To taka pora roku, właściwie jej początek, a nawet jeszcze nie całkiem. Jakiś taki przednówek zimy, bo przecież jeszcze do 22 grudnia mamy jesień. Jaka to jednak jesień skoro od dobrego miesiąca króluje zima? Zapalałam świeczki na grobach w Dzień Zaduszny, czyli 1-go listopada już zmagając się z zadymką śnieżną. I wcale mi to nie pomagało, że w tym czasie we Włoszech i w Grecji była powódź. Szczególnie dotknięta była Wenecja. A może tylko tak pokazywano, bo tak jakoś dobitniej to do nas dociera, kiedy pokazują kataklizmy znanych miejsc.  A Wenecja niewątpliwie do takich miejsc należy.

Dawno temu umawiałam się z jednym takim na Placu Świętego Marka na schodach. Ale to było zanim zabroniono na tych schodach turystom siadać. I to było zanim mogliśmy wyjeżdżać gdziekolwiek. Ale już wtedy Wenecja była miejscem marzeń do odwiedzenia. A Plac Świętego Marka był nam znany, nawet jeśli jedyną podróżą, na którą nam było wolno i było nas stać, była ta dookoła domu. Więc ten jeden poszedł w świat, a ja za nim, ale inną drogą i nigdy się w Wenecji nie spotkaliśmy. Widać było to nam nie pisane. Więc gdzieś tam jest za ciepło, a gdzie indziej za zimno. A u nas zdecydowanie za zimno. Bo i wiosna i lato 2019 było opóźnione. Maliny zbierałam dopiero po 15 lipca, i to na całe szczęście, bo dopiero wróciłam z Hiszpanii 14-go lipca.  A wiecie, jak to jest liczyć na dzieci. Pewnie by większość malin opadła. Normalnie maliny w moim ogrodzie wysypują się pod koniec czerwca.

A dzisiejszego ranka zbudziłam się później, bo było bardzo cichutko. Tak cichutko, że aż mnie to przestraszyło. Czy wojna jaka czy co, czy inny kataklizm jakiś? I dopiero wtedy przypomniałam sobie, że to grudzień przecież, i że pewnie tylko pada śnieg. Ale tak cichutko, bez zawiei, i zadymki. Bez świszczących porywów wiatru. Lubię to.

Taki mokry spadający dużymi płatkami śnieg otula w ciszy cały świat. Nawet odgłosy miasta są przytłumione. Szum samochodów przedziera się przez śniegową watę, i ledwo, ledwo przechodzi przez moje okna. Dlatego tak mi się dobrze spało. I tak długo. Nadzwyczajnie długo jak na mnie. Z takimi dobrymi genami jak moje, to lubię wstawać z kurami, jak dnieje. No chyba, że jest zima, i nic w polu do roboty, to można dłużej pospać. Ten cichutki śnieg przyniósł ze sobą też piękny śnieżny dzień. Szczególnie się to wszystko uwidoczniło, kiedy po południu wyjrzało słonko zza chmur. Taki bajeczny spacer zimową porą, w zimowym krajobrazie, zanim nastanie siarczysty mróz, to sama przyjemność. Należy z tego skorzystać.

Cóż, za kilka miesięcy, równie piękny zimowy dzień będzie się wydawał znojny i niekończącą się zimą. Ale to nastąpi dopiero za kilka miesięcy. Więc póki co, cieszmy się tym co mamy. Taki spacer w ośnieżonym parku, z przykrytymi świeżą puchową pierzynką alejkami i przyprószonymi drzewami jest bardzo malowniczy i podnoszący na duchu. Więc byle do wiosny!  Jeszcze tylko pięć miesięcy, bo jeden – listopad, już mamy za sobą.