Patrzyła, a w jej wzroku czaił się lęk, ufność i niepewność. Wierzyła mu, ale mimo starań, coś się jednak zmieniło. Coś nieuchwytnego legło pomiędzy nimi – jakby cień albo delikatny muślin, którego niby nie czuć, ale ma się świadomość, że jest.

-Wierzysz mi, że tego nie zrobiłem – pytał. -Wierzę.

Bo przecież wierzyła i wierzyć chciała, ale oboje czuli, że umorusany świnskimi pomyjami duch starego Matei unosił się nad ich zachwianym szczęściem.

Ale życie ma swoje prawa i zbyt długo nie da się ich ignorować. Powoli, bardzo powoli zaczynali otrząsać się po tragedii, która na wszystkich wywarła swoje piętno.

Jeśli w ogóle można mówić o jakichkolwiek jaśniejszych stronach to może tylko o tym, że wraz ze śmiercią starego okrutnika i swojego ciemiężcy, mama Grażyny jakby odżyła.

Sąsiadki zaczęły przychodzić na pogaduszki, trochę wychodziła na pobliski bazarek, trochę do parku, a czasem nawet do kościoła – co za życia męża – było raczej nie do pomyślenia.

Odpoczywała. Nie była jeszcze stara, ale wieloletnie życie z półdiabłem wyssało z niej siły, energię i jakąkolwiek radość życia, ale jak się okazało wszystko to miało powrócić…

Nareszcie miała spokój. Nie oczekiwała już z drżeniem serca na jego powrót, nie trzęsła się ze strachu gdy słyszała zbliżające się późną nocą kroki, nie musiała uciekać do kuchni czy łazienki szukając w tych mizernych zabezpieczeniach schronienia przed furią pijaka.

I jeszcze to prasowanie koszul, munduru, czyszczenie na glanc butów… wszystko to w dławiącym strachu, że mąż zobaczy jakiś błąd, jakąś niezaprasowaną fałdkę, jakiś obluzowany guzik, bo wtedy zaczynało się piekło, z którego wychodziła z siniakami na plecach, rękach a czasem nawet na twarzy.

Teraz – gdy w spokoju mogła przeżyć cały dzień – w głębi serca błogosławiła śmierć męża. Czuła, że ta śmierć miała coś wspólnego ze śmiercią jej maleńkiej wnuczki, ale bała się nawet o tym myśleć…

W tym czasie – późnym latem 1975 – przyjechał do Warszawy wujek ze Szwecji. Niby na wakacje, ale raczej żeby przyjrzeć się jak sobie rodzina radzi.

Na powitalną kolację u matki Antka zaproszono też Matejową. Przyszła cichutko, nawet przyniosła jakieś ciastka, zaraz poszła do kuchni i starała się pomóc pani Sobótkowej, ale ta nawet słyszeć nie chciała o pomocy:

-Siadaj Lusia przy stole – zaraz będzie rosół… Jesteś u mnie! Sama wiesz jak to jest – gdzie kucharek sześć…

Więc Matejowa usiadła trochę z boku na kanapce i starała się być prawie niewidoczna, ale wujek zaraz się przysiadł, zagadnął a nawet namówił na kieliszeczek wiśniówki. Matejowa dostała lekkich rumieńców, usiadła trochę wygodniej i nawet nieśmiały uśmiech zawitał na jej zniszczonej, ale wciąż jeszcze dość ładnej twarzy.

Po rosole była sztuka mięs w sosie chrzanowym i z jarzynami, potem jeszcze – jakby ktoś był głodny – bigos no i wódeczność, ale akurat z tym było raczej skromnie. Antek w ogóle nie pił, o Grażynie to i nawet mówić nie było co, wujek przypijał delikatnie do Matejowej i właściwie pili tylko bracia Antka no i Sobótkowa.

Było miło i rodzinnie i nikt nie wspominał przeszłości. W miarę upływu wieczoru, rozmowa stawał się trochę swobodniejsza, wujek opowiadał o Szwecji, pytał o życie w Polsce, interesował się tym i tamtym i widać było, że cieszy się rodzinną atmosferą. Pani Matejowa troszkę rozluźniła i jakoś miękko patrzyła na opowiadającego. Wujkowi też raz czy drugi błysnęło oko i już Sobótkowa nachyliła się nieco nad Matejową i szepnęła:

-Wiesz Lusia – to dobry człowiek…

Od tego momentu coś się w tych dwóch rodzinach przełamało i zamknęło horror minionych miesięcy!

„Pozwólmy przeszłości być przeszłością!”.

W rok po tym spotkaniu wdowa po sierżancie Matei – pani Lusia primo voto Matejowa – poślubiła antkowego wujka Karola Sobótkę i została secundo voto Sobótkową. Zaraz też nastąpiły przygotowania do wyjazdu.

W Lulea w Szwecji czekał na nowożeńców piękny dom z ogrodem, w którym mama Grażyny miała zacząć nowe życie – dalekie od piekła, które przeszła z pierwszym mężem. Dla wujka natomiast kończyła się samotność, nocne majaki z czasów wojny i puste wieczory.



Ale to wszystko odbyło się w 1976, a tymczasem cały czas był 75-ty wraz ze wszystkimi nowościami, które nastąpiły po moich testach na specjalny program kształcący tzw. organizatorów-naukowców przygotowywanych do pracy w resorcie maszynowym.

Myślę, że Peter Nikulin byłby ze mnie dumny, bo przekonanie o tym, że zdam i zostanę przyjęty nie opuszczało mnie ani na chwilę. Jak już wspominałem bardziej się martwiłem tym jak odejdę z mojej dotychczasowej firmy. Tego się bałem, bo mój kadrowy był nieprzewidywalny i mógł być niebezpieczny.

Mogło być tak, że moje odejście mogło być uzależnione od wykonania jakichś prac, zamknięcia jakiegoś ciężkiego kontraktu czy czegoś w tym rodzaju.

Rozmowa z szefem była formalnością, bo prawdziwe negocjacje mojego odejścia odbyły się właśnie w gabinecie kadrowca.

-Kto? W jakiej sprawie?

-Baraniecki…chciałem rozwiązać umowę o pracę… Tu jest moje podanie. Wyciągnął rękę bez patrzenia na mnie.

-O co chodzi?

-Chciałbym robić doktorat.

-Pytałem o co chodzi, a nie co chcecie robić…

-O nic nie chodzi, po prostu chcę rozwiązać umowę o pracę bo mam na widoku możliwość robienia dokto…..

-Jak o nic nie chodzi – przerwał mi bezceremonialnie – to wracajcie do pracy i nie zawracajcie mi głowy!

Tak było! Ta historia może w pewnym sensie rzucić jakieś światło na panujące wtedy zwyczaje. Dialog jest prawdziwy i pamiętam go do dziś.

Wyszedłem pobity, ale nie pokonany. Na drugi dzień zapisałem się na „audiencję” do naczelnego. Rozmowa byla uprzejma, nawet padła propozycja kawy, ale na tym się skończyło.

-Był pan w kadrach?

-Tak, byłem panie dyrektorze, ale zostałem załatwiony odmownie – prawdę mówiąc nie rozumiem dlaczego.

-Muszę panu powiedzieć kolego Baraniecki, że ja też niechętnie bym widział pańskie odejście! Niechętnie! Co się dzieje? Za mało zarabiacie? Przestańcie się o to martwić.

Podniósł słuchawkę:

-Pani Basiu – kadry proszę – Romek? Wpadnij do mnie. Mam tu kolegę Baranieckiego…

Taaak? Dobra, na razie, cześć!

I już wtedy, słuchając tej krótkiej wymiany zdań, zrozumiałem, że jestem w głębokim kłopocie.

-Kolego Baraniecki – niechżeż się pan nad tym wszystkim zastanowi. Wie pan jak to jest – co nagle to po diable! My się tu też zastanowimy i coś się zaradzi. Pan zdaje się chciał jechać na te targi do Hannoveru, czy tak? Nie ma sprawy! Włączę pana do naszej delegacji…

-Ale panie dyrektorze…

-Dobrze już dobrze, nie ma o czym mówić, wracajcie do pracy, bo sam pan wie – socjalistyczna ojczyzna czeka – cha, cha, cha!

Miałem wrażenie, że doszedłem do ściany. Czułem się jak wilk w potrzasku. Jak niewolnik, który nie może ugryźć swoich kajdanów.

Znowu wyszedłem pobity, ale nie pokonany.Wiedziałem, że nie mogę się poddać. Ostatecznie trening u Petera Nikulina czegoś mnie nauczył!

Byłem pobity i to dotkliwie, więc siłą rzeczy zacząłem się zastanawiać czy gra jest warta świeczki. Fakt, że moja firma nie chciała mnie puścić nie był żadnym powodem do samozadowolenia, że niby taki jestem dobry. Akurat na to, to ja już byłem za „stary wróbel !!!”. Po prostu firma miała swój interes, a moja osoba liczyła się tylko o tyle o i ile jej interes był zabezpieczony. Chodziło o pozamykanie paru kontraktów. Co do tego nie miałem żadnych złudzeń. Po wykonaniu przeze mnie tej roboty nie sądzę żeby kadrowy czy dyrektor choćby przez moment wahali się przed kopnięciem mnie w cztery litery.



Zacząłem się też zastanawiać czy mimo wszystko zamierzony doktorat nie występuję przeciwko moim życiowym planom. Od czasu wakacyjnej rozmowy z panem Steckim i uświadomieniu sobie czego naprawdę chcę, nigdy o tym nie zapomniałem. Tłumaczyłem sobie jednak, że – kto wie – może taki ekstra dyplom będzie mi mógł nawet pomóc.

Ostatecznie dlaczego nie? Zrobię i będę go miał. Przecież nie zaszkodzi!

W tym stanie rzeczy poszedłem do Ministerstwa Przemysłu Maszynowego i wyłożyłem sprawę. W ciągu paru tygodni dostałem przeniesienie. Musiałem jednak skończyć to co miałem na biurku a kadrowy ignorował mnie w sposób ostentacyjny.

Był rok 1976. Z całą pewnością ważny i brzemienny w skutki, bo stanowił przełom w kraju i co ważniejsze w mentalności wielu ludzi. Zapowiedź monstrualnych podwyżek cen, mętne wypowiedzi partyjnych dostojników i wszystko to co później nastąpiło zapoczątkowało okres zmian, które w konsekwencji doprowadziły do Sierpnia 1980 roku.

Na razie jednak “orkiestra na Titanicu” ciągle jeszcze grała, chociaż widać już było, że “statek przechyla się coraz bardziej”.

Czerwiec był straszny – i to nie tylko politycznie, ale także, a może przede wszystkim – w moim osobistym odczuciu. Nie czas i nie pora po temu żeby to rozwijać, ale wielu z nas zrozumiało wreszcie przeraźliwie jasno, że ta ekipa nie jest różna od dawnych i że system jest po prostu niemożliwy do reformowania.

Nie można było być “trochę w ciąży”. To jednak, do władz nie docierało. Cały czas używano starej retoryki, która żadną miarą nie odzwierciedlała rzeczywistości.

“Problem struktury niektórych cen artykułów żywnościowych wymaga dalszej, pogłębionej analizy…” To był ten język! W tłumaczeniu na “nasze” znaczyło mniej więcej tyle, że będą podwyżki.

W międzyczasie mój doktorat ciągnął się jak krew z nosa i coraz bardziej przekonywałem się, że to nie dla mnie. Co jednak rzeczywiście było dobre to swoboda uczenia się. Ten okres dał mi ogromnie dużo, ale bez jakiejkolwiek korzyści dla przygotowywanej przeze mnie rozprawy. Wreszcie, bez pośpiechu i bez przedegzaminacyjnego strachu mogłem spokojnie studiować to co chciałem i naprawdę lubiłem. Miałem wolną rękę. To było dobre i warte wszystkich testów i walk. Z moim promotorem widywałem się od czasu do czasu na tak zwanej kawie, ale to były raczej towarzyskie, bardzo sympatyczne spotkania, które niewiele ode mnie wymagały. Dystyngowany profesor starej daty zostawiał mi całkowitą swobodę słusznie wychodząc z założenia, że doktorant to nie magistrant i nie musi i nie powinien być niańczony i prowadzony za rączkę.

-Jak pan będzie gotowy to proszę mi przynieść wyniki badań i wstępną analizę to sobie porozmawiamy… Tak to mniej więcej wyglądało. Już wtedy – w połowie 76-go – widziałem, że cała sprawa stoi na straconej pozycji.

W międzyczasie zostałem jednak wysłany na miesięczny kurs na Węgry, gdzie szaleństwom podlewanym obficie Egri-Bikaverem i Tokajem nie było końca! Wróciłem do kraju skacowany, zmordowany, ale z pewnym planem, który kiełkował w mojej głowie od czasu od kiedy Antek otworzył swój transportowy interes.

Otóż miałem w tamtym czasie kolegę, który po matce odziedziczył wytwórnię pocztówek dźwiękowych. Nazywał się Czarek F., a jego mama – w początkach lat sześćdziesiątych była “pocztówkową królową rock and rolla”. W tym czasie – to jest mniej więcej od 1960-go do prawie 65-go – na polskim rynku pocztówek dźwiękowych nie było w zasadzie żadnej konkurencji. Mama Czarka – Stenia F. kopiowała najlepsze rzeczy z Radia Luxemburg, umieszczała jeden, a potem dwa, a nawet trzy utwory na laminowanej pocztówce i jechała w Polskę! To była podówczas prawdziwa żyła złota!