Wspomina doktor Zdzisław Kryński (odc.5)

358

Ja wówczas zostałem powołany do wojska do – Korpusu Doskonalenia Oficerów 9 – (KDO – 9) w Łodzi.

W tym czasie w Łodzi mieszkała moja siostra (pracująca w PZU) oraz rodzice. Ojciec mój rezygnując ze stanowiska sędziego, był już od paru miesięcy na emeryturze. Każdego tygodnia, na niedzielę dojeżdżałem do Warszawy. Po ukończeniu kursu dostałem przydział do Cytadeli we Warszawie, gdzie podlegała mi kompania wartownicza, oddział informacji i dowództwo okręgu. Mieszkałem z rodziną w bardzo ładnym mieszkaniu na Saskiej Kępie – w domu rodziców Ireny. Dojeżdżałem do pracy na 8 rano, a około 13.00 dorabiałem, jako przedstawiciel firmy  farmaceutycznej.

Byłem ciągle okropnym chuderlakiem. Któregoś dnia nawet mój dowódca – przedwojenny oficer – zapytał mnie, czy nic mi nie dolega. Bliskie sąsiedztwo „Informacji” nie działało dobrze na mój system nerwowy. Ciągle mieli mnie na oku, wyzywali na jakieś rozmowy – absolutnie niezwiązane ze służbą, a ja byłem pod wrażeniem, że z takiej rozmowy mogę już nie wyjść z ich budynku.

Któregoś dnia nagle dostałem wysokiej temperatury – grypa. Byłem chory przez 2 tygodnie. Po wyjściu z łóżka słaniałem się na nogach. Dowódca mój orzekł, że muszę iść na komisję lekarską. W Szpitalu Wojskowym badania trwały cały dzień. Miałem bardzo dużą niedowagę, dano mi kategorią D i zwolniono z wojska.

Ucieszyłem się bardzo.

Postanowiliśmy z żoną jechać na 2 tygodnie na urlop do Krynicy.

Urlop był bardzo udany, ale po powrocie zastałem list z Ministerstwa Zdrowia. Wzywano mnie na rozmowę z kierownikiem Wydziału Personalnego. W tym czasie kierownikiem tego wydziału był młody człowiek – Henryk Kraśnicki. Od niego dowiedziałem się, że mam przydział do pracy na Śląsk – do Chorzowa, gdzie jest duży deficyt lekarzy, a ja nigdzie nie pracuję. Wraz ze mną przydział do tego szpitala otrzymała koleżanka Ania Żelechowska oraz Kazio i Danuta Borejko – Chodkiewicz.

Żadne starania, ani znajomości nie pomogły i tak całą grupą pojechaliśmy na Śląsk. Kazik i Danuta Borejko, jako małżeństwo dostali mieszkanie trzypokojowe przy szpitalu i przyjęli mnie na sublokatora. Zaprzyjaźniliśmy się i przyjaźń ta pozostała na wiele lat. Wieczorami graliśmy w szachy, a Danusia od czasu do czasu przygotowywała jakieś zakąski – najczęściej była to smażona cebula z jajkiem. Cebulę przywoziłem z Warszawy (jeżdżąc do domu na niedzielę), gdyż w Chorzowie była niedostępna, a dla nas wspaniała pod kieliszeczek czystej.

Ja pracowałem na oddziale chirurgii u doktora Urbanowicza. Dyrektorem szpitala był dr Sałaciński, były lekarz wojskowy (służył w Armii Andersa), który aby przeżyć musiał wstąpić do PZPR, ale co naprawdę myślał to tylko ja (po pewnym czasie) wiedziałem.

Oddział był bardzo duży, roboty miałem masę. Operowałem lub asystowałem do operacji od rana do wieczora. Dyżury miałem co drugi  dzień. Stołowałem się w stołówce dla personelu, jedzenie było padłe i niesamowicie tłuste. Byłem dość lubiany, bo po paru miesiącach jedna z sióstr zakonnych, które ciągle jeszcze pracowały w szpitalu, widząc, że jestem taki szczupły i nie mogę jeść tego, co podają w stołówce, zaproponowała mi, że może zechcę jeść u nich w refektarzu. Natychmiast, z wielkim entuzjazmem, się zgodziłem i od tego dnia jadałem u sióstr w pokoiku sam, ale byłem obsługiwany i jedzenie było wyśmienite.



Jeżdżąc do Warszawy, za każdym razem odwiedzałem – Zuzę –  koleżankę mojej żony oraz jej męża – Henia Kraśnickiego, który w dalszym ciągu (studiując dentystykę) pracował jako personalny w Ministerstwie Zdrowia. Zaprzyjaźniliśmy się do tego stopnia, że poprosili mnie do trzymanie do chrztu (w tajemnicy, oczywiście, gdyż był członkiem PZPR) ich dwóch córek. Chrzest odbył się w kościele Świętego Krzyża wieczorem. Po pewnym czasie, a było to już około roku moich podróży między Warszawą a Katowicami, powiedział mi, abym złożył podanie o przyspieszony powrót do Warszawy. Po miesiącu dostałem zawiadomienie, że mogę wracać. Radość była ogromna, a ja odbyłem indywidualną pielgrzymkę w tej intencji do Częstochowy.

Pożegnanie w Chorzowie było bardzo uroczyste. Dr Urbanowicz urządził wielkie przyjęcie – zakąsek było mało, ale alkoholu dużo. Mój szef w pewnym momencie wstał od stołu, aby wygłosić mowę pożegnalną, przewrócił się i o kant stołu złamał dwa żebra. Pożegnałem się ze wszystkimi nawet z przewodniczącym partii szpitala, który był miłym człowiekiem i nie pasował do tej funkcji. Usłyszałam od niego: „Był pan przyzwoitym człowiekiem, tylko szkoda, że nie chciał pan wstąpić do partii”.

Po powrocie do Warszawy zacząłem znów pracę w Szpitalu Przemienienia Pańskiego na oddziale chirurgii u profesora Mossakowskiego. W międzyczasie zmienił się też skład ekipy lekarskiej już nie było tak przyjemnie, jak poprzednio. Doszedłem wówczas do przekonania, że przysłowie iż „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, ma istotnie swe odzwierciedlenie w życiu.

Postanowiłem zmienić miejsce pracy i specjalizację. Zdecydowałem się przejść na otolaryngologię. Po paru miesiącach starań otrzymałem pozycję asystenta na laryngologii u doktora Antonowicza, który pracował w małym szpitalu na Żoliborzu. Jako, że był to mały szpital, nic specjalnego się tam nie działo, z wyjątkiem operacji migdałków jego systemem.

Trwało to przez parę miesięcy, gdy nagle poczułem się bardzo słaby i zauważyłem, że moje oczy i skóra są żółte. Internista stwierdził, że to wirusowe zapalenie wątroby. Zalecił dietę, kazał leżeć w łóżku i zapewnił mnie, że za dwa tygodnie wszystko będzie dobrze. Trwało to jednak trzy miesiące. Leżałem w domu i w szpitalu Elżbietanek u doktora Plockera – gastrologa. Sytuacja była podbramkowa.

W pewnym momencie myślałem nawet o ewentualnej operacji i wtedy nagle poczułem się lepiej. Poziom bilirubiny spadł do normy, a ja poczułem się dużo lepiej i po paru dniach byłem już w domu na Saskiej Kępie – mimo przepowieści kochanej teściowej, że mnie jeszcze na czarnym wozie z domu wywiezie.

W tym samym domu, gdzie mieszkałem ja z żoną Ireną, synami – Krzysztofem i Grzegorzem (2 lata), mieszkała teściowa (wdowa), siostra mojej żony – Barbara, zamężna z Gojskim oraz Teresa (Siunia), która była żoną mojego kolegi T. Gontarskiego. Siunia była po Akademii Sztuk Pięknych.

Jakiś zły duch szalał w tym budynku, ciągle ktoś z kimś się kłócił, dochodziło do bardzo przykrych incydentów. Starałem się ciągle łagodzić i zażegnywać konflikty, dlatego młodzi nazywali mnie – „gołąbkiem pokoju”, a teściowa – „zimnym dyplomatą”. Kiedy doszedłem do zdrowia po ostatniej chorobie, zacząłem specjalizację w Szpitalu Świętego Ducha na Woli u dra Królikiewicza. Było tam kilku kolegów i koleżanek w tej samej sytuacji, między innymi: koleżanka Danuta Samoder, Barbara Olszewska, kolega Henio Chojnacki, koleżanka Mikulska i 2 innych. Zastępcą dyrektora był dr Kafliński. Ordynator, starym zwyczajem, był drugim po Bogu, dr Kafliński – trzecim.

Zabrałem się do roboty.

Zrobiłem specjalizację pierwszego i drugiego stopnia; zdałem egzaminy z języków angielskiego i rosyjskiego, jako wstęp do doktoratu.

Przyjaźniliśmy się w pewnej grupie i często po pracy w parę osób wstępowaliśmy na pół czarnej i przekąski, omawiając sprawy minionego dnia. Dotarło to do doktora Królikiewicza i stałem się persona non grata. Czułem, że atmosfera się zmieniła, a moje stosunki z szefem stawały się coraz bardziej zimne, aż doszło do rozstania.

Przez znajomości załatwiłem sobie pracę jako konsultant otolaryngologii na pełnym etacie w Szpitalu Grochowskim. Miałem do dyspozycji łóżka na oddziale chirurgicznym, no i byłem samodzielny.

W pracy stosunki miałem bardzo miłe dyrektorem szpitala i ordynatorem był dr Masztak – bardzo sympatyczny i przychylny mi człowiek.

Konsultowałem na poszczególnych oddziałach i byłem bardzo zadowolony z pracy i życia. Nasi synowie rośli, byli zdrowi, już uczyli się w szkole na Saskiej Kępie. Po śmierci „ojca ludzkości” – Stalina – życie stawało się nieco łatwiejsze w Polsce, a granice nieco się otworzyły i po raz pierwszy dostaliśmy pozwolenie na wyjazd do Czech przy granicy.

Mieliśmy już w tym czasie samochód Fiat 600, gdyż dostałem „przydział”, oczywiście za łapówkę – 10 000 zł, a samochód kosztował 50 000 zł. Pojechaliśmy razem ze znajomymi Dadą i Ryszardem Kowalewskimi. Bardzo ich lubiłem, ale jak się okazało później, była to sympatia bez wzajemności. Okazało się, że są to zarozumialcy i bufonii. On był synem perukarza teatralnego, ona – jak twierdziła – pochodziła z jakiejś rodziny „ziemiańskiej”, ale tylko ze strony matki. Ojciec był wobec tego na drugim miejscu.