22 września 2026 roku, na Polish-American Economic Summit w Nowym Jorku, prezydent Karol Nawrocki usiadł naprzeciw Alexa Karpa.  Kancelaria ogłosiła „pełne wsparcie” Palantiru dla Sił Zbrojnych RP, zainteresowanie regionalnym centrum technologii w Warszawie dla wschodniej flanki NATO i dalsze inwestycje.

Tego samego tygodnia Karp widział się z prezydentem Litwy. To nie był grzecznościowy lunch. To była ofensywa na całą flankę: ten, kto dostarczy warstwę danych Europie Środkowej, będzie sprzedawał reszcie Sojuszu „sprawdzone w warunkach bojowych” oprogramowanie. Ukraina już posłużyła za folder z case studies. Polska ma zostać showroomem.


Palantir nie „wejdzie” do Polski. On tu jest.
Spółka Palantir Technologies Poland istnieje od 2015 roku. Biurem kieruje Maciej Łaska.
Testy z wojskiem — według MON — ruszyły w grudniu 2023. W grudniu 2024 podpisano memorandum z Dowództwem Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni.
27 października 2025 Kosiniak-Kamysz i Karp parafowali list intencyjny o AI, IT i cyberbezpieczeństwie. Minister bronił się cytatem, który powinien był zapalić czerwoną lampkę, a nie służyć za reklamę: rozwiązania firmy „są wykorzystywane perfekcyjnie m.in. przez ukraińską armię”.
Do połowy 2026 polscy żołnierze od dwóch lat klikali w Maven Smart System — pełne funkcje, ale na danych „reprezentatywnych”, nie na żywym circulating blood armii. Wiążąca umowa miała zostać podpisana „w najbliższych miesiącach”. Minął prawie rok. Kontraktu z kwotą i załącznikami wciąż nie ma w przestrzeni publicznej. Jest za to coraz więcej zdjęć uścisków dłoni.
To jest właśnie metoda Palantira. 
Nie przetarg na czołg. Najpierw inżynierowie na miejscu, ćwiczenia, „boot camp”, list intencyjny, język suwerenności.
Potem ontologia: mapa świata klienta, w której każdy czołg, magazyn, rezerwista i radar staje się obiektem w cudzym systemie. Gdy ta mapa zaczyna być jedynym miejscem, w którym dowódca widzi wojnę, wyjście kosztuje więcej niż zostanie.
Ukraina jest tu nie analogią, tylko instrukcją. Karp był w Kijowie w czerwcu 2022 jako pierwszy szef wielkiej zachodniej firmy u Zełenskiego. Fedorow sprzedawał pola walki jako „światowe laboratorium R&D”. Karp mówił, że na froncie można robić rzeczy niemożliwe „w kontekście krajowym”.
Brave1 Dataroom spiął ukraińskie firmy z danymi bojowymi na infrastrukturze Palantiru. Publiczne twierdzenie Karpa, że jego oprogramowanie odpowiada za większość namierzania celów, nigdy nie zostało niezależnie zważone — i nigdy dość głośno zdementowane.
Polska elita obronna powiela ten sam slajd, tylko bez krwi na slajdzie.
Zagrożenie dla suwerenności nie polega na tym, że Amerykanin „wciśnie wtyczkę” i wyłączy Wojsko Polskie jednym mailem z Denver. To tania fantazja, którą łatwo zbić komunikatem MON: system u nas, dane u nas, nikt z zewnątrz nie musi go obsługiwać. Poważniejsze ryzyko jest wolniejsze i trudniejsze do sfotografowania.
Po pierwsze — prawo, a nie serwer. Palantir jest spółką amerykańską. Podlega CLOUD Act. Żadne memorandum warszawskie nie uchyla federalnego nakazu wydania danych, jeśli Waszyngton uzna, że ich potrzebuje.
Szwajcaria odrzucała Palantira wielokrotnie właśnie z tego powodu. Polska może trzymać klastry w kraju i nadal mieć problem jurysdykcji. Suwerenność to nie lokalizacja szafy z serwerem. To pytanie, czyją ustawę sąd uzna za ważniejszą, gdy przyjdzie konflikt interesów — niekoniecznie z Rosją, czasem z sojusznikiem.
Po drugie — zależność operacyjna. Wojna przyszłości to nie brak amunicji w pierwszym tygodniu. To brak wspólnego obrazu sytuacji, gdy zgaśnie warstwa, która ten obraz skleja.
Palantir nie sprzedaje „jeszcze jednej aplikacji”. Sprzedaje pretensję do bycia systemem operacyjnym: Gotham, Maven, Foundry, ontologia. Im głębiej wejdzie w CISI, Dowództwo Generalne i Operacyjne, logistykę i rezerwy, tym bardziej Polska będzie umiała wojować wyłącznie w Palantirze, a bez niego będzie bezbronna.
Alternatywy — europejskie Helsingi, własne Delta, cokolwiek MON „analizował” pod koniec 2025 — po dwóch latach testowania amerykańskiego interfejsu staną się teorią.
Po trzecie — transfer doświadczenia, nie kodu. Model firmy to forward-deployed engineers: ludzie siedzą u klienta, uczą się jego wojny, a wiedza wraca „do produktu”.
Ukraina oddała unikalny dataset czterech lat bojów. Polska odda unikalny dataset wschodniej flanki: Wisła, Suwałki, Wisła 2.0, mobilizacja, magazyny, NATO-izacja. Nawet jeśli „ani jeden polski obrazek” nie wyjedzie formalnie z kraju, wzorce, błędy i rozwiązania wyjadą. Palantir nie musi kraść bazy. Wystarczy, że nauczy się Polski.
Po czwarte — pełzanie zakresu. Karp mówi nie tylko o armii. Mówi o dual-use i o tym, że rewolucja AI jest „nieproporcjonalnie napędzana przez polskich inżynierów”. Foundry nie powstał do HIMARS-ów. Powstał do korporacji i państw, które chcą złożyć rozrzucone rejestry w jedną prawdę o świecie.
Ścieżka jest znana z innych stolic: najpierw logistyka wojskowa, potem cyber, potem „efektywność administracji”, potem granica, potem rezerwa. Ukraina zespoliła Oberih i Reserve+. Nikt w Warszawie tego nie zapowiedział. Ale nikt też nie zbudował zapory prawnej, która by to wykluczyła, gdy „wydajność mobilizacji” stanie się argumentem stanu wyjątkowego.
Po piąte — polityka jako produkt. Spotkanie prezydenta z prezesem spółki wartej — w języku KPRP — około 444 miliardów dolarów to nie neutralna dyplomacja technologiczna. To legitimizacja. Palantir żyje z permanentnego kryzysu. Im bardziej Polska widzi siebie jako tarczę NATO, tym droższy jest slajd „sprawdzone na flance”.
Karp nie musi kochać Polski. Potrzebuje, żeby Polska pokochała przeświadczenie, że bez jego oprogramowania jest ślepa.
Można na to odpowiedzieć rzeczowo, bez mitologii. Armia, która kupuje K2, HIMARS i F-35, a pole walki ogląda w Excelu i na papierowej mapie, też traci suwerenność — tylko ciszej.
Dane naprawdę są dziś walutą. Interoperacyjność z Amerykanami ma cenę, i ta cena nie wynosi zero.
Pytanie nie brzmi, czy Polska ma mieć AI w dowodzeniu. Brzmi: czy zgadza się, by rdzeń tego AI był własnością firmy, której prezes publicznie chwali się tym, że na polu walki wolno mu więcej niż w kraju demokratycznym, i której historia to CIA, ICE, IDF i ukraiński targeting.
Dopóki nie ma umowy, Polska ma jeszcze karty. Może żądać kodu źródłowego albo przynajmniej audytu, hostingu wyłącznie pod jurysdykcją krajową, klauzuli zerwania bez utraty ontologii, zakazu użycia polskich danych do trenowania modeli sprzedawanych innym, parlamentarnej kontroli zakresu. Może budować europejską i własną warstwę równolegle, zanim Maven przestanie być testem.
Po podpisaniu wieloletniego kontraktu te karty stanieją. Ontologia nie lubi przeprowadzek.
Nawrocki i Karp uścisnęli sobie ręce na Manhattanie. Zdjęcie wygląda jak sukces. W rzeczywistości jest momentem, w którym państwo powinno zadać pytanie, którego nie zadano głośno przy listach intencyjnych: czy kupujemy narzędzie, czy wynajmujemy sposób widzenia wojny — i czy ten sposób widzenia, raz zainstalowany, da się jeszcze wyłączyć bez oślepnięcia.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU