Emocje trochę opadły, ale trudno o tym zapomnieć.
Pierwsza Harcerska Akcja Letnia na Kaszubach odbyła się w 1954 roku. Od tamtej pory sobotnie ogniska stały się piękną tradycją. Był to czas, kiedy harcerze i ich rodzice mogli być razem. Rodzice z dumą patrzyli na swoje szczęśliwe dzieci śpiewające po polsku harcerskie pieśni, a dziadkowie przyjeżdżający z Polski ze wzruszeniem słuchali polskiej mowy i śpiewu na kanadyjskiej ziemi.
To było coś więcej niż zwykłe ognisko. To była żywa lekcja historii, tradycji i polskości. Budowanie więzi między pokoleniami, poczucia wspólnoty i przynależności.
Przez ponad siedemdziesiąt lat ta tradycja nikomu nie przeszkadzała. Dlatego trudno nie zadać dziś pytania: komu to przeszkadzało? Czy było to działanie przemyślane, czy zwyczajnie zabrakło wyobraźni?
Nagle ktoś uznał, że harcerstwo nie jest dla wszystkich. A może należałoby zadać inne pytanie – czy pełnienie funkcji jest dla wszystkich? Bo odpowiedzialność za wspólnotę wymaga nie tylko przestrzegania zasad, ale także rozsądku, empatii i umiejętności przewidywania skutków swoich decyzji.
Dawno już nie udało się nikomu tak bardzo nas podzielić. Komuś zabrakło wyobraźni, wrażliwości, wyczucia i zwykłej ludzkiej empatii.
Czytałem komentarze w mediach społecznościowych. Ktoś napisał, że ognisko nie jest widowiskiem, lecz obrzędem harcerskim. Idąc tym tokiem rozumowania, należałoby uznać, że przez ponad siedemdziesiąt lat nie organizowano ognisk, tylko widowiska. Trudno się z tym zgodzić.
To były prawdziwe harcerskie ogniska – pełne wartości, tradycji i wzajemnego szacunku. Jednocześnie były chwilą, którą rodzice mogli przeżywać razem ze swoimi dziećmi. To właśnie takie wspomnienia pozostają w sercu na całe życie.
Przed podjęciem każdej decyzji warto zadać sobie kilka prostych pytań: czy będzie ona służyć wspólnocie, jak zostanie odebrana i czy nie zburzy czegoś, co budowano przez pokolenia. Mam wrażenie, że tym razem właśnie tego zabrakło.
To była zła decyzja i trudno ją obronić argumentami, że było zbyt dużo ludzi albo że mieszkańcy skarżyli się na utrudnienia w ruchu. To wydarzenie odbywa się raz w roku i trwa zaledwie kilka godzin. Od dziesięcioleci uczestnicy korzystają z lokalnych sklepów, restauracji i usług, wspierając miejscową społeczność, a przez lata wielokrotnie słyszeliśmy słowa wdzięczności za tę obecność.
Jak mówi znane powiedzenie – kto chce znaleźć rozwiązanie, ten je znajdzie. Kto nie chce, znajdzie powód.
Tego, co się wydarzyło, nie da się już cofnąć. Można jednak wyciągnąć z tego wnioski, aby podobne sytuacje nigdy więcej nie prowadziły do niepotrzebnych podziałów.
My, Polacy mieszkający na emigracji, szczególnie potrzebujemy jedności. Jesteśmy daleko od ojczyzny, dlatego wspólnota ma dla nas wyjątkowe znaczenie. To dzięki niej nasze dzieci uczą się języka, poznają historię, nawiązują przyjaźnie i czują dumę ze swoich korzeni. Takich więzi nie wolno osłabiać.
Każdy podział pozostawia ślad. Łatwo jest zburzyć zaufanie, znacznie trudniej odbudować je później. Dlatego warto pamiętać, że pełnione funkcje są tylko na pewien czas, natomiast wspólnota pozostaje na pokolenia. Decyzje powinny ludzi łączyć, a nie stawiać ich po przeciwnych stronach.
Nie budujmy murów tam, gdzie przez ponad siedemdziesiąt lat budowano mosty. Szanujmy tradycję, słuchajmy siebie nawzajem i pamiętajmy, że nawet jeśli różnimy się w poglądach, wszyscy jesteśmy częścią jednej polskiej społeczności.
Bo wspólnota nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo. Wspólnota polega na tym, że mimo różnic potrafimy usiąść przy jednym ognisku, zaśpiewać tę samą pieśń i pamiętać, że to, co nas łączy, jest znacznie ważniejsze od tego, co nas dzieli.

































































