Siergiej Karaganow jest przewodniczącym rosyjskiej Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, dziekanem Wydziału Ekonomii Światowej i Stosunków Międzynarodowych na jednym z moskiewskich uniwersytetów, byłym doradcą Jelcyna i Putina, a cały czas bliskim współpracownikiem szefa rosyjskiego MSZ Siergieja Ławrowa. Jego  teksty dotyczące przyszłości świata można traktować jako nieoficjalny wyraz stanowiska rosyjskich elit we współczesnym świecie. Karaganow, który jest byłym zwolennikiem westernizacji Rosji,  uznał ten pomysł za błędny. Rosja chciała się integrować z Zachodem, a Putin nawet chciał ją wprowadzać do NATO, jednak propozycje te zostały odrzucone, a Rosję potraktowano jako neokolonię, ponadto Karaganow pisze wprost, że Zachód staje się „post-ludzki”, dogłębnie zdemoralizowany, którego ustawodawstwo zaprzecza naturze ludzkiej. Dlatego na Zachodzie dla Rosjan nie ma dziś już nic atrakcyjnego. 


Artykuł pierwszy

A czarna,chłopska krew
Obiecuje nam, nabrzmiewając w żyłach,
Niszcząc wszelkie granice,
Niesłychane zmiany,
Bezprecedensowe bunty…

A. Blok „Odwet”, 1911
Rozpocznę ten artykuł wersami mojego ulubionego rosyjskiego poety Aleksandra Bloka, którego dar przewidywania jest porównywalny z największym rosyjskim geniuszem Fiodorem Dostojewskim. Od dłuższego czasu widzę, że świat nieubłaganie zmierza w stronę fali konfliktów zbrojnych, które grożą eskalacją w wojnę termojądrową, z dużym prawdopodobieństwem zniszczenia cywilizacji ludzkiej.

Prognoza ta była jednym z głównych powodów, dla których opublikowałem cykl artykułów na temat konieczności przywrócenia wiarygodności odstraszania nuklearnego, które od ponad pół wieku ratuje świat.
Wiele czynników strukturalnych wskazuje na niezwykle wysokie prawdopodobieństwo jakościowego wzrostu poziomu konfliktu zbrojnego, który stawia świat na skraju ostatecznej katastrofy, ale sam w sobie może przynieść niezliczone kłopoty ludzkości i naszemu krajowi.
Nie chciałam straszyć tych, którzy byli już zdenerwowani i nie byli jeszcze gotowi na akceptację nowej rzeczywistości. Zwłaszcza po zobaczeniu histerii wywołanej moją poprzednią serią artykułów. Ale nie da się ukryć prawdy, a najbardziej dalekowzroczni koledzy zaczęli coraz zdecydowaniej pisać o prawdopodobieństwie ześlizgnięcia się w stronę wielkiej wojny, podając przepisy, jak jej zapobiegać i przygotowywać się na wypadek jej wybuchu .
Przede wszystkim jest to oczywiście artykuł „Wielka wojna: od przeszłości do teraźniejszości” Wasilija Kaszyna i Andrieja Suszentsowa, przygotowany na podstawie raportu Klubu Wałdaj i opublikowany pod koniec 2023 roku w czasopiśmie „ Rosja w sprawach globalnych”  . W charakterystyczny dla siebie, łagodniejszy sposób inny z naszych ekspertów ds. spraw międzynarodowych, Fiodor Łukjanow, zaczął realizować tę samą ideę.

Z drugiej strony ze strony amerykańskiego „głębokiego państwa” płyną także ostrzeżenia o wysokim prawdopodobieństwie wybuchu III wojny światowej i refleksje na temat tego, w jaki sposób Stany Zjednoczone mogą uniknąć porażki, jeśli będą musiały walczyć na dwóch lub trzech frontach (europejskim, pacyficznym i Bliskiego Wschodu).
Postanowiłem włączyć się do tej dyskusji. Chciałbym oczywiście, aby odpowiedź na pytanie postawione w tytule tego artykułu była negatywna. Aby to jednak zrobić, musimy zrozumieć przyczyny wzrostu napięcia i zaproponować znacznie bardziej aktywną politykę ratowania świata. Jestem pewien, że musimy poważnie dostosować całą politykę – krajową, wojskową i zagraniczną – aby zaoferować sobie i światu nowy paradygmat rozwoju.

W pierwszym artykule postaram się nakreślić moją wizję wyzwań. Drugi zawiera aktywne i proaktywne sposoby reagowania na nie. Nie sądzę, że ujawnię coś nowego, wymieniając wyzwania. Ale razem wzięte przedstawiają więcej niż alarmujący obraz, który wymaga zdecydowanych działań.
Głównym wyzwaniem jest wyczerpanie się nowoczesnego sposobu zarządzania gospodarką; kapitalizmu, opartego przede wszystkim na zysku i w tym celu zachęcania na wszelkie możliwe sposoby do niepohamowanej konsumpcji dóbr i usług, które są coraz bardziej niepotrzebne w normalnym życiu człowieka.
Do tej kategorii zalicza się także fala bezsensownych informacji z ostatnich dwóch, trzech dekad. Gadżety pochłaniają potworną ilość energii i czasu, który ludzie mogliby wykorzystać na produktywne działania. Ludzkość popadła w konflikt z naturą i zaczęła ją podważać – samą podstawę jej istnienia. Nawet tutaj wzrost dobrobytu oznacza przede wszystkim wzrost konsumpcji.

Drugie wyzwanie jest najbardziej oczywiste. Problemy globalne – zanieczyszczenie środowiska, zmiany klimatyczne, zmniejszenie zasobów słodkiej wody, gruntów nadających się pod rolnictwo i wiele innych zasobów naturalnych – nie są rozwiązywane lub są proponowane tzw. rozwiązania „zielone”, mające na celu najczęściej utrwalenie dominacji uprzywilejowanych i bogatych zarówno w obrębie ich społeczeństw, jak i na poziomie międzynarodowym.
Weźmy pod uwagę ciągłe próby przerzucania ciężaru walki z zanieczyszczeniem środowiska i emisją CO2 na producentów, z których większość zlokalizowana jest poza Starym Zachodem, a nie na samych konsumentów, gdzie nadmierna konsumpcja nabiera groteskowych cech. 20–30 procent populacji, skupionej głównie w Ameryce Północnej, Europie i Japonii, konsumuje 70–80 procent zasobów biosfery, a różnica ta tylko rośnie.

Jednak choroba konsumpcjonizmu rozprzestrzenia się na resztę świata. Sami wciąż cierpimy z powodu nachalnej konsumpcji, która była tak modna w latach 90. i ten, nawyk  wychodzi (jeśli w ogóle wychodzi) niezwykle powoli. Stąd narastająca walka o zasoby, wzrost napięć wewnętrznych, w tym na skutek nierówności konsumpcji, w wielu krajach i regionach.

Zrozumienie ślepego zaułka obecnego modelu rozwoju, ale także niechęci i niemożności porzucenia go, jest jedną z głównych przyczyn niepohamowanego wzrostu wrogości wobec Rosji i w nieco mniejszym stopniu wobec Chin (cena zerwania stosunków z Rosją jest znacznie niższa).

Wróg jest potrzebny, aby odwrócić uwagę od nierozwiązywalnych wyzwań.
Obecnie w Europie coraz więcej mówi się o konieczności  przygotowań do wojny światowej. Zapominając w ferworze historycznej zaćmy i intelektualnego szaleństwa, że ​​jeśli to się zacznie, Europie NATO pozostanie tylko kilka dni, a nawet godzin życia.
Równoległym procesem jest wzrost nierówności społecznych, który wybuchł po upadku komunistycznego ZSRR, który pogrzebał potrzebę państwa opiekuńczego. W rozwiniętych krajach zachodnich klasa średnia, podstawa systemów demokracji politycznej, kurczy się od półtora do dwóch dekad.
Demokracja jest jednym z narzędzi, za pomocą których elitarni oligarchowie, posiadający władzę i bogactwo, zarządzają złożonymi społeczeństwami. Stąd wzrost, pomimo wrzasku o obronie demokracji, tendencji autorytarnych, a nawet totalitarnych na Zachodzie. Ale nie tylko tam.

Trzecim wyzwaniem jest degradacja człowieka i społeczeństwa, przede wszystkim na względnie rozwiniętym i bogatym Zachodzie. On (ale nie tylko on) staje się ofiarą cywilizacji miejskiej z jej względnym komfortem, ale także izolacją człowieka od tradycyjnego środowiska, w którym został historycznie i genetycznie ukształtowany. Rośnie niekończąca się konsumpcja cyfrowa, która rzekomo powinna była doprowadzić do masowego oświecenia, ale w coraz większym stopniu prowadzi do masowej głupoty, wzrostu zdolności manipulowania masami nie tylko ze strony oligarchii, ale także ze strony masy – do ochlokracji na nowym poziomie.
Ponadto oligarchie, które nie chcą dzielić się swoimi przywilejami i bogactwem, celowo ogłupiają ludzi, przyczyniają się do rozpadu społeczeństw, próbując pozbawić je możliwości przeciwstawienia się coraz bardziej niesprawiedliwemu i niebezpiecznemu dla większości porządkowi rzeczy. A antyludzkie lub postludzkie ideologie, wartości i wzorce zachowań, które zaprzeczają naturalnym podstawom ludzkiej moralności i prawie wszystkim podstawowym wartościom, są nie tylko promowane, ale także narzucane.
Na falę informacyjną nakładają się stosunkowo dostatnie warunki życia – brak głównych wyzwań, które napędzały rozwój ludzkości – głód, strach przed gwałtowną śmiercią. Strach jest zwirtualizowany.

Kastracja świadomości grozi ogólną degradacją intelektualną.
Widzimy już niemal całkowitą utratę myślenia strategicznego wśród elit europejskich w tradycyjnym, merytokratycznym sensie, po prostu ich nie ma.
Na naszych oczach dokonuje się upadek intelektualny elity rządzącej Stanami Zjednoczonymi, krajem o gigantycznym potencjale militarnym, w tym nuklearnym. Przykłady się mnożą. O jednym z tych ostatnich już wspomniałem, co mnie zdumiało.
Zarówno prezydent Biden, jak i jego sekretarz stanu Blinken argumentowali, że wojna nuklearna nie jest gorsza od globalnego ocieplenia.
Ale taka choroba zagraża całej ludzkości i wymaga zdecydowanych działań. Nasze myślenie staje się coraz mniej adekwatne w stosunku do coraz bardziej złożonych wyzwań. Aby odwrócić uwagę od nierozwiązywalnych problemów i odciągnąć je od siebie, lansuje się modę na sztuczną inteligencję. Mimo wszystkich możliwych użytecznych zastosowań nie wypełni ona próżni inteligencji, ale niewątpliwie niesie ze sobą dodatkowe, ogromne niebezpieczeństwa. Więcej o nich później.

Czwartym najważniejszym źródłem rosnącego ogólnego napięcia od półtora dekady jest bezprecedensowo szybka historycznie redystrybucja sił ze Starego Zachodu na korzyść wschodzącej większości światowej. W systemie światowym płyty tektoniczne zaczęły się poruszać i rozpoczęło się ogólnoświatowe długoterminowe trzęsienie ziemi o charakterze geopolitycznym, geoekonomicznym i geoideologicznym. Jest kilka powodów.

Najpierw ZSRR z lat 50.-60. XX w., a następnie Rosja, która podniosła się po piętnastoletniej porażce,  swoją przewagą militarną – przetrąciła fundament pięćsetletniej dominacji Europy i Zachodu. I –  na tym fundamencie budowano dominację w światowej polityce, kulturze i ekonomii, co umożliwiło narzucanie własnych interesów i porządków, a co najważniejsze, pompowanie PKB na swoją korzyść. Utrata pół tysiąca lat hegemonii jest podstawową przyczyną wściekłej nienawiści Zachodu do Rosji i prób jej zmiażdżenia.

Po drugie, błędy samego Zachodu, który uwierzył w swoje ostateczne zwycięstwo, odprężył się, zapomniał o historii, popadł w euforię i lenistwo myślenia. Rozpoczęła się seria  błędów geopolitycznych. Początkowe aspiracje większości rosyjskiej elity z końca lat 80. i 90. do integrowania się z Zachodem zostały arogancko odrzucone (zapewne dla nas na szczęście). Rosyjskie elity chciały, żeby było to na równych zasadach, ale im odmówiono. Skutek jest taki, że z potencjalnego partnera, a nawet sojusznika, dysponującego ogromnymi zasobami naturalnymi, militarnymi, intelektualnymi, mniejszymi, ale jednak znaczącymi zdolnościami wydobywczymi, Rosja stała się przeciwnikiem i stała się militarno-strategicznym rdzeniem anty-Zachodu, który najczęściej nazywa się Globalne Południe, a dokładniej – Większość Światowa.

Po trzecie, wierząc, że nie ma alternatywy dla modelu liberalno-demokratycznego globalistycznego kapitalizmu, Zachód wspierał rozwój Chin, mając nadzieję, że ta wielka cywilizacja pójdzie drogą demokracji, co oznacza, że staną się gorzej rządzone i dopasują się do kierunku Zachodu.

Pamiętam moje zdumienie, gdy zobaczyłem, że rosyjska elita lat 90. mimo fantastycznie opłacalnej oferty została odrzucona. Myślałem, że Zachód postanowił wykończyć Rosję. Okazało się, że kierowała nim po prostu mieszanka arogancji i chciwości. Odtąd polityka wobec Chin nie budziła już takiego zdumienia. Dno intelektualne zachodnich elit stało się oczywiste.

Po czwarte, Stany Zjednoczone zaangażowały się w serię niepotrzebnych konfliktów – w Afganistanie, Iraku, Syrii – i, co było do przewidzenia, przegrały je, wypaczając postrzeganie swojej dominacji militarnej i bilionowych inwestycji. Bezmyślnie wycofując się z Traktatu ABM, być może w nadziei na przywrócenie przewagi w dziedzinie broni strategicznej, Waszyngton ożywił w Rosji instynkt samozachowawczy. Spełzły na niczym nadzieje na osiągnięcie polubownego porozumienia. Pomimo biedy Moskwa uruchomiła program modernizacji swoich sił strategicznych, co umożliwiło  pod koniec 2010 roku po raz pierwszy w historii nie tylko wyrównanie, ale także wyjście, choć chwilowo, na prowadzenie.

Piąte źródło narastającego napięcia w systemie światowym – wspomniana, niemal natychmiastowa jak na standardy historyczne, lawinowa zmiana równowagi sił światowych, gwałtowne zmniejszenie zdolności Zachodu do pompowania globalnego PKB na swoją korzyść – wywołało jego wściekłą reakcję.
W sferze gospodarczej prowadzi to do zniszczenia samego Waszyngtonu, jego niegdyś uprzywilejowanej pozycji w sferze gospodarczej i finansowej. Dzieje się to poprzez militaryzację powiązań gospodarczych – użycie siły w celu spowolnienia osłabiania własnej pozycji i wyrządzania szkody konkurentom. Fala sankcji, ograniczeń w transferze technologii i dóbr high-tech, zerwanie łańcuchów produkcyjnych. Bezwstydne drukowanie dolarów, a teraz euro, przyspieszające inflację i rosnący dług publiczny.
Próbując utrzymać swoją pozycję, Stany Zjednoczone podważają system globalistyczny, który same stworzyły, ale który zaczął dawać niemal równe szanse energicznym, lepiej zorganizowanym i pracowitym konkurentom Światowej Większości.
Rozpoczęła się deglobalizacja gospodarcza, regionalizacja i kurczenie się starych instytucji globalnego zarządzania procesami gospodarczymi. Współzależność, która wcześniej była postrzegana jako narzędzie rozwoju i wzmacniania współpracy i pokoju, w coraz większym stopniu staje się czynnikiem podatności na zagrożenia i podważa jej stabilizującą funkcję.

Szósty punkt. Rozpoczynając desperacki kontratak, przede wszystkim na Rosję, ale także na Chiny, Zachód rozpoczął niemal bezprecedensową kampanię propagandową, demonizując konkurentów, zwłaszcza Rosję, i systematycznie zrywając więzi ludzkie, kulturalne i gospodarcze. Tworzy się żelazna kurtyna, umacnia się obraz wroga totalnego.
Po naszej i chińskiej stronie wojna ideologiczna nie ma tego samego totalnego charakteru. Ale sprzeciw rośnie. W rezultacie wyłania się sytuacja polityczno-psychologiczna, w której Zachód odczłowiecza Rosjan i częściowo, ale jak dotąd znacznie mniej (zerwanie więzi jest droższe) Chińczyków, a my patrzymy na ludzi Zachodu z coraz większym obrzydzeniem i pogardą.
Dehumanizacja toruje drogę do wojny. Wygląda na to, że na Zachodzie jest to część  przygotowań do niej.

Nasza odpowiedź stwarza warunki wstępne do bezwzględnej walki.
Siódme. Przesunięcie płyt tektonicznych, wzrost nowych krajów i kontynentów, odmrożenie starych konfliktów, które zostały stłumione przez system zorganizowanej konfrontacji zimnej wojny, nieuchronnie (jeśli temu trendowi nie stanie na drodze aktywna polityka pokojowa) doprowadzi do serii starć.
Możliwe jest także, że sprzeczności „międzyimperialistyczne” pojawią się nie tylko między starymi i nowymi, ale także między nowymi.
Pierwsze wybuchy tego typu konfliktów są już widoczne na Morzu Południowochińskim, pomiędzy Indiami a Chinami. Jeżeli konflikty będą się nasilać, a na razie jest to bardziej prawdopodobne, doprowadzą do reakcji łańcuchowych, które zwiększą zagrożenie wojną światową. Na razie głównym zagrożeniem jest wspomniany już ostry atak Zachodu. Jednak konflikty mogą nieuchronnie pojawić się niemal wszędzie. W tym na peryferiach Rosji.

Jak można było przewidzieć, na Bliskim Wschodzie konflikt izraelsko-palestyński eksplodował, grożąc przekształceniem się w ogólny konflikt bliskowschodni. W Afryce toczy się seria wojen. Małe konflikty nie kończą się na terytoriach zdewastowanego Afganistanu, Iraku i Syrii. Po prostu są jedynie mało zauważane na Zachodzie, który wciąż dominuje w środowisku informacyjno-propagandowym.
Ameryka Łacińska i Azja nie są historycznie regionami tak wojowniczymi jak Europa –  rezultat większości wojen w tym dwóch wojen światowych w ciągu jednego pokolenia. Ale zdarzały się też tam wojny, a wiele granic jest sztucznych, narzuconych przez dawne potęgi kolonialne. Najbardziej oczywistym przykładem są Indie-Pakistan. Ale przykładów są dziesiątki.
Biorąc pod uwagę trajektorię rozwoju Europy, która dotychczas nieuchronnie biegnie w dół pod względem spowolnienia gospodarczego, rosnących nierówności, pogłębiających się problemów migracyjnych, rosnącej dysfunkcji wciąż relatywnie demokratycznych systemów politycznych, degradacji moralnej, z bardzo dużym prawdopodobieństwem można spodziewać się rozwarstwienia, a następnie upadku, w perspektywie średnioterminowej, Unii Europejskiej, wzrostu nacjonalizmu, faszyzmu systemów politycznych.
Podczas gdy nasilają się elementy liberalnego neofaszyzmu, wyłania się już prawicowy faszyzm narodowy. Subkontynent powróci do swojego zwykłego stanu niestabilności, a nawet stanie się źródłem konfliktu. Nieuniknione odejście Stanów Zjednoczonych, które tracą zainteresowanie stabilnością na subkontynencie, pogłębi tę tendencję. Musimy poczekać dziesięć lat. Chciałbym się mylić. Ale na to wygląda.

Ósme wyzwanie. Sytuację pogarsza faktyczny upadek ładu międzynarodowego, nie tylko w gospodarce, ale także w polityce i bezpieczeństwie. Wznowienie zaciętej rywalizacji między wielkimi mocarstwami i zniszczona struktura ONZ sprawiają, że jest ona coraz mniej funkcjonalna.
System bezpieczeństwa w Europie został zniszczony przez ekspansję NATO. Próby Stanów Zjednoczonych i sojuszników budowy antychińskich bloków w regionie Indo-Pacyfiku oraz walka o kontrolę nad szlakami morskimi zwiększają potencjał konfliktowy również tam.
Sojusz Północnoatlantycki, w przeszłości system bezpieczeństwa pełniący w dużej mierze rolę stabilizującą i równoważącą, przekształcił się w blok, który dopuścił się serii agresji i toczy wojnę na Ukrainie.
Nowe organizacje, instytucje, szlaki, mające m.in. zapewnić bezpieczeństwo międzynarodowe – SCO, BRICS, kontynentalny Pas i Szlak, Północny Szlak Morski – na razie tylko częściowo rekompensują rosnące niedobory mechanizmów wsparcia bezpieczeństwa. Deficyt ten pogłębia upadek, przede wszystkim z inicjatywy Waszyngtonu, poprzedniego systemu kontroli zbrojeń, który odgrywał ograniczoną użyteczną rolę w zapobieganiu wyścigowi zbrojeń,  zapewniając większą przejrzystość i przewidywalność, a przez to w jakiś sposób ograniczał podejrzenia i nieufność.

Dziewiąte. Odwrót Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, z pozycji dominacji w światowej kulturze, ekonomii i polityce, choć satysfakcjonujący w sensie otwierania nowych możliwości dla innych krajów i cywilizacji, niesie ze sobą również nieprzyjemne ryzyko. Wycofując się, Stany Zjednoczone tracą zainteresowanie utrzymaniem stabilności w wielu regionach, a wręcz przeciwnie, zaczynają prowokować niestabilność i konflikty.
Najbardziej oczywistym przykładem jest Bliski Wschód po zapewnieniu sobie przez Amerykanów względnej niezależności energetycznej.
Nie można sobie wyobrazić, że obecny konflikt palestyńsko-izraelski w sprawie Gazy jest jedynie wynikiem rażącej niekompetencji izraelskich i amerykańskich służb wywiadowczych.
Nawet jeśli tak jest, jest to także oznaka utraty zainteresowania pokojowym i stabilnym rozwojem.
Najważniejsze jednak jest to, że Amerykanie, powoli pogrążając się w neoizolacjonizmie, przez wiele lat pozostaną w mentalnym paradygmacie imperialnej dominacji i będą wzniecać konflikty w Eurazji.
Amerykańska klasa polityczna pozostanie co najmniej przez kolejne pokolenie w intelektualnych ramach teorii Mackindera, napędzanych krótkotrwałą dominacją geopolityczną. W bardziej konkretnym i praktycznym sensie Stany Zjednoczone będą ingerować w powstanie nowych potęg. Przede wszystkim Chin, ale także Rosji, Indii, Iranu, wkrótce Turcji, krajów Zatoki Perskiej.
Stąd udana dotychczas prowokacja i podżeganie do konfliktu zbrojnego na Ukrainie, próby wciągnięcia Chin w wojnę wokół Tajwanu (na razie nieudane) i zaostrzenia nieporozumień chińsko-indyjskich, ciągłe wzniecanie konfliktu praktycznie od zera na Morzu Południowochińskim, pompowanie ich na Morzu Wschodniochińskim, systematyczne torpedowanie wewnątrzkoreańskiego zbliżenia, forsowanie konfliktów na Zakaukaziu, pomiędzy krajami Zatoki Perskiej a Iranem (na razie bezskutecznie).
Można się spodziewać wysiłków zmierzających do wzniecenia konfliktów na wspólnych peryferiach Rosji i Chin. Najbardziej oczywistym wrażliwym punktem jest Kazachstan. Była już jedna próba. Została zatrzymana dzięki rozmieszczeniu kontyngentu sił pokojowych OUBZ-Rosja na wezwanie kierownictwa Kazachstanu.
Ale to będzie trwało nadal, dopóki nie zmieni się pokolenie elit politycznych w Stanach Zjednoczonych i jeśli  do władzy dojdą ludzie mniej globalistyczni, a bardziej zorientowani na narodowość. A to co najmniej piętnaście do dwudziestu lat.
Choć oczywiście musimy próbować stymulować ten proces w imię międzynarodowego pokoju, a nawet interesów narodu amerykańskiego. Ale świadomość ta nie nadejdzie szybko. I tylko wtedy, gdy degradacja amerykańskiej elity zostanie zatrzymana, a Stany Zjednoczone poniosą kolejną porażkę – tym razem w Europie wokół Ukrainy.

W desperackiej walce o zachowanie porządku światowego ostatnich pięciuset, a zwłaszcza trzydziestu do czterdziestu lat, Stany Zjednoczone i ich satelity, w tym nowi, którzy, jak się wydawało, dołączyli do ​​zwycięzcy, sprowokowały i podżegają do wojny na Ukrainie. Początkowo liczyli na zmiażdżenie Rosji. Teraz, gdy to się nie powiodło, będą przedłużać konflikt, mając nadzieję na maksymalne wyczerpanie, zniszczenie naszego kraju – militarno-politycznego rdzenia Światowej Większości, przynajmniej związanie mu rąk, uniemożliwienie jego rozwoju, zmniejszenie atrakcyjności proponowanych przez niego (jeszcze nie jasno sformułowanych, ale oczywistych) alternatyw dla zachodniego paradygmatu politycznego i ideologicznego.

Za rok lub dwa specjalna operacja wojskowa musi zakończyć się zdecydowanym zwycięstwem. Między innymi po to, aby obecne elity amerykańskie i stowarzyszone z nimi elity kompradorskie w Europie pogodziły się z utratą dominacji i zgodziły się na znacznie skromniejszą pozycję w przyszłym systemie światowym.
Długoterminowym, ale już dziś pilnym zadaniem jest ułatwienie pokojowego wycofania się Zachodu z jego dawnych pozycji hegemonicznych.

Dziesiąty. Przez wiele dziesięcioleci względny pokój na planecie opierał się na strachu przed bronią nuklearną. W ostatnich latach, w miarę „przyzwyczajania się” do świata, wspomnianej degradacji intelektualnej i kastracji świadomości społeczeństw i elit, zaczęło narastać „strategiczne pasożytnictwo”. Zmniejszył się strach przed wojną, nawet nuklearną. Pisałem już o tym w poprzednich artykułach. Ale nie tylko ja biję na alarm w tej sprawie. Temat ten regularnie podnosi wybitny rosyjski myśliciel polityki zagranicznej Dmitrij Trenin.

I na koniec jedenaste i najbardziej oczywiste wyzwanie.
Rozpoczyna się nowy jakościowy, ale także ilościowy wyścig zbrojeń. Ze wszystkich stron podważana jest stabilność strategiczna, wskaźnik prawdopodobieństwa wojny nuklearnej. Pojawiają się lub już pojawiły się nowe rodzaje broni masowego rażenia, które są poza systemem ograniczeń i zakazów. Jest to wiele rodzajów broni biologicznej, skierowanej zarówno przeciwko ludziom, poszczególnym grupom etnicznym, jak i przeciwko zwierzętom i roślinom. Możliwym celem tego rodzaju broni jest wywoływanie głodu i rozprzestrzenianie chorób ludzi, zwierząt i roślin. Stany Zjednoczone stworzyły sieć laboratoriów biologicznych na całym świecie. I pewnie nie tylko one. Niektóre rodzaje broni biologicznej są stosunkowo łatwo dostępne.

Oprócz proliferacji i gwałtownego wzrostu liczby i zasięgu rakiet oraz innej broni różnych klas, rozpoczęła się rewolucja dronów. Są stosunkowo i/lub po prostu tanie, ale mogą przenosić broń masowego rażenia. A najważniejsze jest to, że jeśli rozprzestrzenią się masowo, a to już się zaczęło, mogą uczynić normalne życie nieznośnie niebezpiecznym. Granice między wojną a pokojem zacierają się; broń ta jest idealnym narzędziem do ataków terrorystycznych, a nawet zwykłego bandytyzmu. Niemal każda osoba znajdująca się w stosunkowo niechronionej przestrzeni staje się potencjalną ofiarą atakujących.
Rakiety, drony i inne rodzaje broni mogą powodować ogromne szkody w infrastrukturze cywilnej, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami dla ludzi i krajów. Już to widzimy w kontekście konfliktu na Ukrainie.

Precyzyjne systemy broni konwencjonalnej dalekiego zasięgu podważają stabilność strategiczną od dołu. Rozpoczął się (znowu od USA) proces miniaturyzacji broni nuklearnej, niszczenia stabilności strategicznej „od góry”. Coraz więcej widać oznak wyścigu zbrojeń przenoszącego się w przestrzeń kosmiczną.

Hipersoniczność w której my i nasi chińscy przyjaciele, dzięki Bogu i naszym projektantom, jesteśmy dotychczas w czołówce, prędzej czy później się rozprzestrzeni. Czas lotu do celów zostanie skrócony do minimum. Gwałtownie wzrośnie strach przed „dekapitującym” ciosem w ośrodki decyzyjne. Stabilność strategiczna otrzyma kolejny potężny cios. Weterani pamiętają, jak my i członkowie NATO wpadliśmy w panikę w związku z rakietami SS-20 i Pershing. Teraz sytuacja jest znacznie gorsza. W przypadku kryzysu coraz bardziej precyzyjne i trudne do strącenia rakiety dalekiego zasięgu zagrożą najważniejszej komunikacji morskiej – Kanałom Sueskim i Panamskim, Bab el-Mandeb, Ormuz, Singapurowi i Cieśninie Malakka.

Niekontrolowany wyścig zbrojeń, który rozpoczął się już niemal we wszystkich kierunkach, może spowodować, że systemy obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej będą musiały być rozmieszczone wszędzie. Oczywiście rakiety dalekiego zasięgu i precyzyjne, podobnie jak niektóre inne rodzaje broni, mogą również wzmocnić bezpieczeństwo, np. całkowicie zdeprecjonować wartość amerykańskiej floty lotniskowców, zmniejszyć możliwość prowadzenia agresywnej polityki i amerykańskiego wsparcia dla sojuszników . Ale wtedy oni także będą spieszyć się po broń nuklearną, co  jest bardziej niż prawdopodobne w przypadku Republiki Korei i Japonii.

Wreszcie to, co najmodniejsze, ale i naprawdę niebezpieczne.
Sztuczna inteligencja w sferze wojskowej nie tylko znacznie zwiększa niebezpieczeństwo związane z bronią, ale także stwarza nowe ryzyko eskalacji wszelkich lokalnych konfliktów.
Po prostu wypuszczenie broni spod kontroli ludzi, społeczeństw, państw. Na polu bitwy widzimy już autonomiczne rodzaje broni. Temat ten wymaga osobnej, pogłębionej analizy. Na razie w sferze wojskowo-strategicznej więcej zagrożeń stwarza sztuczna inteligencja. Ale być może stwarza także nowe możliwości zapobiegania im. Opieranie się na tym, a także na tradycyjnych sposobach i metodach reagowania na rosnące wyzwania, jest głupotą, a nawet lekkomyślnością.
Można dalej wymieniać czynniki tworzące przedwojenną, a nawet wojenną sytuację militarno-strategiczną na świecie. Świat znajduje się na krawędzi lub już poza krawędzią serii katastrof, jeśli nie powszechnej katastrofy. Sytuacja jest niezwykle, być może bezprecedensowa, niepokojąca, bardziej niż za czasów Bloka, który przewidywał straszny wiek XX dla naszego kraju i świata.
Jednak namawiam czytelnika, aby nie wpadał w panikę i przygnębienie. Niektóre wyjścia z sytuacji są już zarysowane. Więcej na ten temat w następnym artykule.

Wszystko jest w naszych rękach, ale musimy zrozumieć głębię, powagę i bezprecedensowy charakter wyzwań i stawić im czoła. Nie tylko reagując, ale także zachowując się proaktywnie. Powtarzam, potrzebna jest nowa polityka zagraniczna, nowe priorytety dla rozwoju wewnętrznego kraju, nowe priorytety dla społeczeństwa, dla każdego odpowiedzialnego obywatela Ojczyzny i świata. Jak to zrobić napiszę – w następnym artykule.

Autor: Siergiej Karaganow, 
za Rossija w globalnoj politikie
tekst tłumaczony