Wawrzyniec Łęcki: Dlaczego pod prąd? (1)

        Gdańsk, 14 kwietnia 2020 r.

        Wskutek szeroko rozpowszechnionej epidemii koronawirusa mamy bardzo skomplikowaną sytuację polityczną i gospodarczą, która zbiega się z wyborami Prezydenta RP. Będąc w Kanadzie podczas śnieżnej i mroźnej zimy w 2003 roku spisałem swoje wspomnienia na konkurs ogłoszony przez Pierwszy Program Polskiego Radia. Konkurs ostatecznie nie doszedł do skutku, a wspomnienia pozostały. Z pomocą wnuków postanowiłem przenieść je do formy elektronicznej i przesłać zaufanym osobom i redakcjom, aby przypomnieć stare czasy, które nie były lekkie dla mojego pokolenia. Miałem szczęście poznać wiele interesujących osób i wiele okolic Polski. Opisałem wszystko w sposób syntetyczny i z pewnym humorem. Mam nadzieję, że moje wspomnienia pokażą nowym pokoleniom jak kiedyś się żyło i pracowało, aby Polak był mądry “przed szkodą”. Wszystko wskazuje na to, że mimo dużego wysiłku Rządu i społeczeństwa międzynarodowego szkód różnorakich będzie dużo. Wawrzyniec Łęcki

Mississauga, styczeń 2003r.

Przez Polskę płynie niemała rzeka wódki i spirytusu z licznymi dopływami spoza naszych granic, głównie ze wschodu. Niemal przez całe, dorosłe życie (rozpoczęte w 1931 r.), często stawałem w poprzek tego nurtu, co najczęściej było niebezpieczne i wywoływało zdziwienie, a nawet dezaprobatę u wielu znajomych.

Do napisania moich wspomnień i doświadczeń zmobilizowały mnie dwa zdarzenia:

Po pierwsze, zamarznięcie w grudniu 2002 r. pijanego 14-latka, a po wtóre wypowiedź mojej 90-letniej Mamy, która po kolejnym zgonie mocno trunkowego znajomego powiedziała: „Popatrz ilu pijaków, starszych i młodszych od naszego Kazika już umarło, a on jeszcze żyje.”

Wówczas powiedziałem: „Czy pamiętasz, jakie lanie na kolanie sprawiłem Kazikowi, kiedy wyciągnąłem go półżywego i mocno zapitego z rowu, a było to jeszcze przed Nowym Rokiem i rok po jego ślubie.”

Rzeczywiście było to straszne i Hania (żona) była zbulwersowana, bo mąż nie mógł siedzieć i iść do pracy. Jeszcze po 26 latach wolał nie spotkać się ze mną, gdy na weselu siostrzenicy trochę porozrabiał po pijanemu. Smutny i niezauważalny w Polsce morał wynika z tego faktu. Kiedyś nie tylko mówiło się o napędzaniu rozumu z tyłka do głowy.

Urodziłem się niedaleko hrabiowskiej posiadłości Aleksandra Fredry, jako pierworodne dziecko, nierokujące dużych nadziei i dlatego osiem dni po urodzeniu przyniesiono mnie do chrztu 10 sierpnia, czyli w dniu Św. Wawrzyńca. Matka chciała, aby nadano mi imię Olek, a ojciec Stanisław, tak jak powinno się nazywać pierworodnego syna. Ksiądz mocno skonfliktowany z ojcem uważał, że skoro chrzest jest w dniu Św. Wawrzyńca, to będzie Wawrzyniec, a na drugie Stanisław. I tak też się stało. Z szacunkiem odnoszę się do rodziców za to, że nie próbowali zmieniać na użytek codzienny mojego imienia, które po latach okazało się ważne. Ojciec nie mógł darować owemu księdzu butności oraz straty poważnych pieniędzy ulokowanych przez Mamę w kasie oszczędnościowej proboszcza.

W latach dwudziestych zbliżała się duża inflacja. Księżulo nie chciał zwrócić ojcu, jedynemu żywicielowi licznej rodziny, żadnych pieniędzy. Matka, wielka dewotka nie śmiała kłócić się z księdzem. Skończyło się jednak kłótnią i uderzeniem ojca pejczem (siedząc na koniu). Wtedy on ściągnął tego „Grobelnego” na ziemię i sprawił mu lanie, przez co musiał uciekać w nieznane.

Kilkanaście kilometrów za Lwowem rozpocząłem naukę w szkole wiejskiej, gdzie uczyłem się równocześnie po polsku i ukraińsku. Dwa lata przed wojną umarła Babcia. Trochę wcześniej z miejsca mojego urodzenia (Koniuszek, a obecnie Łuki) zabrano dyscyplinarnie księdza-kombinatora.

Ojciec będąc rasowym Lachem, nawet z dobrą znajomością poprawnego języka ukraińskiego, wolał wyjechać z tamtych stron, gdzie liczni nacjonaliści ukraińscy szykowali się do odwetu na Lachach. Wróciliśmy do domu Babci i miejsca mojego urodzenia.

Nie zdążyłem na dobre rozpocząć nauki w drugiej klasie, gdy wybuchła II wojna światowa.

Po krótkim pobycie Niemców wkroczyli Rosjanie i dzięki temu rozpocząłem naukę już w pałacu hrabiowskim, mając za nauczycieli głównie Rosjanki.

Znając bukwy, wyjątkowo nie byłem cofnięty o jeden rok i wkrótce zostałem nawet prymusem obdarowanym na zakończenie roku szkolnego krasiwym dyplomem z podobizną Lenina i Stalina. Zazdroszczono mi tego dyplomu i nic dziwnego, że pociąłem go na kilka małych dyplomów, obdarowując kolegów z klasy. Fakt ten spowodował wezwanie Ojca do szkoły.

Wówczas powiedział: „On zmuszony był to zrobić, ponieważ zazdroszczono mu. Jest najmniejszy w 2 klasie i musiał podzielić się tym dyplomem. Dopiero po kilku latach zrozumiałem, dlaczego nauczyciele rosyjscy tak rozczulali się nad moim imieniem, które było takie samo, jak słynnego Ławrentija Berii. Nauka w pałacu była dla mnie – niespokojnego ducha – rzeczą ciekawą i pełną różnych przygód.

Po wybuchu wojny stalinowsko-hitlerowskiej wyrzucono nas z pałacu do starej i ciasnej szkoły, a nauka była taka słaba, że niewiele pamiętam z tego okresu, poza nauką odbywającą się w kościele z dobrotliwym księdzem Maciejem Sieńko, który przygotowywał mnie do pierwszej komunii.

Odnosiłem wrażenie, że ksiądz ten chce wynagrodzić krzywdy wyrządzone przez poprzednika.

Trudno też zapomnieć, jak mnie i mojego sprytnego kumpla Józia starsi koledzy wykorzystywali do kradzieży broni Niemcom. W czasie okupacji niemieckiej (1942-1944) broń potrzebna była do obrony przed napadami band ukraińskich, które szczególnie mocno dały się we znaki Polakom na Wołyniu i tam skąd uciekła moja rodzina w drugiej połowie 1938 r.

Na naukę nie miałem wiele czasu, ponieważ musiałem pomagać Mamie utrzymać młodsze rodzeństwo (dwóch braci i siostrę). Ojciec długo nie mógł wrócić spod granicy polsko-rumuńskiej. Gdyby nie znał dobrze języka ukraińskiego, zapewne by nie wrócił.

Na początku 1945 roku wysiedlono nas razem z księdzem Sieńko na Ziemie Odzyskane (Ocyckane). Po długiej podróży wagonami towarowymi, większość ludzi z mojej wsi została w dużej, ale bardzo zniszczonej wsi Bieniów.

Po przyjeździe naukę rozpocząłem w mieście powiatowym Żary, dojeżdżając codziennie pociągami zawierającymi najczęściej wagony tzw. stodoły. Będąc zapóźniony wiekowo w nauce, udało mi się, prawie bez korepetycji, przeskoczyć szóstą klasę. Chociaż robili to i inni uczniowie, to i tak słyszało się powiedzonka: “Proszę pani jego nie ma, bo pilnuje żony.”

Udało mi się skończyć siódmą klasę, tzn. szkołę podstawową, z ocenami dobrymi i teraz problem, gdzie pójść dalej, aby wyrwać się z domu, w którym ciągle było co robić.

 

Wybrałem szkołę z internatem w Nowej Soli. Szybko zdobyłem uznanie u dyrektora szkoły i naraziłem się jego zastępcy, który preferował styl wojskowy. Ja zawsze byłem indywidualistą i nie pasowałem byłemu oficerowi WP.

Wyróżniałem się nadmiarem energii i siły, co ujawniło się przy pożarze internatu zamieszkałego przez dziewczęta. W czasie tego pożaru złodziejaszki z miasta porywali walizeczki i inne rzeczy z pokoi dziewcząt. Na moje nieszczęście za złodzieja uznaliśmy niedużego człowieka, który później okazał się zastępcą komendanta UB w Nowej Soli. Moja arogancja, a przede wszystkim dobre pochodzenie, tak podobały się ubekom, że nie dawali mi spokoju.

Rok przed maturą zmieniłem szkołę, przenosząc się do Zielonej Góry, gdzie kontynuowałem naukę w Korespondencyjnym Liceum Ogólnokształcącym i jednocześnie rozpocząłem pracę w Komendzie Wojewódzkiej „Służba Polsce”.  Jeżdżąc po terenie całego województwa, miałem okazję poznać wiele ciekawych ludzi oraz zmuszony byłem do ciągłego pisania.  Nawyk ten pozostał u mnie do dzisiaj.

W Liceum Korespondencyjnym uczyli bardzo dobrzy nauczyciele (przeważnie emeryci), którzy przygotowali mnie tak, że bez trudu zdałem egzamin na Wydział Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie była duża konkurencja. Jeszcze przed opuszczeniem Warszawy, wiedziałem, że jestem przyjęty. Mając dobre układy w Komendzie SP na egzamin wstępny wyjechałem z delegacją służbową i gdy zgłosiłem się, aby ją podbić, sekretarka oznajmiła mi , że dziekan chce ze mną rozmawiać. Początkowo byłem przerażony, ale wkrótce rozpierała mnie duma. Profesor powiedział, że jestem przyjęty na studia i mam zapewniony akademik. Zapytał się, czy zgadzam się zostać starostą roku. Zgodziłem się, chociaż bałem się, czy poradzę sobie z cwaniaczkami warszawskimi.

Długo musiałem pełnić tę funkcję, a na drugim roku przypadła mi mało zaszczytna rola opiekowania się Tadziem, który repetował rok i był zaawansowanym alkoholikiem. Gdyby jego mamusia nie była zasłużoną działaczką Gwardii Ludowej, dawno wyleciałby z UW. Przez ponad dwa semestry udawało mi się, na prośbę Mamy, trzymać Tadzia z dala od czaru PGR-u i innych trunków. Pod koniec roku (bodajże 1953) Tadzio parę razy upił się, za co dostał ode mnie parę klapsów, które pozostawiły niewielkie siniaczki. Tadzio nie wstydził się pokazać ich kochanej mamusi, która zrobiła mi awanturę, po czym podziękowałem w niezbyt dżentelmeński sposób za zaszczyt i możliwość wydzielania synkowi zapłaty. Tadzio wkrótce zakończył żywot studenta i najprawdopodobniej wrócił do mamy.

Z okresu studiów niezapomniane przeżycia pozostały w pamięci ze spotkań z Prof. Wojciechem Świętosławskim. Odbywałem bowiem praktykę studencką w jego pracowni. Pracowałem razem z panem Jankiem, który był gońcem w czasie Powstania Warszawskiego.

Profesor niezadowolony był niemal po każdej rozmowie z byłym asystentem, a ówczesnym Ministrem Chemii — B. Rumińskim. Pewnego razu nawet powiedział: „Gdybym wiedział, że on tak zgłupieje, to bym go nie wyciągał z Berezy Kartuskiej.” Dziadkowi chodziło o to, że rozwój chemii w Polsce idzie w złym kierunku. Za błąd uważał szumną budowę przestarzałego zakładu w Wizowie kosztem karbochemii, chemii organicznej i petrochemii.

Drugi moment, to ostra rozmowa naszej grupy z wykładowczynią marksizmu-leninizmu.

Wykładowczyni (nazwiska nie pamiętam) miała do nas pretensje, że lekceważymy lektorkę z jej przedmiotu i traktujemy go jak religię, w którą trzeba wierzyć i nic więcej.

Gdy przyszło do otwartej dyskusji na współczesne tematy, wówczas Halinka, która kończyła szkołę średnią w Anglii i po śmierci ojca górnika (komunisty) przyjechała do Warszawy do swojej Babci, zapytała: “Co Pani rozumie przez demokrację?” W pewnym momencie wykładowczyni powiedziała: „Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że za takie poglądy wylatuje się z uczelni?”

Wówczas ja, starosta roku, powiedziałem, że gdy chociaż jeden podany przez nas fakt okaże się nieprawdziwy, wówczas niech zacznie wyrzucać zaczynając ode mnie. Gdy owa Pani zaczęła nam mówić, że przywileje w Polsce obejmują ludzi zasłużonych i inwalidów wojennych, wówczas zapytałem ją, czy zna profesora Świętosławskiego? Odpowiedziała, że oczywiście. Ale tak zasłużonych i wybitnych naukowiec nie może obronić swojego laboranta przed niesłusznym prześladowaniem przez UB.

Nie wiem, co powiedział prof. Świętosławski naszej wykładowczyni, ale po śmierci Stalina i XX Zjeździe KC KPZR dziękowała nam za uchronienie jej przed szokiem. Nie była też zaskoczona tym, że nie chciałem bardzo dobrej, a tylko dobrą ocenę z jej przedmiotu.

Po każdym roku akademickim zmieniano mi miejsce zamieszkania, przez co z konieczności poznawałem Warszawę. Najzabawniej, a jednocześnie najgorzej, było, gdy zamieszkałem w nowym akademiku na ulicy Kickiego (robotniczy Grochów). Były tam dwa domy studenckie – z wieloma usterkami, bez stołówki, ale z wieloma atrakcjami, które stwarzały studentki zamieszkałe naprzeciwko nas.A poza tym dochodziło do bójek z tamtejszymi chuliganami. Po wielkiej rozróbie studentów z „klasą robotniczą” oraz z powodu różnych zażaleń odwiedził nas sam Jakub Berman, członek Biura Politycznego KC PZPR, odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Od niego dowiedziałem się, dlaczego akademiki zbudowano tak daleko od uczelni. Otóż, chodziło o zasilenie robotniczego Grochowa w inteligencje, odwrotnie było z Nową Hutą pod Krakowem. Wybudowano ją na żyznych ziemiach wsi Mogiła i to podobno wbrew sugestii towarzyszy radzieckich, którzy chcieli wybudować hutę w pobliżu Sanu i Przemyśla, aby nie trzeba było przeładowywać rudy. Zwyciężyły racje polityczne, czyli najważniejsze w owym czasie.

cdn