Wspo­mi­na dok­tor Zdzi­sław Kryń­ski (odc.5)

Ja wów­czas zosta­łem powo­ła­ny do woj­ska do – Kor­pu­su Dosko­na­le­nia Ofi­ce­rów 9 – (KDO – 9) w Łodzi.

W tym cza­sie w Łodzi miesz­ka­ła moja sio­stra (pra­cu­ją­ca w PZU) oraz rodzi­ce. Ojciec mój rezy­gnu­jąc ze sta­no­wi­ska sędzie­go, był już od paru mie­się­cy na eme­ry­tu­rze. Każ­de­go tygo­dnia, na nie­dzie­lę dojeż­dża­łem do War­sza­wy. Po ukoń­cze­niu kur­su dosta­łem przy­dział do Cyta­de­li we War­sza­wie, gdzie pod­le­ga­ła mi kom­pa­nia war­tow­ni­cza, oddział infor­ma­cji i dowódz­two okrę­gu. Miesz­ka­łem z rodzi­ną w bar­dzo ład­nym miesz­ka­niu na Saskiej Kępie – w domu rodzi­ców Ire­ny. Dojeż­dża­łem do pra­cy na 8 rano, a oko­ło 13.00 dora­bia­łem, jako przed­sta­wi­ciel fir­my  farmaceutycznej.

Byłem cią­gle okrop­nym chu­der­la­kiem. Któ­re­goś dnia nawet mój dowód­ca – przed­wo­jen­ny ofi­cer — zapy­tał mnie, czy nic mi nie dole­ga. Bli­skie sąsiedz­two „Infor­ma­cji” nie dzia­ła­ło dobrze na mój sys­tem ner­wo­wy. Cią­gle mie­li mnie na oku, wyzy­wa­li na jakieś roz­mo­wy – abso­lut­nie nie­zwią­za­ne ze służ­bą, a ja byłem pod wra­że­niem, że z takiej roz­mo­wy mogę już nie wyjść z ich budynku.

Reklama

Któ­re­goś dnia nagle dosta­łem wyso­kiej tem­pe­ra­tu­ry – gry­pa. Byłem cho­ry przez 2 tygo­dnie. Po wyj­ściu z łóż­ka sła­nia­łem się na nogach. Dowód­ca mój orzekł, że muszę iść na komi­sję lekar­ską. W Szpi­ta­lu Woj­sko­wym bada­nia trwa­ły cały dzień. Mia­łem bar­dzo dużą nie­do­wa­gę, dano mi kate­go­rią D i zwol­nio­no z wojska.

Ucie­szy­łem się bardzo.

Posta­no­wi­li­śmy z żoną jechać na 2 tygo­dnie na urlop do Krynicy.

Urlop był bar­dzo uda­ny, ale po powro­cie zasta­łem list z Mini­ster­stwa Zdro­wia. Wzy­wa­no mnie na roz­mo­wę z kie­row­ni­kiem Wydzia­łu Per­so­nal­ne­go. W tym cza­sie kie­row­ni­kiem tego wydzia­łu był mło­dy czło­wiek – Hen­ryk Kra­śnic­ki. Od nie­go dowie­dzia­łem się, że mam przy­dział do pra­cy na Śląsk – do Cho­rzo­wa, gdzie jest duży defi­cyt leka­rzy, a ja nigdzie nie pra­cu­ję. Wraz ze mną przy­dział do tego szpi­ta­la otrzy­ma­ła kole­żan­ka Ania Żele­chow­ska oraz Kazio i Danu­ta Borej­ko – Chodkiewicz.

Żad­ne sta­ra­nia, ani zna­jo­mo­ści nie pomo­gły i tak całą gru­pą poje­cha­li­śmy na Śląsk. Kazik i Danu­ta Borej­ko, jako mał­żeń­stwo dosta­li miesz­ka­nie trzy­po­ko­jo­we przy szpi­ta­lu i przy­ję­li mnie na sub­lo­ka­to­ra. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się i przy­jaźń ta pozo­sta­ła na wie­le lat. Wie­czo­ra­mi gra­li­śmy w sza­chy, a Danu­sia od cza­su do cza­su przy­go­to­wy­wa­ła jakieś zaką­ski – naj­czę­ściej była to sma­żo­na cebu­la z jaj­kiem. Cebu­lę przy­wo­zi­łem z War­sza­wy (jeż­dżąc do domu na nie­dzie­lę), gdyż w Cho­rzo­wie była nie­do­stęp­na, a dla nas wspa­nia­ła pod kie­li­sze­czek czystej.

Ja pra­co­wa­łem na oddzia­le chi­rur­gii u dok­to­ra Urba­no­wi­cza. Dyrek­to­rem szpi­ta­la był dr Sała­ciń­ski, były lekarz woj­sko­wy (słu­żył w Armii Ander­sa), któ­ry aby prze­żyć musiał wstą­pić do PZPR, ale co napraw­dę myślał to tyl­ko ja (po pew­nym cza­sie) wiedziałem.

Oddział był bar­dzo duży, robo­ty mia­łem masę. Ope­ro­wa­łem lub asy­sto­wa­łem do ope­ra­cji od rana do wie­czo­ra. Dyżu­ry mia­łem co dru­gi  dzień. Sto­ło­wa­łem się w sto­łów­ce dla per­so­ne­lu, jedze­nie było padłe i nie­sa­mo­wi­cie tłu­ste. Byłem dość lubia­ny, bo po paru mie­sią­cach jed­na z sióstr zakon­nych, któ­re cią­gle jesz­cze pra­co­wa­ły w szpi­ta­lu, widząc, że jestem taki szczu­pły i nie mogę jeść tego, co poda­ją w sto­łów­ce, zapro­po­no­wa­ła mi, że może zechcę jeść u nich w refek­ta­rzu. Natych­miast, z wiel­kim entu­zja­zmem, się zgo­dzi­łem i od tego dnia jada­łem u sióstr w poko­iku sam, ale byłem obsłu­gi­wa­ny i jedze­nie było wyśmienite.



Jeż­dżąc do War­sza­wy, za każ­dym razem odwie­dza­łem – Zuzę –  kole­żan­kę mojej żony oraz jej męża – Henia Kra­śnic­kie­go, któ­ry w dal­szym cią­gu (stu­diu­jąc den­ty­sty­kę) pra­co­wał jako per­so­nal­ny w Mini­ster­stwie Zdro­wia. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się do tego stop­nia, że popro­si­li mnie do trzy­ma­nie do chrztu (w tajem­ni­cy, oczy­wi­ście, gdyż był człon­kiem PZPR) ich dwóch córek. Chrzest odbył się w koście­le Świę­te­go Krzy­ża wie­czo­rem. Po pew­nym cza­sie, a było to już oko­ło roku moich podró­ży mię­dzy War­sza­wą a Kato­wi­ca­mi, powie­dział mi, abym zło­żył poda­nie o przy­spie­szo­ny powrót do War­sza­wy. Po mie­sią­cu dosta­łem zawia­do­mie­nie, że mogę wra­cać. Radość była ogrom­na, a ja odby­łem indy­wi­du­al­ną piel­grzym­kę w tej inten­cji do Częstochowy.

Poże­gna­nie w Cho­rzo­wie było bar­dzo uro­czy­ste. Dr Urba­no­wicz urzą­dził wiel­kie przy­ję­cie – zaką­sek było mało, ale alko­ho­lu dużo. Mój szef w pew­nym momen­cie wstał od sto­łu, aby wygło­sić mowę poże­gnal­ną, prze­wró­cił się i o kant sto­łu zła­mał dwa żebra. Poże­gna­łem się ze wszyst­ki­mi nawet z prze­wod­ni­czą­cym par­tii szpi­ta­la, któ­ry był miłym czło­wie­kiem i nie paso­wał do tej funk­cji. Usły­sza­łam od nie­go: „Był pan przy­zwo­itym czło­wie­kiem, tyl­ko szko­da, że nie chciał pan wstą­pić do partii”.

Po powro­cie do War­sza­wy zaczą­łem znów pra­cę w Szpi­ta­lu Prze­mie­nie­nia Pań­skie­go na oddzia­le chi­rur­gii u pro­fe­so­ra Mos­sa­kow­skie­go. W mię­dzy­cza­sie zmie­nił się też skład eki­py lekar­skiej już nie było tak przy­jem­nie, jak poprzed­nio. Dosze­dłem wów­czas do prze­ko­na­nia, że przy­sło­wie iż „nie wcho­dzi się dwa razy do tej samej rze­ki”, ma istot­nie swe odzwier­cie­dle­nie w życiu.

Posta­no­wi­łem zmie­nić miej­sce pra­cy i spe­cja­li­za­cję. Zde­cy­do­wa­łem się przejść na oto­la­ryn­go­lo­gię. Po paru mie­sią­cach sta­rań otrzy­ma­łem pozy­cję asy­sten­ta na laryn­go­lo­gii u dok­to­ra Anto­no­wi­cza, któ­ry pra­co­wał w małym szpi­ta­lu na Żoli­bo­rzu. Jako, że był to mały szpi­tal, nic spe­cjal­ne­go się tam nie dzia­ło, z wyjąt­kiem ope­ra­cji mig­dał­ków jego systemem.

Trwa­ło to przez parę mie­się­cy, gdy nagle poczu­łem się bar­dzo sła­by i zauwa­ży­łem, że moje oczy i skó­ra są żół­te. Inter­ni­sta stwier­dził, że to wiru­so­we zapa­le­nie wątro­by. Zale­cił die­tę, kazał leżeć w łóż­ku i zapew­nił mnie, że za dwa tygo­dnie wszyst­ko będzie dobrze. Trwa­ło to jed­nak trzy mie­sią­ce. Leża­łem w domu i w szpi­ta­lu Elż­bie­ta­nek u dok­to­ra Ploc­ke­ra – gastro­lo­ga. Sytu­acja była podbramkowa.

W pew­nym momen­cie myśla­łem nawet o ewen­tu­al­nej ope­ra­cji i wte­dy nagle poczu­łem się lepiej. Poziom bili­ru­bi­ny spadł do nor­my, a ja poczu­łem się dużo lepiej i po paru dniach byłem już w domu na Saskiej Kępie – mimo prze­po­wie­ści kocha­nej teścio­wej, że mnie jesz­cze na czar­nym wozie z domu wywiezie.

W tym samym domu, gdzie miesz­ka­łem ja z żoną Ire­ną, syna­mi – Krzysz­to­fem i Grze­go­rzem (2 lata), miesz­ka­ła teścio­wa (wdo­wa), sio­stra mojej żony – Bar­ba­ra, zamęż­na z Goj­skim oraz Tere­sa (Siu­nia), któ­ra była żoną moje­go kole­gi T. Gon­tar­skie­go. Siu­nia była po Aka­de­mii Sztuk Pięknych.

Jakiś zły duch sza­lał w tym budyn­ku, cią­gle ktoś z kimś się kłó­cił, docho­dzi­ło do bar­dzo przy­krych incy­den­tów. Sta­ra­łem się cią­gle łago­dzić i zaże­gny­wać kon­flik­ty, dla­te­go mło­dzi nazy­wa­li mnie – „gołąb­kiem poko­ju”, a teścio­wa – „zim­nym dyplo­ma­tą”. Kie­dy dosze­dłem do zdro­wia po ostat­niej cho­ro­bie, zaczą­łem spe­cja­li­za­cję w Szpi­ta­lu Świę­te­go Ducha na Woli u dra Kró­li­kie­wi­cza. Było tam kil­ku kole­gów i kole­ża­nek w tej samej sytu­acji, mię­dzy inny­mi: kole­żan­ka Danu­ta Samo­der, Bar­ba­ra Olszew­ska, kole­ga Henio Choj­nac­ki, kole­żan­ka Mikul­ska i 2 innych. Zastęp­cą dyrek­to­ra był dr Kafliń­ski. Ordy­na­tor, sta­rym zwy­cza­jem, był dru­gim po Bogu, dr Kafliń­ski – trzecim.

Zabra­łem się do roboty.

Zro­bi­łem spe­cja­li­za­cję pierw­sze­go i dru­gie­go stop­nia; zda­łem egza­mi­ny z języ­ków angiel­skie­go i rosyj­skie­go, jako wstęp do doktoratu.

Przy­jaź­ni­li­śmy się w pew­nej gru­pie i czę­sto po pra­cy w parę osób wstę­po­wa­li­śmy na pół czar­nej i prze­ką­ski, oma­wia­jąc spra­wy minio­ne­go dnia. Dotar­ło to do dok­to­ra Kró­li­kie­wi­cza i sta­łem się per­so­na non gra­ta. Czu­łem, że atmos­fe­ra się zmie­ni­ła, a moje sto­sun­ki z sze­fem sta­wa­ły się coraz bar­dziej zim­ne, aż doszło do rozstania.

Przez zna­jo­mo­ści zała­twi­łem sobie pra­cę jako kon­sul­tant oto­la­ryn­go­lo­gii na peł­nym eta­cie w Szpi­ta­lu Gro­chow­skim. Mia­łem do dys­po­zy­cji łóż­ka na oddzia­le chi­rur­gicz­nym, no i byłem samodzielny.

W pra­cy sto­sun­ki mia­łem bar­dzo miłe dyrek­to­rem szpi­ta­la i ordy­na­to­rem był dr Masz­tak – bar­dzo sym­pa­tycz­ny i przy­chyl­ny mi człowiek.

Kon­sul­to­wa­łem na poszcze­gól­nych oddzia­łach i byłem bar­dzo zado­wo­lo­ny z pra­cy i życia. Nasi syno­wie rośli, byli zdro­wi, już uczy­li się w szko­le na Saskiej Kępie. Po śmier­ci „ojca ludz­ko­ści” – Sta­li­na — życie sta­wa­ło się nie­co łatwiej­sze w Pol­sce, a gra­ni­ce nie­co się otwo­rzy­ły i po raz pierw­szy dosta­li­śmy pozwo­le­nie na wyjazd do Czech przy granicy.

Mie­li­śmy już w tym cza­sie samo­chód Fiat 600, gdyż dosta­łem „przy­dział”, oczy­wi­ście za łapów­kę – 10 000 zł, a samo­chód kosz­to­wał 50 000 zł. Poje­cha­li­śmy razem ze zna­jo­my­mi Dadą i Ryszar­dem Kowa­lew­ski­mi. Bar­dzo ich lubi­łem, ale jak się oka­za­ło póź­niej, była to sym­pa­tia bez wza­jem­no­ści. Oka­za­ło się, że są to zaro­zu­mial­cy i bufo­nii. On był synem peru­ka­rza teatral­ne­go, ona – jak twier­dzi­ła – pocho­dzi­ła z jakiejś rodzi­ny „zie­miań­skiej”, ale tyl­ko ze stro­ny mat­ki. Ojciec był wobec tego na dru­gim miejscu.