Nie wiadomo kiedy to zleciało. Mówi się, że zleciało jak z bicza trzasnął (albo strzelił). A także:  rach-ciach, w okamgnieniu, błyskawicznie, piorunem, z szybkością błyskawicy, w try miga, rachu-ciachu i różne inne. Szybko, szybko, ani się nie obejrzysz.

Przed moim oknem od ulicy rośnie czerwony dąb. Nie powinien, ale rośnie, już od 20-tu lat. Już zaczyna robić się potężny – jak to dęby czerwone. Rośnie, bo mieszkam niedaleko mikroklimatu sawannny dębowej w High Parku. Dębina w High Parku jest unikalna, bo już też tam nie powinna rosnąć w naszej sferze wegetacyjnej. A rośnie, i ostatnimi laty jako unikalna, jest pieczołowicie pielęgnowana. Coroczne kontrolowane wypalania trawy mają na celu stymulację kiełkowania i porostu nowych dąbczaków. Ja tam trawy nie wypalam, ale dąb mam. Przyjął się jako jedyny z kilkuset sadzonek rozdawanych na jakimś ‘fundraiser dinner’.

Przez pierwsze kilka lat był pieczołowicie ochraniany. Kiedyś nawet moje dzieci zapatuliły go w niebieski, modny wtedy, szaliczek taty. Tata potem ten szaliczek na próżno próbował znaleźć w domu, o co oczywiście oskarżył mnie i moje nieporządki. Jak się w końcu ten szaliczek na wiosnę znalazł, taki wielokrotnie wymoczony, zmrożony i ośnieżony, to już za bardzo nie nadawał się do okręcania męskiej szyi.

A ja po latach pomyślałam, że gdybym wiedziała wtedy, to bym tym szaliczkiem kogo trzeba poddusiła. Po latach okazało się, że był to prezent od kochanki mojego ślubnego – dlatego go tak zawzięcie szukał? Ale teraz zostały tylko wspomnienia i po szaliczku (dobre), i po mężu (mieszane), i po garkotłuku kochance.

A przepraszam, akurat ja mam prawo nazywać tę panią bardzo niepoprawnie politycznie garkotłukiem, a jak wam się nie podoba, to mogę ją nazwać właściwym do tego epitetem. Ale ona też jest już wspomnieniem. Wspomnieniem głupoty mojego eksia.

Wracając do dnia dzisiejszego, bez garkotłuków i kłamliwych nicponi, jeszcze wczoraj mój dąb migotał zdrowo zieloną masą liści.  Trochę się zżymałam, bo dużo żołędzi jest w tym roku, a wiadomo, one nie zgrabione niszczą trawnik. Grabiłam je, bo cała rodzina wiewiórek buszujących wśród nich i z rana i z wieczora nie jest w stanie tych niezliczonych żołędzi wyzbierać. Potem nastał dzień pochmurny i deszczowy. A potem z rana zobaczyłam, że za oknem jest żółto i oliwkowo. Dosłownie w ciągu jednej nocy dąb się postarzał. Tak jak my po dotkliwych przejściach. A potem to już poszło równo, oliwkowo, czerwono – i ani oka nie zmruży i już będzie brązowo, a potem liście opadną. Będę miała mnóstwo roboty z grabieniem, bo grube skórzaste warstwy liści dębowych wyrządzają szkody w trawniku.  A potem, co wam będę mówić? Już bez liści, przez następne pół roku.

Pozytywna strona jest taka, że nie będzie robót drogowych, bo zapewne wiecie jakie pory roku roku są u nas w Toronto? Zima i roboty drogowe. A póki co raduje się ciało moje, że zgina grabiąc liście, a nie odśnieżając śnieg.  A na ten śnieg, to wymyślę sobie jakąś radę, i się z wami podzielę. Nie może przecież tak być, aby półroczna zima przysypała nas do cna i wprowadziła w okres hibernacji.