Kiedy wybitny klasyk demokracji Józef Stalin ochłonął ze zgrozy po niemieckim uderzeniu w czerwcu 1941 roku, w radiowym przemówieniu zwrócił się do obywateli  inwokacją zapamiętaną z czasów pobytu w seminarium duchownym w Tyflisie: „Bracia i Siostry!” Ten zwrot pokazywał, że – jak to się mówi potocznie – zmiękła mu rura, chociaż naturalnie nie na długo.

Coś podobnego musiało przytrafić się francuskiemu prezydentowi Emmanuelowi Macronowi, bo w wykładzie wygłoszonym w ramach swojej wizyty w Polsce nie tylko nie szczędził nam komplementów w rodzaju, iż Polska nie jest odpowiedzialna za wywołanie II wojny światowej, no i zachęcał do „zaangażowania się w Europę”.

Trudno powiedzieć, co właściwie miał na myśli i w ogóle – jaki właściwie był cel jego wizyty w Polsce i co go do tego skłoniło. Konkrety wydają się tylko dwa – pragnienie nakłonienia Polski do wygaszenia elektrowni węglowych i zakupu we Francji elektrowni atomowych, no i skaptowania naszego nieszczęśliwego kraju do zaangażowania się w tworzenie europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO.

Elektrownie Polska być może kupi, bo jak się okazuje – o to właśnie chodzi w tej całej walce  z klimatem, w  ramach której młodociane wagarowiczki wodzą za nos największych europejskich dygnitarzy, a oni dają się za ten nos wodzić, bo liczą na korzyści ze sprzedaży krajom słabszym i głupszym nie tylko limitów na złowrogi dwutlenek węgla, ale i elektrowni atomowych – za czym właśnie lobbowali tak zwani „aktywiści” klimatyczni.

Czy za darmo, czy też Francja sypnęła złotem – tajemnica to wielka, ale nie wykluczam, że niektórzy mogli demonstrować za darmo, w przekonaniu,  że oto ratują planetę przed zagładą. Jeśli chodzi o europejskie siły zbrojne, to z tym może być trudniej, przynajmniej za rządów „dobrej zmiany”, która wszystko postawiła na Naszego Najważniejszego Sojusznika.

Tymczasem – jak to w rozmowie z prezydentem Trumpem wyjaśnił prezydent Macron – ta europejska armia miałaby bronić Europy między innymi przed… Stanami Zjednoczonymi. Myślę,  że ta szczerość, która zdumiała prezydenta Trumpa, stała się przyczyną paroksyzmów, trapiących słodką Francję już niemal od roku.

Co prawda w każdym państwie są powody do niezadowolenia, ale wcale nie musi się ono manifestować w formach tak gwałtownych, jak to ma miejsce we Francji, która chwilami sprawia wrażenie, jakby odbywała się tam powtórka z rewolucji francuskiej. Warto w związku z tym przypomnieć, co na temat tzw. sytuacji rewolucyjnej mówił Włodzimierz Lenin – że muszą być spełnione jednocześnie trzy warunki: muszą  być powody do masowego niezadowolenia, musi ono przybrać spektakularne formy i musi też być jakieś wpływowe państwo, któremu zależy na przewrocie, a przynajmniej – na politycznym zdestabilizowaniu swojej ofiary.

Nie jest tedy wykluczone, że we Francji mamy do czynienia z  sytuacją rewolucyjną nie tylko z powodu niezadowolenia – bo w jakim kraju nie ma niezadowolonych – ale również z powodu dyskretnej zachęty ze strony CIA, by to niezadowolenie przybierało takie właśnie rozmiary.

Ta sytuacja musi skłaniać prezydenta Macrona do prezentowania się jako przywódcy energicznego, ale nie sądzę, by to właśnie był główny powód do złożenia wizyty w Polsce. Myślę, że głównym powodem jest Brexit, który sprawił, że Francja znalazła się oko w oko z Niemcami, ale już bez żadnej przeciwwagi, którą Wielka Brytania jednak stanowiła.

W takiej sytuacji Francja tradycyjnie szukała ratunku w Rosji, poświęcając bez wahania Polskę na ołtarzu swoich interesów państwowych – ale teraz Rosja stoi na nieubłaganym gruncie strategicznego partnerstwa z Niemcami, czego zewnętrznym wyrazem była niedawna moskiewska wizyta Naszej Złotej Pani z Berlina.

Toteż prezydent Macron przyjechał do Warszawy gwoli rozeznania, czy Polska da się zaprząc do rydwanu polityki francuskiej, czy też pozostanie przy rydwanie Naszego Najważniejszego Sojusznika. Takim pendant do wizyty prezydenta Macrona w Warszawie jest wiersz Antoniego Słonimskiego: „Wiedziałem zawsze – piękne są drzewa w Fontainebleau, zwłaszcza pod wieczór, gdy złoto nieba biorą za tło. (…) Lecz nie wiedziałem, co najważniejsze – ach uczeń zły! Francuskie drzewa, choć najpiękniejsze, to drzewa z mgły. A nam potrzebny las, który śpiewa, szumiący bór. Konar prawdziwy twardego drzewa i mocny sznur.”

Ten mocny sznur może się przydać jeszcze z innego powodu. Oto prezydent Duda podpisał nowelizacje ustaw sądowych, które  w związku z tym wchodzą w życie.

Co prawda Sąd Najwyższy, któremu najwyraźniej musiały do głowy uderzyć gersdorfiny, postanowił to wszystko ignorować i nie podlegać już żadnym „ustawom”, tylko – jak poucza Miedzynarodówka” – „z własnego prawa brać nadania” – ale to oznacza tylko kolejny krok na drodze eskalacji konfliktu, dla którego walka o praworządność jest oczywiście tylko pretekstem, bo tak naprawdę chodzi o  odzyskanie przez Niemcy politycznego wpływu w naszym bantustanie. Jest to szczególnie aktualne zwłaszcza po Brexicie, kiedy Niemcy przystępują do porządkowania kontynentalnej części Europy.

Toteż w sytuacji, gdy ani rząd, ani Sąd Najwyższy cofnąć się już nie mogą bez blamażu, przesilenie może dokonać się w całkiem innych kategoriach, zastosowania „klauzuli solidarności” z traktatu lizbońskiego nie wykluczając.

 

Dodatkowego dramatyzmu, a właściwie wymiaru groteskowego dodaje męczeństwo pana sędziego Pawła Juszczyszyna, którego Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego „zawiesiła” i w dodatku zredukowała mu na czas zawieszenia pobory o 40 procent. Pan sędzia Juszczyszyn  wprawdzie buńczucznie twierdzi,  że „decyzja” Izby Dyscyplinarnej, która w ogóle „nie jest sądem”, nie ma znaczenia – ale o ile mi wiadomo, klucz do kasy, z której niezawisłym sędziom wypłacane są wynagrodzenia, ma jednak rząd. A już Machiavelli zauważył, że łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny, więc jeśli okres „zawieszenia” zacznie się przedłużać, to sytuacja pana sędziego Juszczyszyna może się skomplikować,  zwłaszcza gdyby miał jakieś kredyty bankowe do spłacania.

Z doświadczenia wiem, że pojawienie się komornika, który wszczyna egzekucję, nie jest wydarzeniem przyjemnym, zwłaszcza gdyby dodatkowo się okazało,  że solidarność w środowisku niezawisłych sędziów wcale nie jest taka duża, jak można by przypuszczać po różnych demonstracjach w obronie praworządności.

Wprawdzie pan sędzia Markiewicz ze stowarzyszenia „Iniuria”, to znaczy pardon – oczywiście ze stowarzyszenia „Iustitia” twierdzi, że zawieszenie sędziego Juszczyszyna jest dowodem, jak bardzo rząd się go boi, ale – co wypada przypomnieć zwłaszcza przy okazji wizyty prezydenta Macrona – rira bien, qui rira le dernier – co się wykłada, że ten się dobrze śmieje, kto śmieje się ostatni – no a tego, kto będzie śmiał się ostatni, jeszcze nie wiemy.

                                                              Stanisław Michalkiewicz