Jeden facet mieszkający w apartamentowcu stał na balkonie i gadał przez telefon. I taki był cały pochłonięty tą rozmową, że wypluł sobie protezę szczękową. Górną. Aj, aj! To kilka tysięcy. Popatrzał w dól – nikogo nie było, więc zawołał żonę do pomocy, aby pilnowała z balkonu, żeby nikt z dołu nie podebrał. A sam popędził na dół, aby swoją protezę znaleźć. Szukał i szukał. Najpierw wzrokiem, potem kopał butem grudy, potem gołymi rękami trawę i brud przeczesywał. I nic. Nie było. Żona z góry potwierdziła, że nikogo nie było jak schodził na dół, więc nikt nie zabrał. Ki chort? Ale proteza to nie toonie (moneta dwu dolarowa) i szukać i znaleźć trzeba. I to nie igła, że wpadła gdzieś bez śladu. To też nie mini protezka z dwóch ząbków, ale cała górna szczęka. Te górne naturalną siłą grawitacyjną wypadają częściej. Bez protezy szczękowej żyć się nie da, bo to ani się pokazać ludziom, ani jeść. Markotny wrócił do mieszkania.

Jeszcze raz sprawdził cały balkon, jeszcze raz siebie obszukał, bo a nuż spadła za pazuchę, albo w luźne portki. Jeszcze raz popatrzył na dół. I jak tak patrzył, to zauważył ją! Leżała na balkonie poniżej. Zachwycony pobiegł co sił poniżej. Cały rozanielony zadzwonił. Raz, drugi. A tu cisza. Spróbował jeszcze raz – dalej nic. Zapukał. Usłyszał, że ktoś spogląda na niego przez wizjer (kiedyś w czasach, gdy nie było poprawności politycznej, mówiło się, że zajrzał przez judasza). Ale nikt nie otworzył. Zastukał znowu. Powiedział po co przyszedł. Powtórzył jeszcze raz, że po szczękę górą prosząc o otwarcie i wpuszczenie go na balkon. A tu dalej nic. Trochę się zdenerwował, zastukał mocniej. A tu dalej nic. Doszedł do wniosku, że może to samo dziecko tam jest zostawione z nakazem nie otwierania nikomu.

Zdeterminowany odzyskać szczękę siadł  na schodach i postanowił czekać, aż do skutku. Siedział tak dobrą godzinę, gdy zjawiła się policja. Miała sprawę do niego. Ktoś doniósł, że natrętnie nagabuje sąsiadkę, w celu molestowania seksualnego szczęką na balkonie. A jest tak natarczywy, że administracja domu wolała nie załatwiać tego osobiście, tylko wezwała policję do tego trudnego przypadku.

Trudno mu było wytłumaczyć, że przyszedł po swoją szczękę! Policjanci i administrator domu, który się zjawił, jak uznał to za bezpieczne, myśleli, że mają do czynienia ze stukniętym. Już debatowali, czy nie wezwać sanitariuszy z psychiatryka, gdy zjawiła się żona biednego delikwenta, i wszystko szczegółowo wyjaśniła. Zasugerowała również mądrze, że najlepiej, żeby to ona z policjantem i administratorem domu, w asyście właścicielki mieszkania udali się na rzekomy balkon, i podnieśli górną protezę szczękową, która tam w rogu leży od ponad godziny. Jak uradzili taki i zrobili.

Policja spisała raport z przypadku. Jak odchodzili, to im się trzęsły plecy, bo nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Ja też jak mi to to z bardzo poważną miną opowiadał ten facet. O mały włos nie wyplułam mojej własnej protezy górnej.