Tak się zdarza, że pomimo starań i ogromnego wysiłku jaki w coś wkładamy, to  nie otrzymujemy zamierzonych efektów. Popatrzcie na swoje życie, a będziecie wiedzieć o czym piszę. Co prawda są i tacy, którzy w samozadowoleniu z siebie widzą tylko i wyłącznie same sukcesy swoje. Chyba jednak oszukują. Nie tylko nas, ale przede wszystkim samych siebie. Miałam koleżankę, z zabitej dechami wsi – co samo w sobie nie było niczym złym, ale ona się tego wstydziła, ba! nawet to z siebie  wypierała. Jak? Na przykład po przyjeździe ze swojej wsi PKS-sem (bo wtedy jedynym środkiem transportu był  autobus PKS-u) do światowego miasta Katowice, wycierała swoje ubłocone (jak diabli) buciory chusteczką do nosa (wtedy jeszcze nie było jednorazowych chusteczek higienicznych). Co moim zdaniem nie miało sensu, bo bruki Katowic i całego zadymionego (i zapyziałego) wtedy Śląska, były i tak i tak zabłocone, dodatkowo błockiem pomieszanym z sadzą z wyziewów kominów  kopalń i hut. Oczyszczone buty nie zdradzały skąd przyjechała. Nigdy tego nie rozumiałam. Ukryć co? To kim się jest? Przecież nic złego z nią nie było. No ale ona chciała wyżej. I nic w tej ambicji nie było zdrożnego, oprócz tego, że w swej wytrwałości zaczęła być bardziej święta od papieża. A więc naśmiewała się z takich, którzy mieli ubłocone buciory, i z takich, którzy przyjeżdżali PKS-em z wioch zabitych deskami, a także z takich, którzy mieli śmieszne (to znaczy pokazujące brak rodowodu) nazwiska. Choć sama miała nazwisko Krzak. No to o czym takie nazwisko świadczyło? Potem wyszła za mąż za Grudnia, i bardzo się oburzyła, kiedy  zasugerowałam, że nazwiska od miesięcy, dni tygodnia, czy pór roku, z reguły świadczą o tym kiedy się przechrzciło.

        – Przechrzciło co? – zapytała wyzywająco, aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie. Nie odpowiedziałam, niech się sama wgłębia w historię polskich nazwisk. To w końcu jej nazwiska, a nie moje.

        Więc ta koleżanka, tak się dobrze widziała, że co robiła to było perfekcyjne. Była zupełnie niepomna na wszystko co nie było zgodne z jej (bardzo dobrym) wyobrażeniem o sobie. Jak to mówią chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy. Tak mówią i głupio mówią. Podobnie jak bez pracy nie ma kołaczy – zależy dla kogo, albo jak dobrze wstać skoro świt – szczególnie jak się śpi pięć godzin na dobę; lub jeszcze jedno (moje ulubione), że kobiety się nawet kwiatkiem nie bije – ale jednak się bije.

        Dobrze jest sobie czasem odpuścić. Takie poluzowanie samemu sobie jest drogą do odkrycia prawdy. Moja koleżanka próbowała za bardzo i było to dla wszystkich widoczne, i niestety także najczęściej źle oceniane, często podszyte szyderstwami. A przecież wystarczyło wyluzować.

        Zostawić, niech tak będzie – let it be.

        W moim ogródku przez lata całe starałam się, chyba jednak nadmiernie i za bardzo, osiągnąć ogród jak spod nitki – taki wypieszczony jak Wersal. W końcu mnie zmogła choroba i na dwa tygodnie zostawiłam ogród tak jak był. Z doniczkami porozstawianymi do przesadzenia i uporządkowania, niepozamiatanym gankiem, żółtymi liśćmi, przekwitłymi kwiatami. I co?

        Wróciłam po dwóch tygodniach i aż mnie zatkało. Takich kolorów jeszcze nie miałam. Okazało się, że moim kwiatom, ziołom i innym roślinom wystarczyło dobre przygotowanie, a potem poradziły sobie same i osiągnęły  to co jest w nich najpiękniejsze. Czasem wystarczy poluzować i zostawić.

MichalinkaToronto@gmail.com

Toronto, 30 lipiec, 2023