę, któ­ra w stra­te­gii Volks­deut­sche Par­tei: “uli­ca i zagra­ni­ca”, przy pomo­cy któ­rej obóz zdra­dy i zaprzań­stwa zamie­rza uwol­nić Pol­skę od auto­ry­tar­ne­go, a wła­ści­wie to faszy­stow­skie­go reży­mu Jaro­sła­wa Kaczyń­skie­go, odgry­wa klu­czo­wą rolę.

        Dru­ga przy­czy­na była taka, że Roty Nie­pod­le­gło­ści kie­ro­wa­ne przez pana Rober­ta Bąkie­wi­cza, raczej hołu­bio­ne­go przez Naczel­ni­ka Pań­stwa, urzą­dzi­ły Marsz Powsta­nia Warszawskiego.

        Pan pre­zy­dent Trza­skow­ski uwi­jał się jak w ukro­pie, by temu prze­szko­dzić i nawet zna­lazł zro­zu­mie­nie w nie­za­wi­słym Sądzie Ape­la­cyj­nym, któ­ry – niczym peters­bur­ski polic­maj­ster z “Pana Tade­usza” — “powin­ność swej służ­by zro­zu­miał”, ale pan Bąkie­wicz oświad­czył, że Marsz odbę­dzie się “i tak” — no i o godzi­nie 17.00 ruszył.

        Nic więc dziw­ne­go, że pan pre­zy­dent Trza­skow­ski, nie mogąc zatrzy­mać Mar­szu, przy­naj­mniej zatrzy­mał syreny.

        W tej sytu­acji już wie­my, że histo­ria zato­czy­ła koło i jeśli obóz zdra­dy i zaprzań­stwa z Volks­deut­sche Par­tei na cze­le doszedł­by do rzą­dów, to 1 sierp­nia poza­my­ka wszyst­kie syre­ny na kłód­kę, a “faszy­stom” zabro­ni nie tyl­ko urzą­dza­nia mar­szów, ale i wycho­dze­nia na uli­ce, gdzie urzą­dza­ne będą wte­dy tra­dy­cyj­ne łapanki.

        Widzę to oczy­ma duszy, bo wła­śnie czy­ta­jąc “Dzien­ni­ki” Józe­fa Goeb­bel­sa, w roku 1943 natra­fi­łem na reka­pi­tu­la­cję wykła­du Adol­fa Hitle­ra na temat powo­jen­ne­go urzą­dze­nia Euro­py. Fuh­rer i kanc­lerz Rze­szy kre­śli i to w dodat­ku w szcze­gó­łach,  wize­ru­nek obec­nej… Unii Euro­pej­skiej, jako fede­ra­cji zarzą­dza­nej przez Rze­szę nie­miec­ką, w któ­rej “małe pań­stwa” powin­ny zniknąć.

        Cóż inne­go moż­na wyde­du­ko­wać z nie­daw­ne­go arty­ku­łu obec­ne­go nie­miec­kie­go kanc­le­rza we “Frank­fur­ter All­ge­me­ine Zeitung”, w  któ­rym daje on wyraz znie­cier­pli­wie­niu panu­ją­cą jesz­cze w UE anar­chią, wyra­ża­ją­cą się w pra­wie weta, z któ­re­go mogą korzy­stać rów­nież “małe pań­stwa”, sypią­ce pia­sek w szpry­chy roz­pę­dzo­ne­go paro­wo­zu dziejów?

        Naj­wy­raź­niej kanc­lerz Scholz stoi na nie­ubła­ga­nym grun­cie koali­cyj­nej umo­wy mię­dzy trze­ma par­tia­mi two­rzą­cy­mi aktu­al­ny rząd nie­miec­ki, któ­ra otwar­cie zapo­wia­da prze­kształ­ca­nie Unii Euro­pej­skiej w Rze­szę o struk­tu­rze federacyjnej.

        Na tym tle lepiej rozu­mie­my wypo­wiedź Naszej Zło­ciut­kiej Pani Urszu­li von der Lay­en, któ­ra zapo­wie­dzia­ła, że Pol­ska prę­dzej zoba­czy ucho od śle­dzia niż unij­ne pie­nią­dze, jeśli nie roz­pę­dzi już nie Izby Dys­cy­pli­nar­nej Sądu Naj­wyż­sze­go, ale i tubyl­cze­go Try­bu­na­łu Kon­sty­tu­cyj­ne­go. W tej sytu­acji trud­no się dzi­wić, że zna­leź­li­śmy się w zwrot­nym momen­cie i że od tej pory sto­su­nek do Powsta­nia War­szaw­skie­go będzie coraz bar­dziej kry­tycz­ny, aż w koń­cu znaj­dzie­my się w punk­cie wyj­ścia z roku 1944.

        W tej sytu­acji Naczel­nik Pań­stwa ruszył z ofen­sy­wą w spra­wie repa­ra­cji wojen­nych. W roz­mo­wie z sze­fem opo­zy­cyj­nej CDU mole­sto­wał swe­go roz­mów­cę, ale uzy­skał tyl­ko odpo­wiedź, że będzie trud­no zna­leźć nie­miec­ki rząd, któ­ry by te pol­skie ocze­ki­wa­nia speł­nił. Toteż Naczel­nik wpraw­dzie się zastrze­ga, że może tej chwi­li nie dożyć, ale to nie­waż­ne, bo dopó­ki żyje, to prze­cież przy pomo­cy “dąże­nia” do uzy­ska­nia repa­ra­cji wojen­nych od Nie­miec, może uwo­dzić swo­ich wyznaw­ców przez całe lata, jak przy pomo­cy kata­stro­fy smoleńskiej.

        Pod­sry­wa­ny przez wice­pre­mie­ra Sasi­na i mini­stra Zio­brę pre­mier Mora­wiec­ki, w ramach pod­li­zy­wa­nia się Naczel­ni­ko­wi, też się odgra­ża na temat repa­ra­cji, ale oczy­wi­ście żad­nej  ofi­cjal­nej noty do rzą­du nie­miec­kie­go nie ośmie­la się kie­ro­wać, w oba­wie przed ośmie­sze­niem się przed całą Euro­pą. Sko­ro jed­nak wyło­żył for­sę na Insty­tut Strat Wojen­nych, w któ­rym Wiel­ce Czci­god­ny poseł Mular­czyk z przy­ja­cio­ły wije sobie przy­tul­ne gniazd­ko, to cóż inne­go miał­by teraz mówić?

        A prze­cież wystar­czy­ło­by, żeby i Naczel­nik i on wyeg­ze­kwo­wa­li wyrok uzy­ska­ny w tej spra­wie przez pana Jana Zbi­gnie­wa hra­bie­go Potoc­kie­go przed Euro­pej­skim Sądem Polu­bow­nym – Sądem Arbi­tra­żo­wym w Cie­cha­no­wie, utwo­rzo­nym przez Radę Biz­ne­su w Opi­no­gó­rze, któ­ry tytu­łem repa­ra­cji przy­znał Pol­sce od Nie­miec ponad 800 mld dolarów.

 Sta­ni­sław Michalkiewicz