Kiedy widzę wspaniały obraz, który do mnie przemawia i łapie mnie za serce, namalowany przez światowego mistrza, oczywiście jest to jeden z jego najlepszych najsłynniejszych dzieł, to chcę też tak malować. Kupuje wtedy farby, płótna, pędzle i pełna zapału i wiary w siebie jestem przekonana, że mi wyjdzie. Godzinami podglądam i analizuję działa mistrza. Jak on to zrobił? Może uda mi się go podpatrzeć, zrozumieć I zastosować jego sekret? I coś tam mi wychodzi. Ale nie tak jak oczekiwałam. Szybko się zniechęcam i odstawiam w kąt zaczęte płótna. Nie mam cierpliwości na mozolne i długotrwałe szlifowanie nauki rysunki, dobierania kolorów, rozgryzania technik malarskich. Również przenoszenie na płótno opowieści z emocjami jest znacznie trudniejsze niż się wydaje. Wkrótce, nieużywane pędzle wysychają niczym nie podlewane rośliny. Nie pokazuję nikomu moich dzieł, bo i po co? Sama je przed sobą chowam. Nie jestem wcale dumna z tego co mi wyszło, a właściwie nie wyszło. Jeszcze jedna życiowa porażka. Za jakiś czas jednak zapominam o porażce i znów wydaje mi się, że mogę, że potrafię, jeśli tylko się postaram. Oberek zaczyna się od nowa, aż do ponownego zmęczenia.
Podobnie mam z muzyką. Jeśli słyszę emocjonalne piosenki wykonane przez piosenkarzy czy piosenkarki nawet nie światowej sławy to chcę je zaśpiewać. Wydaje mi się, że zrobię to tak dobrze jak oni. Wybieram kilka piosenek, nagrywam moje wykonanie wielokrotnie na internetowym magnetofonie, odtwarzam jeszcze częściej, i klops. To nie to. Widać potrzeba mi instrumentalnego akompaniamentu. Kupuję więc instrument. Chodzę na lekcje, ale po kilku miesiącach jak zwykle klops. Mało mi z tego wychodzi. Wcale, a wcale nie jestem z siebie zadowolona, aż nie zapomnę, i jakieś nowe wykonanie muzyczne nakręci mnie od nowa – może tym razem się uda?
Czyż to nie znaczy, że nie dane mi zostać mistrzem? Czy to znaczy, że nie mam żadnego talentu? Czy to znaczy, że świat znów mnie wykluczył z rangi ludzi artystycznego sukcesu? Ale przynajmniej próbuję, a tym samym moja wrażliwość na sztukę się pogłębia. Niedawno zostałam zaproszona na wystawę, bo kiedyś rozmowa potoczyła się o trudnościach narysowania dłoni. A to już dużo, bo spotkałam kogoś o podobnych doświadczeniach i wrażliwości, z podobnymi niepowodzeniami.
A można przecież inaczej. Bez wrażliwości, bez bólu, bez niepowodzeń. Tak jak pan Rysiu – Ricky odkąd zamieszkał w Mississauga. Ricky nad wszystkim się dziwuje, że to takie proste, a takie popularne – i tyle kasy! Jedyne co go tak naprawdę interesuje to ta kasa jaką ci artyści zarabiają. Nie wierzy mi, że często nie zarabiają.
– To po co to robią? – pyta, i to jest jedyne czego nie potrafi zrozumieć.
Taka działalność artystyczna bez kasy zupełnie do niego nie przemawia. A co przemawia? Ricky jest przekonany, że jakby tak mu się chciało wziąć pędzle do ręki to by niejeden wspaniały obraz namalował. Kiedyś w szkole pani od plastyki powiedziała mu, że ma wyczucie kolorów. Śpiewa też nieźle, szczególnie takie piosenki biesiadne i harcerskie. O, może być też repertuar disco polo. Ricky jest przekonany o swojej świetności. Tylko mu się nie chce. Nie zależy mu. Olewa to. No właśnie, żeby tylko mu się chciało chcieć. Ale mu się nie chce, więc żyje w swojej bańce przeświadczony o swej doskonałości. Jak mu się zechce to pokaże. Tak ma.
A wy? Jak macie?
Michalinka, Toronto, 19 czerwca, 2026


































































