Wspo­mi­na dok­tor Zdzi­sław Kryń­ski (1)

Roz­po­czy­na­my dzi­siaj druk wspo­mnień dra Zdzi­sła­wa Kryń­skie­go zna­ne­go w Polo­nii kana­dyj­skiej, spo­łecz­ni­ka i leka­rza. Sta­no­wią one przy­czy­nek do jak­że boga­tej kolek­cji losów nas, emi­gran­tów pol­skich, roz­rzu­co­nych po całym świe­cie przez wyda­rze­nia w Ojczyźnie.

Od daw­na pla­no­wa­łem opi­sa­nie swo­ich dzie­jów; lat szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa, woj­nę w Pol­sce oraz prze­żyć na tej pół­ku­li od 1960  roku – a nie były to łatwe lata – cho­ciaż były speł­nie­niem moich marzeń.

A więc zaczy­nam: na wstę­pie przy­ka­za­nie – bądź przy­ja­zny ludziom, a oni będą przy­jaź­ni tobie.

Uro­dzi­łem się 9 czerw­ca 1922 r. w Sie­dl­cach, w pry­wat­nej lecz­ni­cy dok­to­ra Ste­fa­nof­fa. W księ­gach kościel­nych św. Sta­ni­sła­wa wpi­sa­no mi datę 16 czerw­ca. Moja mama stwier­dzi­ła, że to mój stryj, a ojciec chrzest­ny podał złą datę, ale już tak zosta­ło. Uro­dzi­łem się chy­ba „w czep­ku”, bo w dal­szym życiu mia­łem dużo szczę­ścia i wie­lo­krot­nie unik­ną­łem śmier­ci, tak z powo­du cho­rób, jak i wojny.

Zaraz po uro­dze­niu zna­la­złem się w małym mie­ście nie­da­le­ko War­sza­wy – Żele­cho­wie. Ojciec mój otrzy­mał nomi­na­cję na sędzie­go w tym mia­stecz­ku, gdzie miesz­ka­li­śmy do 1933 r. Były to naj­mil­sze lata moje­go życia. Mia­łem tam wie­lu przy­ja­ciół i przy­ja­ció­łek w moim wie­ku. Syno­wie i cór­ki pań­stwa Zwo­liń­skich – Apte­ka­rzy oraz Lena i Jurek Zakrzeń­scy, któ­rzy miesz­ka­li obok nas.

Dom stał w wiel­kim owo­co­wym ogro­dzie, miał małą sadzaw­kę, któ­ra peł­na kija­nek i małych rybek, była dla nas bar­dzo inte­re­su­ją­ca. Spę­dza­li­śmy tam dużo cza­su z Jur­kiem, któ­ry był star­szy ode mnie i znał lepiej wie­le inte­re­su­ją­cych rze­czy. W sto­dół­ce, któ­ra była jed­no­cze­śnie skła­dem węgla i drew­na zało­ży­łem gołęb­nik i tam rów­nież spę­dza­łem dużo czasu.

Od 6 roku życia zaczą­łem naukę. Aby nie cho­dzić z inny­mi dzieć­mi do szko­ły, gdzie cią­gle były jakieś epi­de­mie na przy­kład szkar­la­ty­na, dyfte­ryt i tym podob­ne – do domu przy­cho­dzi­ła nauczy­ciel­ka, a od III kla­sy uczył mnie nauczy­ciel – kie­row­nik szko­ły pan Szary.

W tym cza­sie otrzy­ma­łem od rodzi­ców rower na 2 kół­kach – angiel­ski i wraz z Leną – któ­ra otrzy­ma­ła dam­ski, hula­li­śmy po mia­stecz­ku – co w tym cza­sie było bar­dzo impo­nu­ją­ce dla innych dzieci.

W cią­gu lata zwy­kle mie­li­śmy gości z War­sza­wy i Sie­dlec: cio­cie – Sta­sia i Gie­nia Gra­bow­skie oraz Zdzi­sław i Tade­usz Lapin­scy. Ciot­ki Gra­bow­skie były spo­krew­nio­ne z wła­ści­cie­la­mi mająt­ku Żele­chów, a pałac ich był bli­sko nasze­go domu. W tym cza­sie przy­je­chał do nich kuzyn w moim wie­ku. Zosta­łem więc zapro­szo­ny i od tej pory prak­tycz­nie całe lato spę­dza­łem w pała­cu i par­ku – jeż­dżąc kon­no na kucy­kach i gania­jąc po całej posia­dło­ści. Jada­łem też u nich i bar­dzo mi się podo­ba­ło to, że do sto­łu poda­wał lokaj w bia­łych rękawiczkach.

Mama moja, Sta­ni­sła­wa, nie była bar­dzo poboż­na, ale cho­dzi­ła do kościo­ła na tak zwa­ną nie­dziel­ną sumę. Byli­śmy razem z mamą zapra­sza­ni do ław­ki kola­tor­skiej przy ołta­rzu. Cele­bro­wał mszę o tej godzi­nie zwy­kle Ksiądz Kano­nik Żebrow­ski – przy­ja­ciel rodzi­ców. W okre­sie Boże­go Cia­ła zaczą­łem słu­żyć do Mszy, a Lena sypa­ła kwia­ty w cza­sie pro­ce­sji. Życie pły­nę­ło spokojnie.

Ojciec mój – Wła­dy­sław – kupił samo­chód, for­da. Był to jedy­ny pry­wat­ny samo­chód w Żele­cho­wie. Zaczę­li­śmy zwie­dzać Pol­skę: San­do­mierz, Kazi­mierz, Lublin i tak dalej. W Lubli­nie po raz pierw­szy byłem w teatrze na „Zemście” Alek­san­dra Fredry.

Od wcze­sne­go dzie­ciń­stwa byłem bar­dzo roman­tycz­ny i kochli­wy. Pierw­szą moją miło­ścią (mia­łem wte­dy 6 lat) była sekre­tar­ka ojca – jasna blon­dyn­ka – pani Wan­da Truch­ciń­ska. Wodzi­łem za nią ocza­mi i cze­ka­łem w miej­scach, gdzie mógł­bym ją spotkać.

W mię­dzy­cza­sie wyda­rze­niem bar­dzo gło­śnym sta­ła się uciecz­ka z domu mego przy­ja­cie­la Jur­ka. Został on odna­le­zio­ny tego same­go dnia wie­czo­rem, kie­dy samot­nie wędro­wał szo­są do Ameryki.

Dla­cze­go ucie­kał, dowie­dzia­łem się 2 tygo­dnie póź­niej od nie­go nad sadzaw­ką. Oka­za­ło się, że on wraz z Andrze­jem Zwo­liń­skim chcie­li zba­dać ana­to­mię dziew­czyn­ki, któ­ra była cór­ką zna­jo­mych rodzi­ców jego i pań­stwa Zwo­liń­skich. Jeden z nich trzy­mał ją (mia­ła 13 lat) dru­gi ścią­gał maj­tecz­ki i na zmia­nę oglą­da­li co było ukry­te. Obaj dosta­li lanie i Jurek został odda­ny do szko­ły na Bie­la­nach, pro­wa­dzo­nej przez księ­ży. Dla­te­go chciał ucie­kać do Ameryki.

Podob­no z dzie­cię­cych wspo­mnień pamię­ta się tyl­ko dni sło­necz­ne, a więc i ja je pamię­tam dobrze.

Mie­li­śmy zazwy­czaj dużo gości z War­sza­wy i Sie­dlec. Ojciec – poza pra­cą, gry­wał w pre­fe­ran­sa, mama w remi­bry­dża, któ­ry był wów­czas bar­dzo mod­ny. Więk­szość tych spo­tkań odby­wa­ła się u wła­ści­cie­li apte­ki, któ­rzy mie­li bar­dzo duży dom z pięk­nym ogrodem.

Ja, poza gru­pą przy­ja­ciół w moim wie­ku mia­ły przy­ja­cie­la – pana Pio­ruń­skie­go, któ­ry pra­co­wał, jako dozor­ca domu. Ten sta­ry czło­wiek bar­dzo mnie lubił i opo­wia­dał róż­ne cie­ka­we rze­czy, któ­rych słu­cha­łem z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem. Wów­czas też dowie­dzia­łem się o dwóch rze­czach. Jeśli psy wyją, to albo na śmierć kogoś w oko­li­cy, albo na woj­nę. Był on bar­dzo zanie­po­ko­jo­ny doj­ściem do wła­dzy w Niem­czech Hitle­ra. Powie­dział mi: „Zdzi­siu, wkrót­ce będzie woj­na”. Był to let­ni wie­czór, peł­nia księ­ży­ca i wyły psy.

Tak­że w tym cza­sie nastą­pi­ło wie­le wyda­rzeń. Zbu­do­wa­no elek­trow­nię i mie­li­śmy elek­trycz­ne oświe­tle­nie od zmierz­chu do godzi­ny 1 w nocy.

Wiel­kim wyda­rze­niem były też corocz­ne Bale Syl­we­stro­we, któ­re odby­wa­ły się w budyn­ku Kasy Oszczęd­no­ścio­wej. Były zwy­kle wiel­kie przy­go­to­wa­nia mamy i taty, a potem już tyl­ko słu­cha­łem opo­wia­dań, jak kto się i z kim bawił.

We wrze­śniu 1931 roku zosta­łem wysła­ny do pry­wat­nej szko­ły pani Woje­wódz­kiej w Sie­dl­cach i zamiesz­ka­łem na tak zwa­nej stan­cji u swo­jej ciot­ki Lapiń­skiej, u któ­rej też miesz­ka­ła moja sio­stra Wan­da i wszyst­kie dzie­ci pań­stwa Zwo­liń­skich. Ciot­ka Lapiń­ska pro­wa­dzi­ła te stan­cję, aby utrzy­mać w War­sza­wie na stu­diach dwóch synów – Tade­usza na pra­wie i Zdzi­sła­wa na medy­cy­nie. Wujek Lapiń­ski pra­co­wał jako urzęd­nik w sądzie, więc musia­ła dora­biać w ten sposób.

Poza szko­łą mie­li­śmy w tej gro­mad­ce weso­łe i uroz­ma­ico­ne życie. W szko­le spo­tka­łem nowych kole­gów, któ­rych do tej pory mile wspo­mi­nam: Janecz­kę Sam­bor­ską, (w któ­rej się natych­miast zako­cha­łem, a któ­ra patrzy­ła na mnie złym okiem), Rysia Czar­nec­kie­go, Jur­ka Jan­kow­skie­go oraz Sew­ka Lewi­na. Rysio Czar­nec­ki i ja przy­jeż­dża­li­śmy rowe­ra­mi do szko­ły budząc tym zazdrość u innych kolegów.

W 1933 r. rodzi­ce prze­pro­wa­dzi­li się do Sie­dlec i zamiesz­ka­li przy uli­cy Asto­no­wi­cza 8, koło par­ku i pała­cu bisku­pie­go, któ­ry kie­dyś nale­żał do rodu Ossolińskich.

W 1934 r. zda­łem do gim­na­zjum Bole­sła­wa Pru­sa i z dumą zaczą­łem nosić czap­kę i mun­dur szkol­ny. W tym cza­sie bar­dziej niż lek­cje szkol­ne inte­re­so­wa­ły mnie opo­wie­ści Karo­la Maja o India­nach i powie­ści przy­go­do­we. Czy­ta­łem je w szko­le mię­dzy lek­cja­mi oraz w domu, czę­sto pod łóż­kiem – kie­dy mnie gonio­no, abym wyszedł na prze­chadz­kę. To roz­bu­do­wa­ło moją ima­gi­na­cję i zain­te­re­so­wa­nie świa­tem, któ­re zosta­ło do dziś.

Zaczą­łem tak­że kolek­cjo­no­wać znacz­ki wraz z Sew­kiem – co wpro­wa­dza­ło mnie w dobrą zna­jo­mość geografii.

Ponie­waż byłem zawsze bar­dzo chu­dy i mizer­ny, z pod­krą­żo­ny­mi ocza­mi, rodzi­ce posta­no­wi­li mnie wysłać na waka­cje do Rab­ki do pry­wat­ne­go pen­sjo­na­tu „Olszów­ka” pro­wa­dzo­ne­go przez dra Olszewskiego.

Pierw­szy raz odwio­zła mnie tam moja Mama. Ja czu­łem się po jej wyjeź­dzie opusz­czo­ny, ale tyl­ko przez jeden dzień. Potem zaba­wy, leża­ko­wa­nie po obie­dzie, wie­le roz­ry­wek włącz­nie z kinem na miej­scu – i zapo­mnia­łem o świecie.

Znów się zako­cha­łem. Tym razem w Halin­ce Rajch ze Sta­ni­sła­wo­wa. Nie wiem czy z wza­jem­no­ścią, ale chy­ba tak. Był to rok 1935.

Mia­łem w swo­im życiu parę snów, któ­re pamię­tam do dzi­siaj. Będąc wów­czas w Rab­ce, śni­łem któ­rejś nocy, że jestem w ciem­nej kapli­cy. Przed ołta­rzem pali się lamp­ka oliw­na, a sto­ją­cy gdzieś zegar zaczy­na bić pół­noc. Z ciem­ne­go kąta kapli­cy wycho­dzi czar­no ubra­na zakon­ni­ca, doty­ka mnie zim­ną ręką do ramie­nia mówiąc: 13. umrzesz.

Obu­dzi­łem się w tym momen­cie w dal­szym cią­gu czu­ły dotyk jej ręki. Przez cały dzień myśla­łem o tym śnie i bałem się, że to coś złe­go wró­ży. Na szczę­ście, nic się nie sta­ło, ale każ­dy 13. jest pamięt­ny do tej pory.

Wra­ca­jąc z Rab­ki z Mamą, któ­ra po mnie przy­je­cha­ła, dowie­dzia­łem się w pocią­gu z gaze­ty o najeź­dzie Włoch na Abi­sy­nię. Natu­ral­nie mia­łem tam ocho­tę jechać, aby Abi­syń­czy­kom pomóc. Czar­ne chmu­ry zaczę­ły zbie­rać się nad światem.

W III kla­sie zaczą­łem bywać na tak zwa­nych pry­wat­kach z tań­ca­mi, (sio­stra Wan­da uczy­ła mnie tań­czyć), gdzie sta­łem się dość popu­lar­nym kole­gą w kołach uczniów i uczen­nic gim­na­zjum żeń­skie­go. Wie­czo­ra­mi odby­wa­łem spa­ce­ry po dep­ta­ku, gdzie spo­ty­ka­ła się cała mło­dzież. Wio­sną cho­dzi­ło się do „Michał­ka” na lody, wodę sodo­wą itp. Atrak­cją były tań­ce z orkie­strą na świe­żym powietrzu.

W 1938 r. nad­szedł list od stry­ja Wik­to­ra z mająt­ku „Ponie­mu­nie” koło Grod­na, z zapro­sze­niem na świę­ta Boże­go Naro­dze­nia – aby się pogo­dzić i po latach zoba­czyć (były nie­po­ro­zu­mie­nia rodzin­ne). Poje­cha­li­śmy pocią­giem. Na sta­cji w Grod­nie cze­ka­ły sanie na 2 konie i z dźwię­kiem dzwon­ków poje­cha­li­śmy do majątku.

Były to naj­przy­jem­niej­sze świę­ta, któ­re utkwi­ły w mojej pamię­ci: Kuli­gi, jaz­dy na nar­tach, wizy­ty u sąsia­dów, przy­ję­cia. Sło­wem były to dla mnie naj­pięk­niej­sze dni. Zosta­łem zapro­szo­ny na waka­cje let­nie. Stry­ja stwo mie­li syna Wojt­ka w moim wie­ku i Halim cór­kę młod­szą o parę lat. Był Kajak rze­ka Nie­men obok, Sio­dła i koniec do kon­nej jaz­dy, więc cze­go wię­cej potrze­ba. ja byłem wte­dy już w liceum na wydzia­le przy­rod­ni­czym, bo Szy­ko­wa­łem się na medy­cy­nę. Moja ostat­nia sym­pa­tia to Wan­da Wer obej – cór­ka gene­ra­ła, dowód­cy gar­ni­zo­nu. Widzia­łem ją przed wyjaz­dem na waka­cje i nie przy­pusz­cza­łem, że to ostat­ni raz. Cza­sie nad­cho­dzi­ły złe wie­ści ze świa­ta – czę­ścio­wa mobi­li­za­cja Pol­ska, spo­tka­nie Rib­ben­tro­pa z Moło­to­wem w Moskwie i tak dalej. Stryj sie­dział przy radiu słu­cha­jąc wia­do­mo­ści, ale mnie nie wyda­wa­ły się one strasz­ne, bo armię mamy oczy­wi­ście dobrą, więc woj­na potrwa 2 tygo­dnie. 25 sierp­nia Stryj wsa­dził mnie do pocią­gu, ale jecha­łem już wów­czas na sto­ją­co, w zatło­czo­nym wago­nie. Czas był nie­spo­koj­ny i wszy­scy z waka­cji wra­ca­li do domów, zmo­bi­li­zo­wa­ni żoł­nie­rze do swo­ich oddzia­łów. Przez kil­ka dni spo­ty­ka­li­śmy się z kole­ga­mi, mię­dzy inny­mi ze Zbysz­kiem Tat­kow­ski, któ­rej był synem ofi­ce­ra i wie­dział naj­wię­cej cie­ka­wych rze­czy. Jesz­cze go wrze­śnia rano dowie­dzie­li­śmy się przez radio, że 6. Woj­ska nie­miec­kie prze­kro­czy­ły gra­ni­ce bez wypo­wie­dze­nia woj­ny i War­sza­wa była bom­bar­do­wa­na. O godzi­nie 11. Pre­zy­dent Mościc­ki wygło­sił prze­mó­wie­nie do naro­du infor­mu­ją­ce o woj­nie, któ­ra już się zaczęła.