Niedziela 22 marca.
Jedziemy do Wersalu. Jeszcze do wczoraj myślałem, że chrzest  Princessy odbędzie się w przesławnej kaplicy w wersalskim pałacu. Graeme wyprowadza mnie, na szczęście, z błędu. Tuż obok pałacu znajduje się niemniej sławna katedra św. Ludwika i to w niej odbędzie się uroczystość. Budowla została zaprojektowana przez architekta Jacquesa Hardouin-Mansarta de Sagonne w stylu późnego baroku i klasycyzmu.
Otwarta w sierpniu 1754 r.
Pewną cechą tych kamiennych kościołów jest to, że nie potrzebują klimatyzacji, a pod koniec marca może być w nich wręcz zimno. Część gości przyjdzie w lekkich ubiorach, zmyleni ciepłem na zewnątrz i potem to odchorują.
Ale, póki co jesteśmy na mszy. Nasi gospodarze rozdali teksty liturgii chrztu po francusku, angielsku i portugalsku. Rodzina Louise przyjechała aż z Brazylii. Mama i siostra Graema z Kanady. Jest jeszcze wujek z Bostonu, no i my. Princessa prezentuje się pięknie w białej sukience.
Zasadnicza część chrztu odbywa się przy chrzcielnicy, już prywatnie, po mszy. Ksiądz jest biegły w angielskim więc wszystko jest i podniosłe i międzynarodowe.
Po półtorej godziny wychodzimy na słońce. Lunch w centrum w „Au chien qui fume”.
Lokal z 1839 jest pełen portretów z psimi głowami. Niektóre to karykatury znanych osób życia publicznego.
To miejsce trochę pamiętne, także z mego punktu widzenia. Lata temu, w czasie pierwszej delegacji służbowej, mieszkaliśmy właśnie w Wersalu. Hotel naprzeciw, „Cheval Rouge” chyba dalej działa. Zaadoptowany z dawnych dworskich stajni. W „Au chien qui fume” jedliśmy wtedy pierwszy obiad.

***

W (niektórych) kościołach odczytano list Episkopatu Polski w sprawie Żydów. Wychodzi na to, że powodem jego powstania była 40 – ta rocznica historycznej wizyty papieża Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej.
Znajomi z Polski donoszą nam, że ludzie wychodzili z kościoła wściekli. Niektórzy mówili, że nie będą tam więcej chodzili, inni, że nie będą dawali na tacę. No i myślę; Jeden list, a efekt lepszy niż półtorej roku covida. Do tego masowe oburzenie w prawicowych mediach, zapewne wśród części księży, którzy po prostu nie przeczytali tego gniota teologicznego w swych kościołach, bo nie mogliby parafianom spojrzeć w oczy, no i w społeczeństwie. Ciekaw jestem czy kwestionowanie szczególnej misji narodu wybranego nie zostanie ponownie użyte do udowodnienia światu, że Polacy to jednak naród antysemitów. Geniusze…
No i nie wiem, czy wpadł na ten pomysł uduchowiony Jego Ekscelencja Kardynał, czy też temat jednak ktoś mu podsunął?
W takiej sytuacji nietrudno zadać pytanie po co to wszystko? I chociaż Jego Ekscelencja utrzymuje, że głównym powodem było przypomnienie owej wizyty naszego papieża, trudno jednak nie myśleć o tym w kontekście obecnej wojny Izraela, za którą – mówiąc oględnie – jest on mocno krytykowany.
Całości obrazu dopełni niedawny już wywiad redaktora Romanowskiego z Kardynałem.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

***

„Polène” to temat, który niejako przechodził mimo moich uszu; Pani Basia omawiała jakieś super – torebki z naszą córką, ale w natłoku innych spraw nie zwracałem na to szczególnej uwagi. Znam sporo innych firm „Haute couture„ i kolejna nazwa wydawała się niejako nadmiarowa. Jednak w tym tygodniu okazało się, że w planie jest wyprawa do centrum Paryża do sklepu „Polène”. Wychodzi na to, że sklepy są dwa. Wybieramy ten z boku Champs-Élysées, bo chyba jest tu bliżej od naszego pociągu RER C.
Ponieważ wszystko dzieje się po pracy, docieramy do sklepu za dwadzieścia ósma. Już z daleka widać, że przed sklepem jest kolejka, kilka osób. Będziemy ostatnimi, którzy zostaną wpuszczeni do środka i to nie bez pewnej przepychanki słownej z odźwiernym. Widać, że firma ogranicza ilość klientów będących w sklepie w tym samym czasie. Rodzima „Canada Goose” stosuje podobne praktyki. Dzwonimy do Agi, w Toronto jest druga po południu. W sklepie widać więcej niż on-line. W końcu, gdy wybierzemy torebkę, inną niż pierwotnie, jest już grubo po 20-tej i zostajemy prawie sami ze sprzedawcą, który pomaga nam bez widocznych oznak zniecierpliwienia, co wydaje się być raczej wbrew paryskim kanonom zachowania.

***

2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21:37 zmarł nasz polski papież.
Od 2015, ten dzień obchodzony jest w Kanadzie oficjalnie jako Dzień Jana Pawła II -go. Jeszcze dwa lata temu, polscy politycy jak Chris-Korwin Kuczyński, Ted Opitz czy Władysław Lizoń, księża i ci którzy po prostu pamiętają, gromadzili się w tym dniu na Nathan Phillips Square, na uroczystości wciągnięcia na maszt flagi papieskiej. Kilka lat temu dołączyli Rycerze Św. Jana Pawła II – go.
W zeszłym roku nowa Major Toronto, Olivia Chow, nie zezwoliła na uroczystość – zatwierdzoną kiedyś przez kanadyjski Parlament. Przenieśliśmy się wtedy do parafii Kolbego. W tym roku nawet to (według moich źródeł) nie miało miejsca.
Do niechlubnej tradycji zapoczątkowanej przez panią Chow dołączyła Mississauga. Pisał o tym Goniec:

Koniec wciągania polskiej flagi na maszt w Mississaudze


Tysiące kilometrów dalej, w Kamerunie, w miejscowości Minkama, w sanktuarium pod wezwaniem naszego papieża, w tym samym dniu uroczyście utworzono kolejną, trzynastą prowincję Zakonu Rycerzy Św. Jana Pawła II-go.
Kapelanem rycerskim został ks. Krzysztof Pazio MIC (Marianin), od 17 lat w Kamerunie.
Zakon ma pomóc utrwalać zdrowy, katolicki model rodziny oparty na właściwie uformowanych ojcach, którzy będą dawać przykład reszcie wspólnoty. Wszyscy rycerze są sakramentalnymi mężami, co w tamtejszych warunkach jest sprawą niełatwą, jako że poligamia jest tu w dalej częstym zjawiskiem.
Cała wyprawa została udokumentowana na filmie Stefana Czernieckiego, dostępnym na Youtube:
https://www.youtube.com/watch?v=D5Bt4-K7SlA&t=1s

***

W sobotę zaliczamy, ostatnie już, zaproszenie do Pani Marysi i Pana Krzysia na Bastylię; za tydzień, o tej porze będziemy na lotnisku.
Wieczór zaczynamy uroczystym spotkaniem na murku nad kanałem. Jest też istotna innowacja; zamiast piwem raczymy się Crémant d’Alsace. Na świeżym powietrzu wchodzi świetnie. Dodzwaniamy się – tradycyjnie – do Pana Witusia, który właśnie dojeżdża do mety …za tydzień będzie na emeryturze. Z kolei nasze plany na najbliższą przyszłość to odsiedzenie w Kanadzie co najmniej pół roku, zanim pojawimy się ponownie w Europie. Tutaj mają inaczej. Nasi lokalni znajomi z Paryża czy z Hiszpanii co rusz to pędzą do kraju, choćby na tydzień, czy na kilka dni.

***

29 marca. Niedziela Palmowa. Ostatni raz jedziemy na Concorde. Ponownie zasiądę w mantulach na mszy razem z bratnimi rycerzami.
Na peronie RER C na stacji Invalides pełno ludzi z ochrony, to samo na korytarzach prowadzących do metra. Nie zatrzymują wszystkich, ale kobieta z wielkim worem na wózku jest sprawdzana.
Po mszy dowiemy się prawdopodobnej przyczyny. Nad ranem jacyś sprawcy próbowali odpalić materiały łatwopalne obok „Bank of America” w 8-mej dzielnicy. Podejrzanych zatrzymano, śledztwo trwa.
Po mszy, według planu jedziemy ze znajomymi na St. Michel. Może to dystrykt turystyczny, ale jest urokliwy, nawet bez pomnika Michała Archanioła, który jest w remoncie (ponoć teraz już zakończonym). Prosto z metra 4 wchodzi się w uliczki z dziesiątkami knajp. Nasz wspólny wypad tutaj, trzeci z rzędu, to już mała tradycja. Tym razem nawet nie wypuścimy się daleko w głąb dzielnicy. Restauracja “Le Clou de Paris” jest zaraz przy rue Danton. Samo wejście od strony Pl. St. Andre des Arts. Na placyku stoi namiot, który jest częścią restauracji. Przed drzwiami, oparta o stojak tablica z menu wypisanym kredą i ceny wpadają Pani Basi w oko. Dostajemy stolik w kąciku, przy oknie na ulicę nazwaną od jednego ze słynnych przywódców rewolucji, który nie uniknął jej karzącej ręki. Nam to jednak nie przeszkadza, bo przesiedzimy tu prawie następne trzy godziny.

***

Wchodzimy w wielki tydzień, a nam zaczyna brakować i czasu i energii aby codziennie pojechać do polskiego kościoła na Concorde. W Velizy też jest kościół i Pani Basia idzie na rozpoznanie. Potem pojawimy się tam ponownie w wielki czwartek wieczorem. Kościół jest pełen. Potwierdza to wiadomość z pierwszej strony Gońca z 9-tego kwietnia. Najstarsza córa kościoła, jak nazywał Francję nasz święty papież zdaje się zwracać się w stronę swych chrześcijańskich korzeni.
Obrzęd obmycia nóg, ważny element Wielkoczwartkowej liturgii odbywa się jednak według innego skryptu. Ministranci wystawiają dwanaście krzeseł, ale zamiast wybranych osób siadają na nich dowolni wierni z ławek. Panie też.
W piątek wieczorem wpadamy jeszcze na chwilę do Louise i Graema. Chwila kończy się świetnym szampanem Nicolas Feuillette, Premium Pannier.
Potem idziemy na drogę krzyżową.

***

Powrót wymyśliliśmy raczej niefortunnie, bo w Wielką Sobotę. Kupując bilety nie spojrzałem na kalendarz, bo jakoś wydawało mi się, że Wielkanoc jest tydzień, czy dwa później.
Organizujemy się jednak zdalnie; zakupy i święcone przez córkę i znajome panie. Dzięki temu, jesteśmy w stanie wydać lunch – śniadanie wielkanocne w niedzielne południe.

Leszek Dacko