Nie, to nie chodzi o łagodzący duszę szum lasu. To chodzi o, zdawałoby się gęstniejący z każdym dniem, szum słów bezwzględnie mnie zalewających. Moja rzeczywistość to nie tylko głosy rozmów, to nie tylko niekończące się telefony, ale to przede wszystkim nieustająca lawina wirtualnych informacji, wlewanych we mnie wszystkimi możliwymi sposobami. Nie jestem w stanie tego wszystkiego przetworzyć. To istna nawałnica. Jestem tym zmęczona. Czuję się jak zwierzę w potrzasku. Co nie otworzę komputera to ktoś mi chce albo coś sprzedać, albo do czegoś przekonać, albo zastraszyć. Ilekroć otworzę moją komórkę, to ktoś już czyha na mnie, jak na zwierzynę łowną. Nie mogę od tego uciec! Kiedy zrozumiałam, że ten szum ma na celu jedno, zniewolenie mnie, zaczęłam szukać metod obrony. A więc przede wszystkim wyłączyłam wszystkie przekazy, które jeszcze miały taką opcję jak ‘wypisz się’ (unsubscribe). Część kontaktów zablokowałam, wiele innych po prostu ignoruję. Ale to niewiele daje. Po jakimś czasie wszystko wraca z wiadomym tylko sobie natręctwem bezdusznego algorytmu. Czytanie wiadomości coraz bardziej przypomina labirynt z koniecznością omijania, przeskakiwania i ignorowania. Te mentalne zawijasy, żeby dotrzeć do celu, czyli przeczytania tego co chcemy są coraz bardziej męczące, i niestety jest ich coraz więcej. Najłatwiej było z telewizją. Po prostu pozbyłam kabla, i skrzynki. Zrezygnowałam ze streamingowych sieci takich jak Netflix, czy Prime, czy TVP. Tylko. Co jakiś czas jest coś co chcę obejrzeć, i wtedy nie mam wyboru, tylko ponownie się zapisać – albo nie oglądać.
Do tego dochodzi język. Choć ten absurd pamiętam z PRL-u: komunistyczny bełkot o niczym, ubrany w długachne przemądrzałki. Tylko wtajemniczeni wiedzieli jak się tym językiem posługiwać. Inni? Nie rozumiejąc po prostu się wyłączali, No właśnie jak się wyłączyć?
Język też zaczyna być bardzo zagmatwany. Weźmy taki ostatnio przeczytany taki fragment:
„Niestety udało się rządzącym przekonać część wyższej klasy wojskowej i komentariatu eksperckiego w zakresie obronności, że to jest problem związany z obronnością i kwestiami wojskowymi. Nie, to nie jest problem wojskowy. SAFE ma przede wszystkim wymiar ustrojowy.’
Powyższe pochodzi z portalu w polityce.pl, z dnia 8 maja, 2026 i został wypowiedziany przez Tomasza Szatkowskiego, który był ambasadorem Polski do NATO w latach 2019-2024. Aj jaj! Ja nawet nie wiedziałam, że jest takie stanowisko jak ambasador do NATO. Pan Szatkowski jest świetnie wykształcony, więc chyba wie co mówi? A dla mnie, czytającej wskazówki profesora Miodka, Bralczyka i innych o poprawnej polszczyźnie, jakoś to się nie składa. No bo co to jest ten ‘komentariat ekspercki’? Jako socjolog mogę domyślać się co to jest ta wyższa klasa wojskowa, ale komentariat, i to na dodatek ekspercki? Czyli to nie tylko szum zalewających mnie informacji, ale i język powodujący moje poznawcze zakłócenia. Czytam i co? Mam się znów czuć niekompetentna?
Kiedyś, jeszcze w PRL-u nie rozumiałam bełkotu moich kolegów akademików, teraz mam się czuć zdołowana, bo znowu mnie wykluczają, bo nie rozumiem języka ich nowej religii? Nie dorastam, panie znów nie dorastam.
Już mam. Wiem co zrobię z ukróceniem szumu. Po pierwsze poproszę, osoby zalewające mnie swoimi złotymi linkami, żeby mnie wykluczyły ze swojej listy. Najczęściej jest to lista anonimowa, więc nie wiem kto jeszcze na niej jeszcze jest – co już samo w sobie jest niegrzeczne.
Po drugie nie będę takich maili otwierać.
Po trzecie: wypiszę się z sieciowego magla, gdzie każdy może sobie gadać co chce, i jeszcze wymagać, żebym te bzdety czytała, oceniała i komentowała. Po trzecie, komórkę wyłączam wtedy kiedy robię coś innego, np. czytam, piszę, robię rachunki.
Pamiętam jak moja babcia zbierała wycinki z gazet. No tak, to były gazety komunistyczne, ale żadnych innych wtedy nie było, bo komunizm polega między innymi na budowaniu całkowicie nowego człowieka używając nowych słów, nowych fraz nowych zdań, a przede wszystkim nowych idei o nowym znaczeniu. Moja matka wycinała co ciekawsze informacje, które potem przekazywała innym poprzez wkładanie ich do papierowych teczek. Były różne teczki: dla taty, dla dzieci, dla sąsiadki, do kolegi z pracy. Mówią, że wszystko wraca, tylko na innym poziomie. Może to i dobra myśl z tymi teczkami. Przynajmniej nikt nie będzie mnie śledził, bo oprócz kliknięć nożyczek, nie będzie śladu, a tym samym historii moich klików na komputerze. No właśnie. Tylko skąd ja wezmę te papierowe gazety na moim bezludziu, gdzie nie tylko diabeł mówi dobranoc, ale i papierowe lokalne gazety przestały być dostarczane do straszących pustką skrzynek.
Widać i tutaj wirtualny świat zawitał do coraz bardziej wyludniających się wymarłych wiosek (ghosttown). To już nie jest w środku niczego (in the middle of nowhere). Geograficznie tak, ale wirtualnie nie. Kilka kilometrów na wschód kupuję jajka od farmerki. Ostatnio dopisała na drzwiach, żeby stukać głośno, bo jak używa komputera to nie słyszy. No właśnie, co dla jednego za dużo, to drugiemu otwiera świat. Jednak w przypadku i jednego i drugiego, ten świat wszedł na inny poziom rozwoju. Trzymajcie się lin, bo jazda tylko przyspiesza – dla wszystkich.
Alicja Farmus,
Millbridge, 31 maja 2026.




































































