Podzieliłam się krótkim filmikiem z koncertu w Jedwabnem w kilku grupach i wszędzie panika, nawet na zdjęcia. Od razu zakaz rozmowy i , blokowanie komentarzy. Proszę więc, jeżeli można, o publikację artykułu. Dziękuję.
Dlaczego milczenie w gronie kobiet jest luksusem, na który nie możemy sobie pozwolić
Ilekroć w gronie znajomych pada zdanie: „dziś się bawimy, a nie mówimy o polityce” albo „w tej grupie nie rozmawiamy o polityce”, pada w istocie coś znacznie poważniejszego niż deklaracja dobrego nastroju. Pada cichy zakaz myślenia o sprawach, które chcemy tego czy nie, kształtują nasze życie każdego dnia: podręczniki, z których uczą się nasze dzieci, prawa, które regulują nasze zdrowie i pracę, kierunek, w którym zmierza wspólnota, w której żyjemy. Twierdzę, że taki zakaz, powtarzany w tysiącach salonów, kawiarni i grup znajomych, jest jednym z cichszych, ale skuteczniejszych mechanizmów odsuwania obywateli; a kobiet w szczególności, od realnego współdecydowania o losie ojczyzny.
Arystoteles nazwał człowieka zoon politikon, czyli istotą z natury polityczną, bo życie we wspólnocie z konieczności rodzi pytania o to, jak ta wspólnota ma być urządzona. Odsunięcie polityki na margines rozmowy „bo to niemiłe” albo „bo się pokłócimy” jest więc odsunięciem na margines czegoś, co filozofia polityczna od dwóch i pół tysiąca lat traktuje jako rdzeń ludzkiego bycia razem, a nie jako fanaberię pewnej grupy zainteresowanych.
Hannah Arendt pisała o „przestrzeni publicznej” jako miejscu, w którym obywatele poprzez mowę i działanie ujawniają się sobie nawzajem i współtworzą świat wspólny. Kiedy ta przestrzeń kurczy się do rozmów o zakupach i kosmetykach, a tematy dotyczące wspólnoty są systematycznie wypraszane za drzwi, nie znika sama polityka, znika tylko nasz w niej udział. Ktoś inny decyduje za nas, a my dowiadujemy się o skutkach tych decyzji wtedy, gdy jest już za późno na sprzeciw.
Jest w tym pewien paradoks. Im więcej mamy za sobą lat, doświadczeń, przeczytanych książek, zawodowych i rodzinnych zawirowań , tym częściej oczekuje się od nas lekkich, niezobowiązujących, bezpiecznych rozmów. Tymczasem to właśnie dojrzałość , rozumiana jako nagromadzona wiedza o świecie i o konsekwencjach decyzji, powinna być przepustką do poważniejszej rozmowy, nie do jej unikania. Kobieta po czterdziestce, pięćdziesiątce, sześćdziesiątce dysponuje zwykle bogatszym doświadczeniem życiowym niż w wieku lat dwudziestu; widziała więcej rządów, więcej reform, więcej skutków decyzji podejmowanych „na górze”, a odczuwanych „na dole”, we własnym domu, w portfelu, w szkole dzieci czy wnuków. Rezygnacja z tej wiedzy na rzecz rozmowy wyłącznie o rzeczach lekkich jest marnotrawstwem kapitału, na który pracowało się latami.
Drugim mechanizmem, który zasługuje na nazwanie po imieniu, jest lęk przed kontrowersją. Unikanie tematów „bo kogoś można urazić” brzmi jak troska o wspólnotę, ale w praktyce bywa strategią unikania odpowiedzialności za własne poglądy. Habermas, opisując ideał debaty publicznej, zakładał właśnie ścieranie się racji, a nie ich wygaszanie w imię pozornej harmonii. Społeczeństwo, w którym nikt nie chce „być stawiany do tłumaczenia się”, to społeczeństwo, w którym opinie przestają dojrzewać w konfrontacji z innymi, a zaczynają kurczyć się do bezpiecznych banałów.
Nie chodzi przy tym o to, by każde spotkanie towarzyskie zamieniać w wiec polityczny, ani o narzucanie jednej słusznej opinii. Chodzi o coś skromniejszego i zarazem bardziej fundamentalnego: o prawo do tego, by sprawa wspólna , bo taka właśnie jest sprawa ojczyzny , mogła paść w rozmowie bez natychmiastowego uciszania.
To, czego będą uczyć się nasze dzieci i wnuki, jaki model rodziny, pracy i obywatelskości zostanie im przekazany, jak będzie wyglądać opieka zdrowotna, na którą złożymy się wszyscy, to nie są tematy abstrakcyjne, zarezerwowane dla ekspertów czy zawodowych polityków. To są tematy dotykające każdego gospodarstwa domowego, a więc w ogromnej mierze tego obszaru życia, którym od pokoleń zarządzają kobiety. Jest więc pewna wewnętrzna niespójność w oczekiwaniu, by kobiety zajmowały się domem, dziećmi, edukacją, zdrowiem rodziny , a jednocześnie odsuwały się od rozmowy o decyzjach, które te właśnie obszary bezpośrednio kształtują. To na nas, na pokoleniu, które pamięta więcej niż jedną wersję wydarzeń, spoczywa obowiązek przekazania dzieciom i wnukom prawdziwej historii, a nie tylko tej, która trafi do podręczników. Bo z podręczników kolejne pokolenia nauczą się przede wszystkim narracji, tej wygodnej, uproszczonej, ułożonej pod aktualne potrzeby, a nie prawdy w całej jej niewygodnej złożoności.
Rezygnacja z rozmowy o polityce nie jest neutralna. Nie jest też oznaką dobrego wychowania czy troski o miły wieczór; bywa formą wygodnego znieczulenia, które sprawia, że łatwiej nami zarządzać, bo sami zrzekamy się narzędzia, jakim jest publiczna wymiana zdań. Dziś ci, którzy walczą o prawdę, są jak kpt. Władysław Raginis w polskich Termopilach pod Wizną. Nie bójmy się o nich mówić, oni przecież walczą, a może są nawet jednym z ostatnich punktów oporu w walce o prawdę i ojczyznę. Jeśli rzeczywiście wierzymy, że wiek i doświadczenie czynią nas mądrzejszymi, to najlepszym dowodem tej mądrości nie będzie unikanie trudnych tematów, lecz umiejętność rozmawiania o nich z argumentami, z szacunkiem dla odmiennego zdania, ale bez uciekania się do bezpiecznych tematów zastępczych. Ojczyzna, w najprostszym rozumieniu tego słowa, to po prostu wspólna sprawa. A o wspólnych sprawach trzeba móc rozmawiać nawet, a może zwłaszcza, przy kawie.
Ula

































































