Był to rok Pań­ski 1954. Poli­tech­ni­ka Wro­cław­ska zosta­ła wyzna­czo­na przez kogoś tam w War­sza­wie albo w Moskwie na śro­dek kształ­ce­nia sape­rów. Fakt, że my z wydzia­łu Łącz­no­ści, z racji swe­go przy­szłe­go zawo­du, nada­wa­li­by­śmy się bar­dziej do łącz­no­ści niż do sape­rów, nie był bra­ny pod uwa­gę. Widocz­nie logi­ka nie była przy­wi­le­jem władz woj­sko­wych. Chcąc nie chcąc, jako stu­dent Poli­tech­ni­ki Wro­cław­skiej zosta­łem więc sape­rem. Po dru­gim roku stu­diów nasze „teo­re­tycz­ne” przy­go­to­wa­nie saper­skie wynie­sio­ne ze Stu­dium Woj­sko­we­go mię­li­śmy potwier­dzić na poli­go­nie jed­nost­ki saper­skiej, nad Wisłą, pod Wło­cław­kiem, gdzie nasza kom­pa­nia stu­denc­ka zosta­ła zakwa­te­ro­wa­na w cza­sie waka­cji. Jedze­nie skła­da­ło się z codzien­nej gro­chów­ki z wkład­ką sło­ni­ny, dla zapew­nie­nia nam odpo­wied­niej ilo­ści kalo­rii. Kalo­rie były nie­odzow­ne sape­ro­wi, jako że saper miał za zada­nie nosić nie­zwy­kle cięż­kie bel­ki sta­lo­we, część skła­do­wą czło­nów mostu pon­to­no­we­go. Bel­ki mode­lu M36 o wadze 220 kilo­gra­mów były zwy­kle skła­da­ne w odle­gło­ści oko­ło 30 metrów od brze­gu rze­ki i naszym zada­niem było gru­pa­mi po sied­miu, prze­nieść je truch­ci­kiem na skraj rze­ki, gdzie odby­wa­ło się skła­da­nie czło­nów mostu pon­to­no­we­go. Ja, któ­ry nigdy pra­cą fizycz­ną się nie para­łem, mia­łem szcze­gól­ne trud­no­ści z dotrzy­ma­niem tem­pa. Jed­no­cze­śnie potknię­cie któ­re­goś a nas sied­miu mogło się skoń­czyć upusz­cze­niem bel­ki i ampu­ta­cją stóp. Nasz kole­ga, Ryszard Pre­giel, współ- uczest­nik tego obo­zu dodał, że wedle regu­la­mi­nu win­no bel­kę M36 nieść czte­rech sape­rów. Albo mnie dzi­siaj pamięć zawo­dzi, albo pod­ofi­cer dowo­dzą­cy potrak­to­wał nas ulgo­wo i dopu­ścił wię­cej mizer­nych stu­den­tów do nosze­nia bel­ki. Zawia­du­ją­cy nami pod­ofi­cer narzu­cał szyb­kie tem­po ukoń­cze­nia czło­nu mosto­we­go. Począt­ko­wo było to 30 minut. Po skoń­cze­niu budo­wy czło­nu dosta­li­śmy pochwa­łę i pod­ofi­cer „zasu­ge­ro­wał” pobi­cie wła­sne­go wyni­ku. Sape­rzy, teraz zro­bi­my ten człon w 20 min, roz­ka­zał. Roz­le­gły się sła­be pro­te­sty, że jeste­śmy zmę­cze­ni. Więk­szość jed­nak pod­ję­ła wezwa­nie. Po uda­nej budo­wie czło­nu w 20 min, pod­ofi­cer obie­cał, że jeśli pobi­je­my wła­sny rekord i skoń­czy­my człon w 17 minut to będzie­my mie­li resz­tę dnia na odpo­czy­nek, czy­li bycze­nie się w trawie.

Wte­dy zorien­to­wa­łem się, że kole­dzy dają się nabi­jać w butel­kę. Po osią­gnię­ciu następ­ne­go rekor­du budow­la­ne­go, będą następ­ne, coraz bar­dziej wygó­ro­wa­ne żąda­nia skró­ce­nia cza­su budowy.

Zaczą­łem wiec po cichut­ku agi­to­wać kole­gów, aby się nie spie­szy­li, gdyż wol­ne­go cza­su nigdy i tak nie będzie­my mie­li. Mia­łem zresz­tą rację.

Reklama

Kie­dy wie­czo­rem wró­ci­li­śmy do koszar, a wła­ści­wie namio­tów, zosta­łem wezwa­ny do ofi­ce­ra poli­tycz­ne­go puł­ku, któ­ry odbył ze mną pamięt­ną rozmowę.

Ofi­cer jak sobie przy­po­mi­nam, był uro­dzi­wym czło­wie­kiem z czu­pry­ną podob­ną do mojej i nie wyglą­dał na proletariusza.

No cóż, z jakiej wy jeste­ście rodzi­ny Cze­ka­jew­ski?, zaczął porucz­nik PO ( Poli­tycz­no ‑Oświa­to­wy).

Ja: Ojciec jest tech­ni­kiem od tele­fo­nów a mat­ka księ­go­wą w Powia­to­wej Radzie.

No widzi­cie. Rodzi­ce pra­wie, że pro­le­ta­riat, a wy co? Wy jeste­ście impe­ria­li­stycz­ny, ame­ry­kań­ski pacho­łek. Obron­ność nasze­go kra­ju pod­wa­ża­cie agi­tu­jąc do sabo­to­wa­nia leni­stwem pol­skiej armii.

My po skoń­cze­niu ćwi­czeń napi­sze­my do wasze­go POP‑u (Pod­sta­wo­wej Orga­ni­za­cji Par­tyj­nej) i ZMP, że nie zasłu­gu­je­cie być stu­den­tem, na któ­re­go szko­le­nie łoży lud pra­cu­ją­cy miast i wsi.
Prze­ra­żo­ny bąk­nę­łam, że ja nie myśla­łem, że jestem pacho­łek i że ja bar­dzo kocham woj­sko pol­skie w wiecz­nej przy­jaź­ni z Armią Radziec­ką i za wszyst­ko przepraszam.

Odma­sze­ro­wać, zarzą­dził porucz­nik PO.

Po powro­cie do namio­tu strach mój się potę­go­wał, jako że zda­łem sobie spra­wę, że któ­ryś z kole­gów musiał na mnie donieść do ofi­ce­ra poli­tycz­ne­go. Nikt inny nie sły­szał tego co mówiłem.

Groź­ba listu do Par­tii i ZMP była real­na i mogło się skoń­czyć wyla­niem mnie ze studiów.

Posta­no­wi­łem pod­jąć środ­ki zarad­cze. Uda­łem się wiec do nasze­go kole­gi, prze­wod­ni­czą­ce­go ZMP, Edka Szo­piń­skie­go, i popro­si­łem o „audien­cję” w spra­wie mego błęd­ne­go zacho­wa­nia. Szo­piń­skie­go nie­któ­rzy kole­dzy nazy­wa­li „Paw­ka”, albo „Maja­kow­ski” chy­ba wedle jego mode­lu zacho­wa­nia się przy­po­mi­na­ją­ce­go radziec­kie­go boha­te­ra Kom­so­mo­łu, Paw­ki Kor­cza­gi­na. Paw­ka Kor­cza­gin został wydu­ma­ny przez sowiec­kie­go pisa­rza Miko­ła­ja Ostrow­skie­go w obo­wiąz­ko­wej lek­tu­rze, pod tytu­łem: „ Jak har­to­wa­ła się stal”, w któ­rej to książ­ce Paw­ka zgi­nął jako boha­ter, wal­cząc z Pola­ka­mi i Ukra­iń­ca­mi za słusz­ną spra­wę Komu­ni­zmu. Edek Szo­piń­ski swo­ją rolę „komu­ni­sty wal­czą­ce­go” brał bar­dzo na serio, co nie przy­spa­rza­ło mu przy­ja­ciół ani po stro­nie „opo­zy­cji kole­gów-Sybi­ra­ków”, ani po stro­nie moco­daw­ców. Nigdy nie zabły­snął talen­tem poli­tycz­nym pozwa­la­ją­cym zro­zu­mieć szyb­kie zmia­ny wia­trów i prą­dów sowiec­kie­go socja­li­zmu. Bied­ny Szo­piń­ski nie wie­dział wte­dy, że Sta­lin wymor­do­wał wszyst­kich podob­nych jemu komu­ni­stów, jako zagra­ża­ją­cych swym entu­zja­zmem wła­dzy sowieckiej.

Szo­piń­ski przy­jął mnie ze zro­zu­mie­niem i odby­li­śmy wte­dy dwu­go­dzin­ną „ser­decz­ną” roz­mo­wę na temat moich błę­dów ide­olo­gicz­nych, cho­dząc do znu­dze­nia wokół bież­ni boiska fut­bo­lo­we­go. Była to spo­wiedź błą­dzą­ce­go, naiw­ne­go socja­li­sty, odda­ją­ce­go swą przy­szłość w ręce świa­tłe­go, doj­rza­łe­go komu­ni­sty. Moje Mea Cul­pa Szo­piń­ski przy­jął ze zro­zu­mie­niem i udzie­lił mi rozgrzeszenia.



Kamień spadł mi z ser­ca, ale nie byłem pew­ny czy Wio­dą­ca Par­tia będzie prze­ko­na­na do nagłej dia­me­tral­nej zmia­ny mej poli­tycz­nej świa­do­mo­ści. Obok kło­po­tów natu­ry ide­olo­gicz­nej po dwu tygo­dniach mono­ton­nej die­ty gro­chów­ki ze sło­ni­ną, zaczął mi się robić czy­rak na dupie. Na szczę­ście tyl­ko na dupie. U więk­szo­ści kole­gów czy­ra­ki rop­ne poja­wi­ły się na ple­cach i koń­czy­nach. Powo­dem była awi­ta­mi­no­za, jako, że nam żad­nych jarzyn nie poda­wa­no. Okry­ci wrzo­da­mi sape­rzy leże­li w namio­cie sani­tar­nym w piża­mach prze­siąk­nię­tych ropą. Te wrzo­dy bar­dziej szko­dzi­ły war­to­ści obron­nej Woj­ska Pol­skie­go niż moja dywer­syj­na dzia­łal­ność. Nie wiem do dzi­siaj, czy lekarz puł­ko­wy zda­wał sobie spra­wę co było powo­dem tej epi­de­mii wrzodowej.

Po mie­sią­cu mor­dę­gi zwol­nio­no nas do domu, i kie­dy zaczą­łem jeść jabł­ka i suro­wą mar­chew mój czy­rak na się cof­nął. Dodat­ko­wo, jak zapo­dał ostat­nio kole­ga Zbi­gniew Mie­rze­jew­ski, w cza­sie nasze­go poby­tu we Wło­cław­ku, w roku 1954, Pol­ska doświad­czy­ła zaćmie­nia słoń­ca. Wedle nie­go, zarzą­dzo­no wte­dy zbiór­kę sape­rów na dwor­cu kole­jo­wym i usta­wio­no nas tyłem do słoń­ca, aby­śmy nie dosta­li pora­że­nia sło­necz­ne­go. Ten fakt, jak i cudow­ne wyco­fa­nie się mego czy­ra­ka nie­zbi­cie świad­czy, że jestem pod szcze­gól­ną opie­ką Isto­ty Wyż­szej albo przy­nam­niej jej dele­ga­ta, Anio­ła Stró­ża. Nie­ste­ty już od lat, mimo wie­lo­krot­nych ape­la­cji do dono­śnych władz, nie otrzy­ma­łem ofi­cjal­ne­go pisma o mej beaty­fi­ka­cji. Widocz­nie w sys­te­mie beaty­fi­ka­cyj­nym, pierw­szeń­stwo mają ci z „ple­ca­mi”. A mogli­by mi przy­naj­mniej dąć „bło­go­sła­wień­stwo”…, albo odszkodowanie.

Z począt­kiem roku aka­de­mic­kie­go cze­ka­łem ze stra­chem jak zare­agu­ją poli­tycz­ne wła­dze Poli­tech­ni­ki na przy­rze­czo­ny „wil­czy list” ofi­ce­ra poli­tycz­ne­go z Wło­cław­ka. Jed­nak, albo ofi­cer poli­tycz­ny nie wysłał żad­ne­go listu na Poli­tech­ni­kę ( co naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne), albo „Pawka”-Edek Szo­piń­ski dotrzy­mał sło­wa, gdyż nie mia­łem żad­nych przy­kro­ści z powo­du mej dywer­syj­nej dzia­łal­no­ści jako agent ame­ry­kań­skie­go impe­ria­li­zmu. Wkrót­ce zaczą­łem się nawet piąć po szcze­blach karie­ry „nauko­wej”, reko­men­do­wa­ny przez mego przy­ja­cie­la Karo­la Pel­ca, w Stu­denc­kim Towa­rzy­stwie Nauko­wym. Zosta­łem nawet Pre­ze­sem Stu­denc­kie­go Towa­rzy­stwa Nauko­we­go (STN) na wydzia­le Łącz­no­ści. Karol Pelc dzia­łał wte­dy na szcze­blu uczel­nia­nym i mnie popierał.

Jan Cze­ka­jew­ski

Colum­bus, Ohio, USA