Z braku odpowiedniej ilości lekarzy i felczerów austriacki rząd zaczął powoływać i aptekarzy. W ten sposób wzięto go do kompanii sanitarnej. Jego miejscem służby był polowy lazaret. Właśnie tam, w czasie najgorętszego ostrzału zbłąkany szrapnel zranił go w kolano. Mimo tego nie zaniechał opatrywania innych rannych. Nie oczyszczona na czas rana zemściła się długoletnim bólem.

W tym czasie apteka zajmowała cały parter starego domu, który pamiętał jeszcze osiemnastowiecznego protoplastę rodu i założyciela Apteki – Augusta. To był obszerny dom, stojący po wschodniej stronie rynku, z dużym ogrodem i sadem na zapleczu. Ogromna, brukowana sień, do której mógł wjechać konny wóz przecinała budynek na dwie, nierówne części. W ogrodzie hodowano nieprzeliczoną ilość ziół, warzyw i różnych roślin, z których w aptecznym laboratorium Freyowie przyrządzali specyfiki, maście, nalewki poszukiwane przez okolicznych chorych. W sadzie brzęczała odwieczna pasieka ale o ile pan Teodor kochał się w pszczołach i znał się na nich to syn Franciszek nie dawał sobie z nimi rady, męczył się z pasieką i już w po powrocie z wojny w 1918 zaczął przemyśliwać jak się jej pozbyć. W końcu oddał te pradawne roje w dobre ręce pana Worka – pszczelarza z Kalnicy, który jako zapłatę przynosił potem co roku parę wielkich butli świeżego miodu. Opuszczone puste pnie tkwiły między drzewami sadu jak jakieś świątki. Stare, poczerniałe pnie-ule chylące się do ziemi. Pan Franciszek mawiał – a podobnież wiedział to od swojego dziadka – że te szacowne mieszkania pszczół pamiętały jeszcze czasy napoleońskie ale nikt tak naprawdę nie zawracał sobie tym głowy.

Co to zresztą znaczyło skoro cały dom pełny był staroci, rupieci i najróżniejszych bibelotów? U Freyów nikt nigdy niczego nie wyrzucał. Wszystko mogło się kiedyś „przydać”. Oczywiście nigdy się nie „przydawało” i w konsekwencji zalegało strychy, obszerne piwnice, pokoje a nawet wielką stodołę czy jak to się mówiło „boisko”.

Ta rana w nodze pana Teodora odniesiona pod Sadową jątrzyła się jakoś bez końca. Niby raz było lepiej a raz gorzej ale dobrze nie było. Ktoś tam – na kolejnej kuracji pana Teodora w Karlsbadzie powiedział mu, że może to wilgoć starych murów i „złe powietrze” nie pozwala się nodze zagoić. Pan Teodor wrócił do domu i po długich naradach z umierającym ojcem postanowił gruntownie przebudować stary dom. Inna rzecz, że czas już po temu był najwyższy! Stary dom, zbudowany na kształt dworku, z przedpotopową sienią wjazdową i jakimiś nieforemnymi mansardami był jednym wielkim ananchronizmem wymagającym ciągłych reperacji. W tym stanie rzeczy Freyowie zdecydowali się rzucić na wielką inwestycję! Postanowiono wykorzystać istniejące fundamenty wraz w piwnicami, część murów i budować suche i przestronne pomieszczenia apteczne i mieszkalne. Aptekę na czas budowy postanowiono przenieść do wynajętego lokalu po drugiej stronie rynku.

Tak też się stało i pan Franciszek urodził się już w nowych murach, w pięknym, amfiladowym mieszkaniu i tu pierwszy raz odetchnął aptecznym powietrzem.

Nowy dom i „świeższe” powietrze nie pomogło panu Teodorowi. Co prawda żył jeszcze prawie trzydzieści lat ale cały ten czas stara rana spod Sadowej dawała o sobie znać. Zmarł – jak powiedziałem – w 1897 roku i wraz z jego śmiercią nastały czasy Franciszka, który akurat wtedy – świeżo po studiach – praktykował w krakowskiej aptece u pana magistra Wiszniewskiego.

Pan Franciszek ożenił się w parę lat po objęciu aptecznych rządów. W czasie karnawału 1900 poznał na jednym z balów – pannę Wandę Sługocką – córkę dość wziętego, lwowskiego adwokata. Ślub odbył się 9 stycznia 1901 roku.

Właśnie 9 stycznia! Pięćdziesiąt lat wcześniej! Pięćdziesiąt lat!

A tymczasem w aptece urzędnicy opieczętowywali szafy, „fachy” i regały.

Pan Franciszek wszedł do mieszkania i usiadł ciężko na swoim kręconym fotelu. Niby słyszał głosy, niby widział co się dzieje ale tak jakby go to już nie dotyczyło. Syn Karol rozmawiał z urzędnikami, coś tłumaczył, przekonywał ale pan Franciszek nie rozróżniał wyrazów. Jego myśli biegły w przeszłość. Wpadł w jakiś dziwny stan odrętwienia tak charakterystyczny dla chwil po wielkim stresie i wielkim napięciu. Siedział. Żona stała kolo niego trzymając rękę na jego ramieniu. A pan Franciszek trwał nieruchomo.

W nawale kłębiących się myśli miał wrażenie, że całe dotychczasowe życie jawi mu się jak jeden, ogromny obraz. Widział więc siebie jako młodego właściciela Apteki pod św. Jakubem. Czuł podniecenie i radość, że jest na swoim i wreszcie zupełnie niezależny. To prawda – strata ojca była bolesna ale z drugiej strony jego surowość, wręcz tyrania męczyły Franciszka. Nie tylko jego. Prawdę mówiąc – jego matka – Salomea z Moszorowiczów – też odetchnęła. Pan Teodor dał się jej we znaki – oj dał! Z natury przykry we współżyciu – przez swoją bolącą nogę był jeszcze cięższy! Pani Salomea – przepłakała przez męża niejedną noc.

Ślub pana Franciszka Freya z panną Wandą Sługocką odbył się w bazylice archikatedralnej Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Lwowie. Wesele w obszernym domu mecenasa Sługockiego a potem pożegnanie z Lwowem i radosny powrót do Dorniewa z młodą żonką!

W ciągu dziesięciu lat dochowali się pięciorga dzieci. Tak naprawdę to było siedmioro ale dwoje zmarło niedługo po urodzeniu. Szkarlatyna!

Najstarszy Karol – urodzony w 1902 roku ożenił się dość młodo z Romą Dornicką z dorniewskiego dworu. To było w 1923. Zaraz po jego studiach we Lwowie młoda para wyjechala do Szwajcarii gdzie Karol dostał pracę w Bazylei w słynnych zakładach Bayer AG. Tam też urodziły się dzieci – bliźniaczki – Wanda i Magda czyli jak się mówiło Dusia i Musia.

Karolowie wrócili do Polski w 1930. Kontrakt z Bayerem wygasł a firma z uwagi na szalejącą depresję postanowiła go nie odnawiać. Dziewczynki miały już po 6 lat i to właśnie one męczyły dziadzia Frania o kanarka Kubusia, biegały po całej aptece, napełniały dom harmidrem i hałasem. Między sobą mówiły mieszaniną niemieckiego i polskiego a pan Franciszek czyli już teraz dziadzio Franio aż sapał z zachwytu! Babcia Wandzia starała się jakoś to domowe rozprzężenie trzymać w ryzach ale jak to było możliwe skoro dobry dziadzio dawał dziewczynkom czekoladki przed obiadem i na dochodzące z kuchni krzyki babci mówił: „Nic sobie z tego dzidziusiu nie rób – zjedz sobie czekoladkę!”. Bliźniaczki oczywiście zjadały aż im się uszy trzęsły ale obiadu ani ani. Babcia narzekała, zmuszała do jedzenia ale dyscypliny utrzymać się nie dało!

Karolowie wrócili do Dorniewa i chcąc niechcąc syn zaczął pracować u ojca. Trudno było przewidzieć czy taka sytuacja utrzyma się na dłużej. Pan Franciszek to była stara szkoła, miał swoje przyzwyczajenia, metody pracy, stałe zwyczaje. Karol przesiąknięty Zachodem patrzył na te anachronizmy z półuśmiechem. Może z pewnym zniecierpliwieniem. Przy tym wszystkim Karolowie siedzieli jakby na walizkach bowiem tuż przed wypowiedzeniem kontraktu Bayer zapewnił, że jak tylko zmieni się koniunktura dadzą znać i odnowią umowę.

Z jednej strony, była to jakaś obietnica i to było pocieszające ale takie postawienie sprawy powodowało, że żyli w niepewności i na otwieranie własnej apteki nie mogli i nie chcieli się porywać. Karol pomagał więc ojcu, który w końcu coraz bardziej zaczął na nim polegać. No cóż – wiek robił swoje. Dla Romy też się coś znalazło bo całkiem przypadkowo nadarzyła się okazja kupna dobrze prowadzonej drogerii po drugiej stronie rynku.

Dotychczasowy właściciel – Żyd Grossman – zdecydował się wyjechać do syna do Ameryki i sprzedawał sklep. Karol – nie namyślając się długo dobił targu i od tego czasu dwóch Freyów miało na rynku swoje interesy! Roma najpierw siedziała trochę w drogerii ale potem najęła pracownicę bo Dusia i Musia wymagały jednak matczynej ręki. Bliźniaczki były bowiem jak żywe srebro, psociły, wszędzie ich było pełno. Miejscowi Żydzi gładzili brody i uśmiechali się życzliwie ale Roma czuła, że musi wziąć dzieciaki twardszą ręką.

A potem przyszła wojna! Już druga! Też światowa!

Wspomnienia, wspomnienia… Teraz pan Franciszek siedział w drewnianym fotelu, słuchał oddalonych głosów urzędników skarbowych, Karola, Romy i czuł, że to koniec. Koniec długiego życia. Futro z wilków syberyjskich zsunęło się na podłogę, ręce spoczywały nieruchomo na poręczach fotela a dziadzio trwał nieruchomo. Już nie wyglądał na dawnego, pewnego siebie aptekarza. Nie był to już austriacki „Herr Franz Frey – Apoteker”! Dziś, 9 stycznia 1951 roku był tylko zmęczonym starcem, pozbawionym własności, wydziedziczonym, wypędzonym, zruinowanym. Może z tą „ruiną” to jeszcze nie było tak źle ale nie o to przecież chodziło!

Nastały dziwne dni. Straszna ekipa skarbowa wyjechala po paru godzinach ale już następnego dnia – w środę – przyjechała inna i zaczęła długi bo prawie tygodniowy remanent. Tym, że przez cały ten czas apteka nie obsługiwała chorych i potrzebujących ludowa władza jakoś się nie przejmowała.

Upokarzające było także i to, że urzędnicy rozmawiali tylko z Karolem. Z Karolem i Romą, która zawsze stała przy mężu i swoją urodą i wdziękiem była najlepszym katalizatorem groźnego nastroju. Dla władzy pan magister Franciszek Frey jakby nie istniał. Traktowano go jak niedołężnego starca.

Jednym z żelaznych punktów dnia u Freyów był wspólny obiad o 12 w południe. Żeby nie wiedzieć co to nikt się nigdy od niego nie wyłamywał i żeby nie wiedzieć co to obiad nie mógł się spóźnić. Obiad na przykład o 12:30 nie mieścił się nikomu w głowie. To by było jakieś świętokradztwo! Wraz z wybiciem godziny 12 i wraz z rozpoczynającym się i nadawanym przez radio hejnałem z wieży Mariackiej – pan Franciszek zamykał na godzinę swoją aptekę, mył ręce i wkraczał do pokoju jadalnego. Dewizka kołysała się na dużym, aptekarskim brzuchu a pani Wanda wnosiła wazę rosołu, jarzynowej czy pomidorowej.

Czasem, gdy na obiedzie był jakiś gość to pani Freyowa siedziała przy stole a zupę wnosiła Zosia, która pracowała u Freyów od niepamiętnych czasów a w każdym razie jeszcze za życia starego pana Teodora, ojca dziadzia Frania. Zdaje się, że to stara pani Salomea – żona Teodora – przywiozła ją z rodzinnego Pokucia. Zosia została. Nigdy nie wyszła za mąż ale zdarzyło się, że zaszła w ciążę i urodziła nieślubne dziecko. Podobnież ojcem był ogrodnik od Dornickich ale Zosia nigdy się do niczego nie przyznała. Ogrodnik był żonaty! Zosi synek wychowywał się z dziećmi Freyów. Ta demokracja zdumiewała co poniektórych notabli Dorniewa ale Freyowie tacy już byli.