Są słowa, które w języku polskim nie starzeją się nigdy. Nie dlatego, że są modne, ale dlatego, że wciąż bolą. „Sybir” jest jednym z nich. Wystarczy je wypowiedzieć, by w wyobraźni pojawił się mróz, noc, stukot kolb o drzwi i pośpiesznie pakowany dobytek – całe życie wciśnięte w jeden kufer, jeśli w ogóle zdążono go zamknąć. Co roku wracamy do tej historii. W rocznice, przy pomnikach, w kościołach. Ktoś powie: znów to samo. A jednak – jeśli przestaniemy wracać, to właśnie wtedy zwycięży zapomnienie. A zapomnienie bywa ostatnim etapem przemocy. Sybir nie był geograficznym przypadkiem. Był metodą. Sposobem na wymazanie ludzi, narodów, pamięci. Od czasów carskich aż po sowieckie deportacje XX wieku mechanizm pozostawał ten sam: zabrać, rozproszyć, złamać. Wystarczyło być Polakiem. Czasem wystarczyło mieć polskie nazwisko, chodzić do polskiej szkoły, wierzyć po swojemu. Najbardziej przeraża mnie nie ogrom liczb – choć i one porażają – lecz powtarzalność scenariusza. Noc. Krzyk. Kilkanaście minut. Podpis „dobrowolnego” wyjazdu pod lufą rewolweru. Dzieci, które nie rozumieją, dlaczego pies zostaje, a ojciec nie wróci. I ta ironia losu, gdy kazano zabrać siekierę i piłę – narzędzia pracy w miejscu, do którego nikt nie chciał jechać. Deportacje z lat 1940–1941 miały zniszczyć elitę. Nauczycieli, lekarzy, urzędników, osadników. Tych, którzy potrafili myśleć samodzielnie i pamiętali, kim są. Bo imperia zawsze najbardziej boją się ludzi z pamięcią. Zesłanie było więc nie tylko karą – było narzędziem inżynierii społecznej. A jednak Sybir nie złamał wszystkiego. Paradoks historii polega na tym, że tam, gdzie planowano wynarodowienie, często rodziła się jeszcze silniejsza tożsamość. W bydlęcych wagonach, w barakach, w tajdze – polskość przetrwała w modlitwie, w języku, w opowieściach szeptanych dzieciom przed snem. Wbrew wszystkiemu.
Osiemdziesiąt lat od powrotu…
Sala Domu Kultury „Słowianin” w Szczecinie wypełniła się cichym szmerem rozmów i skupionym oczekiwaniem. Na twarzach – wzruszenie, powaga, czasem cień uśmiechu. Spotkali się tu ci, którzy wrócili z „nieludzkiej ziemi”, oraz ich dzieci i wnuki. Osiemdziesiąt lat od chwili, gdy transporty ze Wschodu zaczęły przywozić do Polski Sybiraków – ocalałych z zesłań, łagrów i przymusowej pracy. Po II wojnie światowej powrót nie oznaczał powrotu do domu. Kresowe wsie i miasteczka pozostały poza granicami państwa. Polska, do której przyjeżdżano w 1946 roku, była krajem obcym, zniszczonym i pełnym lęku. Pomorze Zachodnie stało się dla tysięcy zesłańców nową, często jedyną możliwą ojczyzną. W pierwszych rzędach zasiedli bohaterowie tamtych wydarzeń. Sybiracy – nieliczni już świadkowie deportacji do Kazachstanu i na Syberię – oraz ich potomkowie. Uroczystość otworzyli prezesi Związku Sybiraków: Zofia Wojewnik – prezes Związek Sybiraków Oddział w Szczecinie oraz Tadeusz Słonina – prezes Zarządu Głównego Zachodniopomorskiego Związku Sybiraków. To oni od lat czuwają nad pamięcią, która przez dziesięciolecia była spychana w milczenie. – Osiemdziesiąt lat temu transporty jadące ze Wschodu wiozły nas, Sybiraków, w nieznane – powiedziała Zofia Wojewnik… To nie był powrót w ojczyste strony; z tamtych nas wygnano. Nasze małe ojczyzny znalazły się w granicach obcego państwa i już nigdy nie było nam dane do nich powrócić.
80 lat temu jechaliśmy z bagażem często najgorszych wspomnień. Wypędzeni z domów, w wielotygodniowej podróży bydlęcymi wagonami, w przenikliwym zimnie, w głodzie i we wszechobecnej śmierci, która zabierała najpierw tych najsłabszych: malutkie dzieci i starszych ludzi. Zabrała też wielu naszych najbliższych, którzy na zawsze zostali na nieludzkiej ziemi. W naszej pamięci na zawsze zapisały się wspomnienia pracy ponad siły, lodowatego chłodu północy i gorącego stepu Kazachstanu. Wspomnienia bezlitosnej codzienności, rozpaczy, tęsknoty i samotności; dni, w których marzyliśmy tylko o kawałku chleba i powrocie do kraju. Przywieziono nas tutaj, na ziemie, na których wtedy wszyscy byliśmy przesiedleńcami, wszyscy byliśmy obcy. Każdy musiał oswoić się z myślą, że teraz właśnie tutaj będzie nasza ojczyzna. Nie witano nas szczególnie – nie tylko dlatego, że nie było takiego zwyczaju, ale również z nieufności wobec przybyszów, z których część, zwłaszcza ci najmłodsi, słabo mówiła po polsku. Często nie byliśmy dobrze traktowani, nawet przez tych, którzy mieli nam pomóc – pracowników Państwowego Urzędu Repatriacyjnego czy Rad Narodowych. Po wojnie współczucie było towarem deficytowym. Ogrom wojennych nieszczęść spowodował, że indywidualne dramaty i traumy nie były dla otoczenia czymś wyjątkowym. Każdy musiał poradzić sobie sam. Może nam było trudniej, bo nie mieliśmy wyboru, a przyjechaliśmy w miejsca, o których przeszłości nie wolno było mówić przez całe lata. Byliśmy pod szczególnym nadzorem. Sprawdzano nas, czy nie opowiadamy niewygodnych rzeczy o tym, co przeszliśmy w Związku Radzieckim. To mogłoby zepsuć dobry wizerunek „bratniego kraju”, mozolnie budowany przez nowe władze Polski Ludowej. Wiedzieliśmy, że głośne mówienie prawdy utrudni nam życie, więc milczeliśmy. Milczeliśmy przez kilkadziesiąt lat, aż do 1989 roku, kiedy Polska stała się naprawdę wolnym krajem – wtedy z ulgą odrzuciliśmy to narzucone milczenie. Ja sama urodziłam się na Syberii. Miałam zaledwie dwa lata, gdy przyjechałam tutaj, do Polski. W październiku, dzięki wsparciu Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, brałam udział w wyjeździe, podczas którego odwiedzaliśmy groby i przemierzaliśmy dawne miejsca zesłań w Kazachstanie. Ta wycieczka była zorganizowana przez Urząd Kombatantów. Dziękuję.
* * * * *
Osiemdziesiąt lat temu co trzeci przybysz na Pomorzu Zachodnim, który jechał takim transportem, miał korzenie zaburzańskie – powiedział Tadeusz Słonina… Dzisiejsze uroczystości są po to, żeby przypomnieć, skąd jesteśmy, i żeby spotkać się w gronie rodzin. Dekretem Rady Najwyższej ZSRR na Syberię i do Kazachstanu zesłano setki tysięcy Polaków z ziem Kresów Wschodnich. Zostali skazani na katorżniczą pracę, głodowe racje żywnościowe, brak opieki lekarskiej i środków higieny osobistej. Transporty trwały po cztery tygodnie w bydlęcych wagonach, często w czterdziestostopniowym mrozie. Wielu zesłańców pozostało na zawsze na nieludzkiej ziemi – ginęli w transportach, umierali z mrozu, chorób i wycieńczenia ciężką pracą.
My, pokolenie Sybiraków, jesteśmy zobowiązani, by ocalić od zapomnienia tragiczną historię tysięcy polskich rodzin, które doświadczyły wywózki. Patriotyzm oraz poświęcenie naszych rodziców i dziadków pozwoliły nam przetrwać ten trwający sześć lat okres głębokich cierpień. My, którzy przeżyliśmy te przeciwności losu, powróciliśmy do Ojczyzny na podstawie umów repatriacyjnych zawartych między Polską a Związkiem Sowieckim. Dzisiaj obchodzimy 80. rocznicę powrotu Polaków do Ojczyzny. Z radością i wzruszeniem wspominamy ten czas powrotu. Wspominamy także wszystkich tych, którzy zginęli w tajgach Syberii i na stepach Kazachstanu, a którym nie dane było cieszyć się odzyskaną wolnością. Dziękuję bardzo.
* * * * *
Wspomnienia pracy ponad siły, czterdziestostopniowych mrozów, bydlęcych wagonów i długich tygodni transportów powracały jak echo. W tej opowieści nie było patosu – była prawda. Tysiące Polaków zesłanych decyzją władz Związku Sowieckiego nigdy nie wróciło. Zostali na zawsze w tajgach Syberii i na stepach Kazachstanu. Powojenna rzeczywistość nie przyniosła ulgi. Repatrianci trafiali pod nadzór, byli sprawdzani, przesłuchiwani, uciszani. Mówienie o Sybirze mogło zniszczyć życie. Milczeli przez lata – aż do 1989 roku.
* * * * *
Był także list od Prezydenta Miasta Szczecin – Piotra Krzystka, w którym przypomniał, że powrót zesłańców był symbolem zwycięstwa pamięci i niezłomności ducha. Podkreślił znaczenie ich świadectwa jako bezcennej lekcji historii dla kolejnych pokoleń. Podczas uroczystości wręczono tytuły Honorowych Członków Zachodniopomorskiego Związku Sybiraków. Otrzymały je: Helena Pietrzyk, Krystyna Subocz oraz Agnieszka Osiak – osoby, które swoją wieloletnią działalnością strzegą sybirackiego dziedzictwa. Szczególnym momentem było także wręczenie Srebrnych Odznak Honorowych Gryfa Zachodniopomorskiego – regionalnego wyróżnienia dla tych, którzy swoją pracą i zaangażowaniem budują wspólnotę pamięci. Na zakończenie wybrzmiała poezja. „Modlitwa” Juliana Tuwima, w interpretacji młodej absolwentki liceum noszącego imię Sybiraków, połączyła przeszłość z teraźniejszością. W ciszy, jaka zapadła po ostatnich słowach, było słychać coś więcej niż oklaski – było poczucie wspólnoty. Uroczystości w Domu Kultury „Słowianin” wzbogacił swoimi patriotycznymi prezentacjami Zespół Pieśni i Tańca Ziemi Szczecińskiej „Krąg”. Osiemdziesiąt lat po powrocie Sybiracy znów byli razem. Już nie jako przesiedleńcy, lecz jako strażnicy pamięci. I choć ich droga do Ojczyzny była długa i bolesna, to właśnie oni pokazali, że nawet po najdłuższym wygnaniu można wrócić – jeśli nie do dawnego domu, to do prawdy o własnym losie.
Leszek Wątróbski
zdjęcia: 01. Uroczystość otworzyli prezesi Związku Sybiraków Zofia Wojewnik – prezes Związek Sybiraków Oddział w Szczecinie oraz Tadeusz Słonina – prezes Zarządu Głównego Zachodniopomorskiego Związku Sybiraków (fot. Leszek Wątróbski) 02. Podczas uroczystości wręczono tytuły Honorowych Członków Zachodniopomorskiego Związku Sybiraków. Otrzymały je Helena Pietrzyk, Krystyna Subocz oraz Agnieszka Osiak – osoby, które swoją wieloletnią działalnością (fot. Leszek Wątróbski) 03. Dyrektor LO im. Sybiraków w Szczecinie mgr inż. Mirella Okińczyc-Zuwalska oraz wicedyrektor dr Anna Michałek-Simińskia (fot. Leszek Wątróbski) 03a. Modlitwa w wykonaniu uczennicy LO im. Sybiraków Darii Zając (fot. Leszek Wątróbski) 04. Zespół Pieśni i Tańca Ziemi Szczecińskiej „Krąg” (fot. Leszek Wątróbski)































































