Spo­tka­nie

Sześć lat temu pole­cia­łem do Pol­ski i jak zwy­kle bazą mojej wypra­wy było miesz­ka­nie mojej kuzyn­ki Jolan­ty Lan­ge w Lubli­nie. Mia­łem wie­le rze­czy do zała­twie­nia lecz naj­waż­niej­szą z nich było spo­tka­nie się z moim przy­ja­cie­lem, Fred­kiem Bon­do­sem. Umó­wi­łem się z nim w małej knajp­ce w cen­trum Świd­ni­ka tuż obok pomni­ka Bol­ka i Lolka.

Cóż to za pomnik? Pomnik ten przed­sta­wia dwóch żoł­nie­rzy, pol­skie­go i radziec­kie­go moc­no w sie­bie wtu­lo­nych. Nie­ste­ty rzeź­biarz Sła­wo­mir Mie­lesz­ko cał­ko­wi­cie skno­cił swą robo­tę. W prze­ci­wień­stwie do Bol­ka i Lol­ka, któ­rzy mie­li wiel­kie gło­wy i małe cia­ła, w przy­pad­ku tego obiek­tu gło­wy były malut­kie, a cia­ła bar­dzo długie.

reklama

Kie­dy wszy­scy zorien­to­wa­li się, jaki to jest kit, autor oświad­czył, że daru­je to mia­stu jako dar. W tej sytu­acji mia­sto nie mogło odmó­wić  i „pomnik” stoi tam do tej pory. Kie­dyś jakiś nie­zna­ny spraw­ca nało­żył na tą malut­ką głów­kę noc­nik, oczy­wi­ście peł­ny temu z gwiaz­dą, co było nie lada wyczy­nem, gdyż musiał użyć wiel­kiej dra­bi­ny, a pomnik jest w pobli­żu poste­run­ku policji.

Michał Stro­gow, kurier carski

Na spo­tka­nie z Fred­kiem zamó­wi­łem na obiad stro­go­no­wa jako wspo­mnie­nie pro­gra­mów w radiu, któ­re były nada­wa­ne zawsze o pół­no­cy i roz­po­czy­na­ły się melo­dią z fil­mu „Michał Stro­gow – kurier car­ski”. Pamię­tam mili­cyj­ne pojaz­dy  z wiel­ki­mi ante­na­mi, któ­re wyły nie­sa­mo­wi­cie gło­śno sta­wia­jąc na nogi całe mia­sto. Nie­ste­ty pro­gra­my radio­we były krót­kie i co noc w innym miej­scu. Więk­szość miesz­kań­ców pra­co­wa­ła w WSK i musia­ła wsta­wać bar­dzo wcze­śnie, aby zdą­żyć do pra­cy na siódmą.

Miesz­ka­łem wte­dy na Gło­wac­kie­go i sły­chać było tupot tysię­cy ludzi idą­cych do pra­cy już zmę­czo­nych, bo nie­wy­spa­nych. Nie było wte­dy żad­nej komu­ni­ka­cji miej­skiej. Ówcze­sne wła­dze mia­ły na celu jesz­cze inny aspekt. Liczy­li na to, że ludzie będą mie­li tego dosyć i w koń­cu dadzą jakieś infor­ma­cje doty­czą­ce radia Soli­dar­ność w Świd­ni­ku. Nie­ste­ty bar­dzo się prze­li­czy­li. Soli­dar­ność to nie tyl­ko nazwa orga­ni­za­cji, ale wszy­scy byli soli­dar­ni. To coś jak sycy­lij­ska omer­ta. Zamiast zła­mać miesz­kań­ców Świd­ni­ka, spo­wo­do­wa­li tyl­ko jesz­cze więk­szą złość i zawzię­tość. Jed­nym z orga­ni­za­to­rów tego radia i auto­rem tek­stów był Alfred Bondos.

Skok do wolności

Pew­ne­go dnia o świ­cie zaczę­ło się łomo­ta­nie do drzwi Fred­ka. Pora ta była zawsze cza­sem akcji, gdyż ludzie byli jesz­cze w łóż­ku. Gdy zoba­czył przez wizjer, że to jest mili­cja i SB, zdą­żył tyl­ko ubrać spodnie i swe­ter, na buty już zabra­kło cza­su, bo już wyła­my­wa­li drzwi.  Sko­czył z dru­gie­go pię­tra i uciekł do pobli­skie­go klu­bu Iskra i tam skrył się w rupie­ciar­ni. Już wte­dy wszy­scy go zna­li i poma­ga­li, jak mogli. Nie­dłu­go też zor­ga­ni­zo­wa­no prze­wie­zie­nie go karet­ką pogo­to­wia do WSK Świd­nik. Karet­ka pogo­to­wia była jedy­nym bez­piecz­ny środ­kiem transportu.

Szcze­gól­nie zacie­kle poszu­ki­wa­ny przez bez­pie­kę Bon­dos ukry­wał się w zakła­do­wej ace­ty­le­now­ni, potem czte­ry dłu­gie mie­sią­ce w kana­le. – Ze świecz­ką, latar­ką, zim­nem, w jed­nych wacia­kach, z krót­ki­mi lista­mi od rodzi­ny i stra­chem o usły­sze­niu każ­de­go hała­su w pobli­żu.-  Przy­zna­ję, że mie­wa­łem wte­dy myśli samo­bój­cze. Pomógł mi jed­nak róża­niec. Posta­no­wi­łem, że nie wol­no mi tak skoń­czyć – wspominał.

Potem były mie­sią­ce ukry­wa­nia się na wsi pod Łęcz­ną i w Lubli­nie. Było jed­nak  tro­chę lżej. Widy­wał rodzi­nę, tra­fił na uczci­wych ludzi. Cho­ciaż nie­któ­rzy oko­licz­ni miesz­kań­cy zauwa­ży­li go i roz­po­zna­li, nikt go nie zdradził.

Na lubel­skim LSM-ie miesz­kał u star­szej pani, któ­ra pro­wa­dzi­ła bar­dzo aktyw­ne życie kul­tu­ral­no-towa­rzy­skie. Jako loka­tor czę­sto uczest­ni­czył w tych spo­tka­niach nie wie­dząc, że goście dosko­na­le orien­tu­ją się w jego sytuacji.

W 1984 roku ujaw­nił się i od razu tra­fił na pół roku do wię­zie­nia na Rako­wiec­kiej. Kolej­ne lata spę­dził na utarcz­kach z „wła­dzą ludo­wą”, któ­ra robi­ła wszyst­ko, aby uprzy­krzyć mu życie.

Począ­tek strajku

Pierw­sze­go lip­ca 1980 roku wła­dze pań­stwo­we wpro­wa­dzi­ły pod­wyż­kę cen na nie­któ­re gatun­ki mię­sa oraz wędlin. Posu­nię­cie to sta­no­wi­ło frag­ment rzą­do­we­go pro­gra­mu oszczęd­no­ścio­we­go, mają­ce­go na celu zaha­mo­wa­nie  kry­zy­su eko­no­micz­ne­go. Infor­ma­cji o pod­wyż­ce nie poda­no do wia­do­mo­ści publicz­nej, ponie­waż począ­tek okre­su waka­cyj­ne­go i urlo­po­we­go miał zagwa­ran­to­wać unik­nię­cie ewen­tu­al­nych pro­te­stów ze stro­ny spo­łe­czeń­stwa. Pomi­mo tych cichych zabie­gów roz­po­czę­ły się straj­ki w wie­lu przedsiębiorstwach.

Pierw­szym zakła­dem był WSK Świd­nik. Zapal­ni­kiem straj­ku w WSK Świd­nik sta­no­wi­ły nowe ceny w zakła­do­wym bufe­cie. O godz. 9:30 po stwier­dze­niu wzro­stu arty­ku­łów spo­żyw­czych ktoś krzyk­nął: „nie robi­my” i pra­cę prze­rwa­ło 80 pra­cow­ni­ków Wydzia­łu Obrób­ki Mecha­nicz­nej W‑320. Nazy­wa­no to potem: „wszy­sto zaczę­ło się od kotle­ta”. Kotlet podro­żał z 10.20 na 18.10 zł. Pra­cow­ni­cy byli obu­rze­ni fak­tem, że pod­wy­żek nie połą­czo­no z rów­no­cze­snym przy­zna­niem odpo­wied­nie­go ekwi­wa­len­tu pła­co­we­go. Oko­ło godz. 10 fala zło­ści ogar­nę­ła całą halę nr 1 wraz z trze­ma wydzia­ła­mi mecha­nicz­ny­mi. O godz. 11 sprze­ciw prze­niósł się tak­że na pra­cow­ni­ków pro­duk­cyj­nych pozo­sta­łych wydziałów.

Kie­row­ni­cy pro­duk­cyj­ni oraz tzw. aktyw par­tyj­ny pod­ję­li roz­mo­wy z pro­te­stu­ją­cy­mi. Robot­ni­cy doma­ga­li się cof­nię­cia pod­wy­żek oraz spo­tka­nia z dyrek­to­rem zakła­du płk Janem Czo­ga­łą.  Ludzie gro­ma­dzi­li się przed biu­row­cem, śpie­wa­li „Boże coś Pol­skę” i krzy­cze­li „dyrek­tor­ku wyjdź”.

Wte­dy bar­dzo przy­tom­nie zacho­wa­ła się Zofia Bart­kie­wicz z biu­row­ca. Wzię­ła mikro­fon i powie­dzia­ła: idź­cie na wydzia­ły i pisz­cie postu­la­ty. Wie­czo­rem, gdy się spo­tka­li­śmy, tych postu­la­tów było chy­ba ze 120 – mówił Czogała.

Czte­ry dni

Przez te czte­ry dni ludzie przy­cho­dzi­li do pra­cy, ale nie pra­co­wa­li. Czwar­te­go dnia pod­pi­sa­no poro­zu­mie­nie. Pra­cow­ni­cy dosta­li pod­wyż­kę pła­cy i zapew­nie­nie, że zaopa­trze­nie w Świd­ni­ku ule­gnie popra­wie. Za okres straj­ku dosta­li śred­nie wyna­gro­dze­nie. Wła­dze zobo­wią­za­ły się, że nie będą wycią­gać żad­nych kon­se­kwen­cji w sto­sun­ku do straj­ku­ją­cych. Robot­ni­cy mie­li odpra­co­wać stra­ty powsta­łe z powo­du straj­ku bez­płat­nie, w wol­nym cza­sie. Było to pierw­sze w PRL poro­zu­mie­nie władz ze straj­ku­ją­cym robotnikami.

Pro­test w Świd­ni­ku roz­po­czął falę straj­ków w całym regio­nie nazwa­ną póź­niej „Lubel­skim Lip­cem”. Łącz­nie zastraj­ko­wa­ło ponad 150 zakła­dów pra­cy i oko­ło 50 tys. ich pracowników.

Świd­nic­kie spacery

Świd­nik to nie­sfor­ne mia­sto. Obok straj­ku oku­pa­cyj­ne­go w WSK wszy­scy miesz­kań­cy posta­no­wi­li dotle­niać się wie­czo­rem cho­dząc na spa­ce­ry wzdłuż głów­nej uli­cy tego mia­sta Sła­wiń­skie­go (teraz Nie­pod­le­gło­ści). Szli z rodzi­na­mi, dzieć­mi, pie­ska­mi. Jed­nak ówcze­snym wła­dzom to się nie podo­ba­ło. Orga­ni­zo­wa­li łapan­ki, jak w cza­sie woj­ny i wywo­zi­li do Piask, mia­stecz­ka odle­głe­go od Świd­ni­ka o 25 km. i tam pusz­cza­li wol­no. Nie było wte­dy żad­nych auto­bu­sów, żad­ne­go trans­por­tu. Rodzi­ny musia­ły wra­cać do domu pie­szo, z dzieć­mi i pie­ska­mi. W cza­sie sta­nu wojen­ne­go w całej Pol­sce obo­wią­zy­wa­ła godzi­na mili­cyj­na od 10 wie­czo­rem. Aby zli­kwi­do­wać spa­ce­ry zaczy­na­ją­ce się o 7 wie­czo­rem wpro­wa­dzo­no godzi­nę mili­cyj­ną od 7 wie­czo­rem i aby zmu­sić ludzi do oglą­da­nia dzien­ni­ka TV, któ­ry był o 7:30.

No to sta­wia­li­śmy tele­wi­zo­ry na para­pe­tach ekra­na­mi do uli­cy, aby zomow­cy oglą­da­li sobie dzien­nik. Były też czę­ste przy­pad­ki, kie­dy ktoś wypro­wa­dził psa na spa­ce­rek, ale ci ludzie byli aresz­to­wa­ni i prze­by­wa­li w aresz­cie całą noc, a psy czę­sto ginę­ły bez powro­tu. Szo­ku­ją­ce dla nas było to, że Zachód nie reago­wał na to, co dzia­ło się w Pol­sce. Ani słowa.

Wol­ność

Po odzy­ska­niu przez Pol­skę wol­no­ści, do któ­rej przy­czy­nił się w znacz­nym stop­niu, Alfred Bon­dos z całą ener­gią zabrał się za budo­wę nowej rze­czy­wi­sto­ści. Roz­po­czął pra­cę w samo­rzą­dzie, był bar­dzo aktyw­ny spo­łecz­nie. Kolej­ni bur­mi­strzo­wie nie mie­li z nim łatwo. Potra­fił zgło­sić votum sepa­ra­tum, kie­dy nie podo­ba­ła mu się jakaś decy­zja. W tym cha­rak­ter mu się nie zmie­nił, mimo zmia­ny ustro­ju. Jego walecz­ność mia­ła jed­nak gra­ni­cę. Sta­no­wi­ła ją tro­ska o ludz­kie życie. Się­ga­jąc pamię­cią wstecz, tak pod­su­mo­wał naj­trud­niej­sze lata: — „Od tra­gicz­nych gru­dnio­wych dni 1981 roku w Pol­sce zmie­ni­ło się wie­le. Nie­któ­rzy narze­ka­ją, że nie o taką wol­ność wal­czy­li. Cza­sem zda­rza się, że ci, któ­rzy prze­szli wte­dy naj­mniej, dziś for­mu­ją naj­bar­dziej rady­kal­ne wła­dze. Jestem dum­ny, że uda­ło nam się wte­dy unik­nąć ofiar, że sce­men­to­wa­li­śmy całą spo­łecz­ność mia­sta, któ­ra aż do upad­ku komu­ni­stycz­ne­go sys­te­mu, była dla Pol­ski sym­bo­lem wol­no­ści. Echa wyda­rzeń tam­tych lat tkwią w niej do dzi­siaj two­rząc to, co nazy­wa­my toż­sa­mo­ścią. Jestem prze­ko­na­ny, że czte­ry gru­dnio­we dni  1981 roku zro­bi­ły dla budo­wy tej toż­sa­mo­ści wię­cej niż całe dzie­się­cio­le­cia”. Pro­te­sty na Lubelsz­czyź­nie trwa­ły ponad dwa tygo­dnie. Wkrót­ce potem roz­po­czę­ły się straj­ki na Wybrze­żu, któ­re dopro­wa­dzi­ły do pod­pi­sa­nia poro­zu­mień o utwo­rze­niu nie­za­leż­nych związ­ków zawodowych.

Bio­gra­fia Alfre­da Bondosa

Alfred Bon­dos, ur. 28 VII 1945 w Janów­ku koło Świd­ni­ka. Bon­dos okre­ślał się jako prak­ty­ku­ją­ce­go kato­li­ka, w Świd­ni­ku miesz­kał od 1968 roku. Pra­cow­nik WSK PZL Świd­nik w latach 1961–1981 i 1995–1997. W latach osiem­dzie­sią­tych współ­za­ło­ży­ciel Związ­ku „Soli­dar­ność” w WSK Świd­nik, czło­nek I Komi­sji Zakła­do­wej „Soli­dar­no­ści” w WSK, dele­gat na I Regio­nal­ny Zjazd w Świd­ni­ku i I Kra­jo­wy Zjazd NSZZ „Soli­dar­ność” w Gdań­sku. Zało­ży­ciel Pisma Związ­ko­we­go (Biu­le­tyn Związ­ko­wy) „Soli­dar­ność” – „Grot”. Pro­wa­dził audy­cje związ­ku w radio­węź­le zakła­do­wym WSK. 13 grud­nia 1981 r. po bra­wu­ro­wej uciecz­ce (wysko­czył przez bal­kon z II pię­tra swo­je­go miesz­ka­nia), unik­nął inter­no­wa­nia. Prze­do­stał się do fabry­ki i uczest­ni­czył w pra­cy Komi­te­tu Straj­ko­we­go w WSK Świdnik.

Po pacy­fi­ka­cji zakła­du przez woj­sko i ZOMO, 16 grud­nia 1981 r. wymknął się obła­wie na przy­wód­ców straj­ko­wych. Ponad rok ukry­wał się poza domem, przez pierw­sze czte­ry mie­sią­ce pozo­sta­jąc na tere­nie WSK. Z zakła­du wywie­zio­ny został samo­cho­dem Głów­ne­go Dys­po­zy­to­ra, omi­ja­jąc usta­wio­ne wów­czas podwój­ne stra­że. Wyrzu­co­ny został dys­cy­pli­nar­nie z pra­cy, nie mógł zna­leźć  zatrud­nie­nia. Po wie­lu pery­pe­tiach zaczął zara­biać na życie tak­sów­ką baga­żo­wą, któ­rą dostał ze skła­dek „Soli­dar­no­ści”. Pojazd ten został skra­dzio­ny i roz­bi­ty przez „nie­zna­nych sprawców”.

Dzia­ła­nia SB i wła­dzy reżi­mo­wej mia­ły na celu zdys­kre­dy­to­wa­nie go w oczach spo­łe­czeń­stwa, zastra­sze­nie i zmu­sze­nie do rezy­gna­cji z dzia­łal­no­ści opo­zy­cyj­nej, a nawet do opusz­cze­nia kra­ju. Wszyst­kie te zabie­gi zakoń­czy­ły się jed­nak fia­skiem. Zaraz po wyj­ściu z ukry­cia, włą­czył się w dzia­ła­nia pod­ziem­nych struk­tur „Soli­dar­no­ści”.

Alfred Bon­dos był auto­rem tek­stów do poło­wy audy­cji pod­ziem­ne­go Radia „Soli­dar­ność”. Pod róż­ny­mi pseu­do­ni­ma­mi pisał arty­ku­ły do pod­ziem­ne­go „Gro­ta”. Razem z żoną Ali­ną i przy­ja­ciół­mi orga­ni­zo­wał tzw. „Waka­cje z Bogiem” dla dzie­ci osób repre­sjo­no­wa­nych. Akcja ta zosta­ła roz­po­wszech­nio­na na cały kraj i trwa­ła przez wie­le lat. Alfred Bon­dos był współ­or­ga­ni­za­to­rem cha­ry­ta­tyw­ne­go Komi­te­tu Pomo­cy SOS „Soli­dar­ność” w Świd­ni­ku. Współ­pra­cu­jąc z kolej­ny­mi Komi­sja­mi Pod­ziem­ny­mi, Bon­dos przy­czy­nił się do „roz­mon­to­wa­nia” sys­te­mu komunistycznego.

21 stycz­nia 1984 r. został aresz­to­wa­ny. W aresz­tach Lubli­na i w słyn­nym wię­zie­niu na Rako­wiec­kiej w War­sza­wie spę­dził – bez dowo­dów winy — ponad sześć mie­się­cy. Po opusz­cze­niu wię­zie­nia przez dłu­gi czas pozo­sta­wał bez pra­cy. Pomi­mo nie­ustan­nych rewi­zji i prze­słu­chań wciąż pozo­sta­wał aktyw­ny. W mie­ście i regio­nie stał się sym­bo­lem wal­ki o pra­wa i god­ność czło­wie­ka. Po raz ostat­ni został aresz­to­wa­ny w czerw­cu 1987 r., w przed­dzień wizy­ty Ojca Świę­te­go w Lubli­nie. W efek­cie pod­czas Mszy Św. z papie­żem poja­wi­ły się trans­pa­ren­ty z żąda­niem uwol­nie­nia Bondosa.

W pierw­szych wol­nych wybo­rach samo­rzą­do­wych w 1990 r. Alfred Bon­dos został rad­nym Świd­ni­ka. W 1998 r. uzy­skał naj­lep­szy wynik wybor­czy do Rady Powia­tu Świd­nik. W 2002 r. uzy­skał man­dat na IV kaden­cję do Rady Mia­sta Świd­nik. Man­dat rad­ne­go miej­skie­go spra­wo­wał do 2018 r.

Alfred Bon­dos nie iden­ty­fi­ko­wał się z żad­ną par­tią. Dla spo­łecz­no­ści lokal­nej dzia­łał aktyw­nie w sto­wa­rzy­sze­niach Civi­tas Chri­stia­na oraz Wspól­no­cie Świd­nic­kiej (podwór­ko­we Dni Dziec­ka, Zie­lo­ne Dni Świd­ni­ka, Bie­gi Nie­pod­le­gło­ści). Co roku wspie­rał orga­ni­za­cyj­nie Orszak Trzech Króli.

W roku 2000 został odzna­czo­ny Zło­tym Krzy­żem Zasłu­gi, a w 2008 r. odzna­czo­ny został przez Pre­zy­den­ta RP Krzy­żem Ofi­cer­skim Orde­ru Odro­dze­nia Pol­ski. Rada Mia­sta Świd­nik, 22 grud­nia 2008 r. nada­ła mu tytuł „Zasłu­żo­ny dla mia­sta Świdnika”.

Fre­dek był bar­dzo zdro­wy, nie pił, nie palił, odży­wiał się zdro­wą, orga­nicz­ną żyw­no­ścią ze swo­jej dział­ki, toteż byłem cie­ka­wy co się sta­ło. Zapy­ta­łem więc Wal­de­ma­ra Jak­so­na, bur­mi­strza Świd­ni­ka. Oto co mi napi­sał: Praw­do­po­dob­nie udar. Sie­dział w fote­lu, żona robi­ła mu her­ba­tę. Kie­dy przy­szła z her­ba­tą, Fre­dek, cały siny, już nie żył. Kochał rodzi­nę, mia­sto i Ojczyznę.

Alfred Bon­dos zmarł 8 czerw­ca 2020 roku. Pogrzeb odbył się w para­fii św. Kin­gi w Świd­ni­ku 13 czerwca.

Janó­wek

Kie­dyś Fre­dek zagad­nął mnie: Lesz­ku, codzien­nie jeż­dżę na moją dział­kę w Janów­ku. Tam jest dom, w któ­rym się uro­dzi­łem i miesz­ka­łem. Jedziesz ze mną? Odpo­wiedź była krót­ka: Tak. Już na dru­gi dzień byli­śmy na miej­scu. Sta­ry, ale ład­nie utrzy­ma­ny dom, no i wiel­ka atrak­cyj­na dział­ka, może z pół hek­ta­ra. Fre­dek wołał mnie do domu na kawę lub na her­ba­tę ale już mnie nie było. Już zagu­bi­łem się wśród drzew i krze­wów, warzyw i owo­ców. Przez jakiś czas nawet nie sły­sza­łem co do mnie mówił. Podzi­wia­łem i doty­ka­łem wszyst­kie­go, pró­bo­wa­łem malin i porze­czek. Mia­łem też pół­hek­ta­ro­wą dział­kę w Kręp­cu, jed­nak to było inne, może lepiej zadba­ne. Patrzy­łem i uczy­łem się. Tak muszę zro­bić, to muszę zmie­nić. Potem było tysią­ce pytań. Nową rze­czą dla mnie była hodow­la gle­by naj­wyż­szej jako­ści, gdzie kró­lo­wa­ły dżdżow­ni­ce, któ­re pra­cu­jąc w tej gle­bie uwy­dat­nia­ły ją i popra­wia­ły jej jakość. Spy­ta­łem co z tym robi, odpo­wie­dział, że sprze­da­je i to za dobre pieniądze.

Potem widzia­łem wie­le kla­tek z kró­li­ka­mi, któ­re były kar­mio­ne rośli­na­mi z Fred­ka dział­ki bez żad­nych nawo­zów sztucz­nych. Tyl­ko to mię­so jadł. Mali­ny, cze­re­śnie, wiśnie mia­ły taki sam smak jak na mojej dział­ce. Na jabł­ka, grusz­ki i śliw­ki jesz­cze było za wcze­śnie. Wresz­cie uda­ło mu się zapro­sić na obiad pole­wa­ny wła­snej robo­ty nalewką.

To dziw­ne, że prze­cież mam wła­sną dział­kę na wsi, a byłem cią­gle zaska­ki­wa­ny wie­lo­ma rze­cza­mi na dział­ce Fred­ka. No cóż uczy­my się przez całe nasze życie.

Leszek Sam­bor­ski



1 KOMENTARZ