Alex Neumann, 50 l., z Prince George, B.C., został zaatakowany przez niedźwiedzicę grizzly broniącą trzech młodych, i wyszedł z tego cało. Atak miał miejsce w maju, ale mężczyzna mówi, że do tej pory ma koszmary. Boi się cieni na drzewach.

Neumann dorastał w północnej Kolumbii Brytyjskiej i zawsze żył blisko natury. Polował, łowił ryby, jako nastolatek mieszkał w chacie traperskiej. Niedźwiedzie widział wiele razy i darzy je szacunkiem. „To ich dom i to ja tu jestem gościem”, mówi dodając, że nigdy nie miał problemów ze zwierzętami.

W połowie maja Neumann jechał do pracy około 70 km na północ od Prince George. Było dość wcześnie, więc zatrzymał się na przechadzkę do swojego ulubionego miejsca nad Willow River. Szedł zarośniętym szlakiem w stronę grzbietu wznoszącego się nad rzeką. Wiał wiatr, a woda szumiała. Dlatego nie usłyszał niedźwiedzicy i jej trzech młodych. Nawet nie miał czasu, żeby się odwrócić. Niedźwiedzica złapała go za ramię i podniosła.


„Oddech zwierzęcia miał zapach gnijących zdechłych łososi leżących na brzegu rzeki”, wspomina Neumann. Mężczyzna myślał, że właśnie staje się świadkiem swojej śmierci.

Niedźwiedzica potrząsnęła nim dwa razy, po czym rzuciła go do lasu. Wtedy zainteresowały się nim młode. Za każdym razem, gdy młode podchodziły, agresja samicy wzmagała się. Kładła uszy po sobie, zgrzytała zębami i sapała.

Neumann zaczął panikować, ale w pewnym momencie pomyślał, że jeśli szybko czegoś nie zrobi, to zginie. Powoli zaczął wstawać, mówił uspokajająco do niedźwiedzicy i kierował się w stronę szlaku. Samica podążała za nim przez całą drogę do samochodu. „To było najgorsze. Wiedziałem, że jeśli się potknę, ona wskoczy na mnie, a wtedy to już koniec”.

W końcu jakoś wszedł do samochodu, ale ręce mu się trzęsły, tak że nie mógł trafić kluczykiem do stacyjki. Niedźwiedzica siedziała obok samochodu. W końcu udało mu się ruszyć i odjechać. Nie chciał zgłaszać wypadku do służb ochrony przyrody, akurat był dzień matki i żal mu się zrobiło zwierząt. Młode mogłyby zostać bez matki. Pojechał do szpitala w Prince George. Okazało się, że nie miał złamań. Nie potrzeba było zakładać szwów. Rany były przede wszystkim kłute. Dostał antybiotyk i odesłano go do domu.

Neumann stwierdza, że po prostu znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Dodaje, że nie chce, by ludzie zaczęli bać się wchodzenia do lasu i kontaktu z naturą, która jest przecież tak piękna.