Przez kilka dni przewalał się przez Polskę zbrodniczy cyklon, którego ofiarą padło kilka osób, a i szkody majątkowe też były duże.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, że film pana Komasy pod pretensjonalnym tytułem „Boże ciało”, nie dostał żadnego Oskara, chociaż był do tej nagrody nominowany.

Nie dostał, chociaż miał dostać – o czym zapewniali na różnych łamach znawcy nie tyle może przedmiotu, co mechanizmów nagradzania Oskarami. Bo pan Komasa rzeczywiście wstrzelił się w zapotrzebowanie na demaskowanie Kościoła, jak nie przy pomocy pedofilii, jak to zrobił pan Sekielski, to przy pomocy prezentowania Kościoła jako mafii eksploatującej Bogu ducha winnych obywateli, jak to zrobił pan Smarzowski, czy wreszcie przy pomocy przedstawienia alternatywy dla reakcyjnego i zepsutego do szpiku kości kleru, w postaci absolwenta poprawczaka, który przebierając się za księdza podbija serca i umysły prostych ludzi dobrej woli.

Wydawałoby się, ze powinien dostać nie jednego, ale kilka Oskarów, a tu taki zawód! Pan Komasa i załoga próbowali robić dobrą minę, że nie traktują tych całych Oskarów poważnie,  że to tylko takie jajcarstwo, ale widać było, że kwaśne winogrona. Jak pamiętamy, lis,  nie mogąc dosięgnąć winogron, tłumaczył wszystkim, że ich nie chce, bo są kwaśne.

Ale nie traćmy nadziei, że sama nominacja okaże się zachęcająca nie tylko dla pana Komasy, ale i dla producenta  „Bożego ciała”, że nakręcą tak zwany „remake”, czyli wersję uzupełnioną i poprawioną. Jestem przekonany, ze gdyby pan Komasa się postarał i wycisnął z tej historyjki wszystko, co trzeba, to dostałby Oskara jak nic.

A co potrzeba?

Najsampierw potrzeba zaprezentować absolwenta poprawczaka,  jako potomka ocalałych z holokaustu, który z tego powodu  od czasu do czasu dostaje przeraźliwej traumy i musi sobie jakoś ulżyć. Ponieważ wiadomo, że w traumie nic nie przynosi takiej ulgi, jak przylepienie złotego plastra, toteż bohater od czasu do czasu potrzebuje coś sobie ukraść i podczas takiej terapii zostaje przyłapany i oddany w szpony niezawisłego sądu.

Niby nic – ale przecież akcja filmu toczy się w Polsce, a w Polsce, gdzie walka o praworządność wchodzi właśnie w decydującą fazę, z tymi niezawisłymi sądami, to nic nie wiadomo. Chodzi o to, że sędziowie mianowani z rekomendacji starych kiejkutów, strzegą praworządności niczym jakieś Cerbery, podczas gdy sędziowie z poręki „dobrej zmiany”, to banda cynicznych i skorumpowanych przebierańców, których widok niesłychanie zasmuca nie tylko pana redaktora Michnika, ale całą jego trzódkę, z panią redaktor Elizą Michalik, która teraz robi na Czerskiej za autorytet moralny. Pech sprawia, że bohater trafia w łapy takiego skorumpowanego przebierańca, który po zapachu rozpoznaje w nim potomka ocalałych, co  budzi w nim uśpione dotąd instynkty nazistowskie i skazuje biedaka na poprawczak.

Tamtejsi naziole biorą go w obroty, co popycha go w stronę mistycyzmu i pozwala mu odkryć w sobie wokację do stanu duchownego. I kiedy dostaje warunkowe zwolnienie, trafia do księdza, wiejskiego proboszcza, w którego towarzystwie staje się księdzem, niby filmowy Zelig, któremu w towarzystwie Murzynów czerniała skóra, a wśród kobiet w ciąży rósł brzuch.

Tamtejsi parafianie nie mogą się młodego księdza nachwalić, a ten, działając cierpliwie i metodycznie nawraca ich na judaizm, dzięki czemu wyrzekają się organicznego polskiego antysemityzmu i wszystko kończy się wesołym oberkiem.

Jeśli taki film nie dostałby przynajmniej jednego Oskara, to byłby to nieomylny znak, że Akademii Filmowej pomieszało się w głowach, co zresztą nie jest wykluczone, skoro pominęła film Romana Polańskiego o aferze Dreyfusa, ponieważ Polański 40, czy 50 lat temu dostarczył przeżyć jakiejś panieneczce.

Ale do diabła z tym całym przemysłem rozrywkowym, którego pracownicy najwyraźniej dopuścili sobie do głowy, że przypadło im w udziale naprawianie świata i jeden z laureatów chlapnął ze sceny, że wszystkie narody i rasy są sobie równe. Najwyraźniej nie przemyślał swojej wypowiedzi, bo jakże narody czy rasy mają być równe, kiedy niektóre są przecież równiejsze od innych?

Dopóki aktorzy recytują teksty, dajmy na to, Szekspira, to wszystko jest w porządku, ale jak zaczynają mówić teksty własne, to robi się nie tylko niedobrze, ale nawet niebezpiecznie. Widać wyraźnie, że i na tym odcinku frontu ideologicznego występują niedociągnięcia, ale esperons, że przyjdzie walec i wyrówna.

Zupełnie inna sytuacja panuje na froncie walki o praworządność, do której Nasza Złota Pani z Berlina coraz głębiej wciąga instytucje Unii Europejskiej. Niezależnie od Parlamentu Europejskiego, w którym, gdy to piszę, to znaczy – 11 lutego wieczorem – rozpoczęła się debata na temat stanu praworządności w naszym bantustanie, to Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu postawił Polsce ultimatum, że jeśli do 13 lutego nie udzieli wyjaśnień co do likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, to za każdy dzień zwłoki przysoli jej karę w wysokości 2 milionów euro dziennie. Miesięcznie dawałoby to 60 mln euro, czyli co najmniej ćwierć miliarda złotych, czyi 3 mld złotych rocznie.

Jeśli dodamy do tego pojawiające się coraz częściej w Parlamencie Europejskim głosy, by wysokość unijnych subwencji dla członkowskich bantustanów uzależnić od stanu praworządności w każdym z nich, to można odnieść wrażenie, że na tej całej Unii Europejskiej wyjdziemy, jak Zabłocki na mydle.

 

Nieprzejednana opozycja, tworząca obóz zdrady i zaprzaństwa wprawdzie oskarża PiS o skryty zamiar „Polexitu”, ale to oczywiście nieprawda, bo rząd pana premiera Morawieckiego oczekuje unijnych subwencji, jak kania dżdżu. Zresztą obóz zdrady i zaprzaństwa też uważa, że poza Unią nie ma życia, bo w przeciwnym razie Nasza Złota Pani zaraz by wszystkim przypomniała, skąd wyrastają im nogi.

A wypadałoby to przypomnieć przynajmniej posągowej pani Małgorzacie Kidawie-Błońskiej. Przywlokła się do Pucka na uroczystość setnej rocznicy zaślubin Polski z morzem, w której uczestniczył prezydent Andrzej Duda. Z tego powodu przywlokła się za nim również objazdowa ekipa płomiennych szermierzy demokracji, którzy przerywali przemówienie prezydenta gwizdami i obelżywymi okrzykami. Kiedy uroczystość w swej części oficjalnej dobiegła końca, posągowa pani Małgorzata, w cywilu wicemarszałek Sejmu, wyściskała się z łobuzerią, która postponowała jej kontrkandydata w wyborach prezydenckich, ale zarazem i urzędującego prezydenta państwa.

Co tu ukrywać; za mądra ta cała pani Małgorzata to nie jest i stosunkowo dobrze wygląda, oczywiście jak na garbatego, dopóki nic nie mówi, bo jak już zacznie, to zaraz czar pryska.

Ale któż inny może brać udział w obozie zdrady i zaprzaństwa, kiedy Naszej Złotej Pani właśnie tacy sojusznicy są w Polsce potrzebni?

 

Stanisław Michalkiewicz