-Masz mieć na niego oko – ciągnął kapitan – słuchaj wszystkiego co mówi, z kim i kiedy przychodzi, co i ile pije. Zawsze go będziesz obsługiwał.   Zrozumiano?!

-Tak.

-To będzie pierwsze zadanie. Potem dostaniesz następne. Siadaj tu.

Witek wreszcie usiadł.

-Tu masz podpisać, że będziesz wykonywał polecenia.

Kapitan wyciągnął jakieś papiery, wyjął kopiowy ołówek, mocno go poślinił i mokry podał Witkowi.

-Przyciskaj mocno, żeby przeszło przez kalkę.

Witek przyciskał.

– No dobrze – mówił nieco już udobruchany tajniak – podpisałeś to wiesz, że teraz pracujesz dla nas… Znaczy dla kraju – poprawił się.

Dopiero wtedy Witek zdobył się na odwagę i zapytał:

-Panie kapitanie, czy mogę o coś zapytać?

-Pytaj.

-U mnie, panie kapitanie, nie za dobrze z pisaniem, to jak mam te raporty pisać?

-Kelnerem jesteś i pisać nie umiesz??? – wrzasnął znowu tajniak.

-No nie, pisać to ja umiem, ale raportów nie. Tyle co robię rachunki dla gości, ale raporty… to nie…

– Nauczysz  się! Za każdym razem przyjdziesz tu do kadr i najpierw wszystko powiesz. Potem napiszesz i podpiszesz. Jasne?

-Tak jest.

-To wracaj do pracy!

Cała ta rozmowa przypominała mu się teraz bardzo wyraźnie i myśląc o niej czuł się jak mysz w pułapce.

Z Alei skręcił w prawo w Marszałkowską. Po lewej stronie widział światła wielkiej budowy Pałacu Kultury. Wszystko było rozkopane i na tym księżycowym terenie widać było nikłe światła wiszące nad barakami biur. Słychać było warczenie jakichś maszyn, wielki dźwig poruszał się wolno jak monstrualny żuraw, który zbudzony, przeciąga się w ciemnościach nocy. Praca szła całą dobę.

W tej dziwnej, prawie surrealistycznej scenerii miasta i wobec nieoczekiwanego spotkania z diabłem, poczuł się przeogromnie zmęczony i słaby.

-To był prawdziwy diabeł – myślał z wysiłkiem.

Tak właśnie wyobrażał sobie diabła. Raport! Podpisz! Więzienie! Wszystko to łomotało mu w głowie tak jakby wielkie maszyny z mijanego placu budowy pracowały w jego głowie!

Na rogu Świętokrzyskiej wsiadł do tramwaju. Jechał z powrotem w kierunku Alei, potem przez Poniatowskiego na Pragę.

Elza czekała na niego z kolacją.

Jego pierwszą myślą było żeby nic jej nie mówić, ale Elza natychmiast zobaczyła jego zmęczoną, wystraszoną twarz, właśnie taką jaką miał wtedy gdy wychodził z więzienia.

Otoczyła go ramieniem.

-Wiciu – powiedziała ciepło – nie martw się. Nic nie jest ważne. Będziemy mieli dzidziusia! Tylko to się liczy. Wszystko inne minie jakby go w ogóle nie było.

I pod wpływem tych ciepłych słów, Witek zmalał, skurczył się i nagle  napięcie całego, upiornego dnia i koszmaru minionych sześciu lat, a może nawet całego życia, wyszło z jego ust ogromnym szlochem.

To był pradawny szloch, który tkwił w nim chyba jeszcze od dzieciństwa. Od czasów, gdy w rodzinnej, lubelskiej wsi matka głaskała go czasem po głowie. Tak mu wtedy było dobrze! Tak dobrze. Ta rzadka, matczyna pieszczota była jego najcenniejszym wspomnieniem, do którego niemal nigdy nie wracał, ale wiedział, że jest. Była jego najskrytszym skarbem, pozwalającym zaszyć się w sobie i wytrzymać wszelkie przeciwności.

Potem położył się koło matki ich nienarodzonego jeszcze dziecka i zasnął.

Na drugi dzień poszli do mamy Anieli, która wysłuchała go ze spokojną twarzą i powiedziała:

-Ja tego Sobola znam. Możesz się nie martwić. Załatwimy tych kundli z bezpieki na perłowo. Nic się Wiciunia nie martw. Idź do roboty. Przygotujemy im raporcik jak ta lala. Mucha nie siada.

-Siadajcie teraz do śniadania. Zrobię wam takiej kaszaneczki, że ją z palcami zjecie!

A Elza uśmiechnęła się i pogładziła swój brzuch.

Na te słowa, na widok zaokrąglonego brzucha Elzy i czując wspaniały zapach smażonej kaszanki, Witek wyprostował się jak po zdjęciu ciężkiego brzemienia i pomyślał z ulgą:

-Po co ja się martwiłem? Jak mam koło siebie takie kobiety, to co mi ktoś może  zrobić?

Maj to był miesiąc Wyścigu Pokoju. Jak Polska długa i szeroka, wszyscy żyli wynikami. W czasie finiszów na etapach, życie zamierało, a potem – gdy któryś z naszych chłopaków wygrywał – entuzjazm wybuchał tak żywiołowo, że na ulicach, w tramwajach i autobusach, ludzie rzucali się sobie w objęcia.

Tak też było tego pamiętnego, 1953-go roku. Wszyscy kibicowali Królakowi, klęli Gustava Schura i szykowali się na wielki finał w Warszawie. Pogoda była wspaniała, a w sercach Elzy i Witka wreszcie spokój.

Mama Aniela dotrzymała słowa. Sobol został uprzedzony i pierwszy raporcik przygotowany do złożenia w kadrach. Umyślnie napisany był dość chropowato, ale Sobol to nie był amator. Znał system, umiał się w nim poruszać, a przede wszystkim miał nieopisane możliwości.

Od jakiegoś czasu czuł na swoim karku piekielny oddech bezpieki, ale był przygotowany na różne ewentualności. Wiadomość o Witku i jego zadaniu przyjął prawie ze śmiechem, ale też i z wdzięcznością.

-Teraz wiem kogo się bać – rechotał.

Na drugi dzień podał Anieli kartkę z raportem, z zaznaczeniem, że jeśli Witek będzie coś potrzebował, to on będzie się umiał odwdzięczyć.

Na pytania Witka, co to za człowiek i dlaczego ub chce go usadzić, mama Aniela odpowiadała oszczędnie.

-Dobry gość – mówiła – znałam go jeszcze za Niemca i handlowaliśmy razem. Teraz to on wielkie panisko, ale ludzi szanuje, Ruskich nienawidzi, a wszystkie ubeckie psy to by w Wiśle utopił. Dobry człowiek – powtórzyła.

I dodała jeszcze jedno, co jakoś nieoczekiwanie zapadło Witkowi w serce.

-Ty Wiciunia to się lepiej zwolnij z tej posady i przyjdź pracować ze mną. Na co ci takie historie, jak ta z tajniakiem? Na co? Elza będzie rodzić. Nie ma czasu na ryzyka. Ja już nie wszystkiemu daje rady. Zająłbyś się „Anielką” a ja będę sobie handlować na bazarze – co ty na to?

-Ale czy mnie teraz puszczą?

-Spokojna twoja głowa! Po tych sobolowych raportach to musowo cię wykopią. Zobaczysz!

W połowie miesiąca wszyscy świętowali, bo ostatni etap z Łodzi do Warszawy wygrał Królak! Co prawda cały wyścig ukończyło tylko trzydziestu paru kolarzy, ale jak wszyscy podkreślali, ciężko było!

Niedługo potem, w słoneczną niedzielę pojechali z Elzą na spacer na Starówkę  i obowiązkową przejażdżkę ruchomymi schodami.

Jechali tramwajem. Nagle w okolicach Mariensztatu ni stąd ni zowąd Witek przypomniał sobie „zamierzchłe”, przedwojenne lata, gdy razem z Zochną świętowali tu w okolicy, u „Krzemińskiego”, jego zdany, kelnerski egzamin. Uświadomił sobie, że to było raptem 14 lat wcześniej, ale jednocześnie dzieliła go od tamtego czasu cała epoka.

Teraz jechał z inną kobietą, która spodziewa się jego dziecka. Miał za sobą wojnę, więzienia, stratę żony i nienarodzonego dziecka i tyle innych dramatów… Nareszcie wychodził „na prostą”. Czuł to. Właśnie wtedy, jadąc nową trasą WZ poczuł  to bardzo wyraźnie.

Odbudowa Starówki nie była jeszcze ze wszystkim skończona, ale murarze podejmowali zobowiązania o przekraczaniu planów i trzeba powiedzieć, że lwia część roboty była już zrobiona.

Ruchome schody były atrakcją dla wszystkich i wielu jeździło nimi w dół i w górę po paręnaście razy.

Spacerowali oboje po uliczkach, po rynku, oglądali nowy front winiarni Fukiera, dawny dom na Piwnej 41, gdzie kiedyś mieszkał  i Witek przypominał sobie swoje powstaniowe drogi i gdzie został ranny. Inna rzecz, że wszystko było teraz inne, wysprzątane i nieskończenie dalekie od tamtych sierpniowych dni huku bomb, walących się domów i wszechobecnego dymu.

Zwierzył się też Elzie ze swoich myśli o przejściu do pracy w „Anielce”, ale Elza, chociaż zgodziła się z pomysłem, to miała widać coś innego w głowie, bo powiedziała:

-Praca z mamą to dobry pomysł, ale ważniejsze jest żebyśmy mieli własny dom, bo jak się dziecko urodzi, to nie będziemy tak mogli u mamy  na kupie siedzieć.

A mówiła to, bo jak do tej pory mieszkali u mamy Anieli w wielkim, przedwojennym mieszkaniu, gdzie trzy pokoje były w amfiladzie, wielka miednica za parawanem robiła za łazienkę, kaflowe piece wymagały noszenia z piwnicy wiader z węglem, a o jakiejś prywatności nie było mowy. Co prawda mieszkali  w ostatnim pokoju, ale to też było krępujące, bo trzeba było przejść przez pokój mamy. Gdy późną nocą Witek wracał z „Kameralnej”, starał się iść po cichu, ale stare podłogi skrzypiały potwornie, a mama podnosiła głowę i pytała:

-Czy to ty Wiciunia?

Czasem też zastawał ją siedzącą na nocniku i chciał szybko minąć, ale i tak, mama głośno siusiając, pytała czy to on.

Dla Elzy ważna był kuchnia, ale nie czuła się w niej panią, bo jakby nie było to była mamy kuchnia, mamy garnki i mamy rytm pracy.

-O, jakby to było dobrze – wzdychała nieraz – żebyśmy mieli własny dom!

Była jeszcze inna, też ważna sprawa, a mianowicie ślub. Jak do tej pory nic się o tym nie mówiło, ale Witek czuł że trzeba to będzie jakoś rozwiązać. Nie to, żeby to było dla niego specjalnie ważne, ale wraz z ciążą pojawiała się kwestia ważności ich związku.

Rzecz  był delikatna, bo Witek nie chciał urazić mamy Anieli, ale czuł, że trzeba to będzie załatwić. Był prawie pewien, że Dusia już nie wróci, ale różnie mogło być. Cały czas zdarzało się, że ktoś wracał zza granicy, że odnajdował się po wojennych zawieruchach i nagle pojawiał w drzwiach rodzinnego domu. Co innego więc znaczyło być prawie pewnym, a co innego mieć stuprocentową pewność.

Witek dobrze wiedział, że mama Aniela nigdy nie pogodziła się ze stratą córki i nienarodzonego wnuczęcia. Zaakceptowała Elzę, bo co miała robić, ale ślub mógłby być dla niej nie do przełknięcia.

Na razie dobrze przewidziała losy Witka, bo po złożeniu paru raportów o Sobolu, został wyrzucony z pracy na tak zwany zbity pysk. Kadrowa była oschła, surowa i w ani jednym calu nie podobna do tej, która przyjmowała go do pracy, robiła kuszące oczko i mówiła, że będą z Witkiem w „bardzo bliskim kontakcie”.

Tajniaka-diabła, nie widział już nigdy, ale było oczywiste, że to co od niej  usłyszał pochodziło wprost od niego.

-Musimy się pożegnać – oświadczyła stojącemu przed jej biurkiem Witkowi. Jest pan dobrym pracownikiem, ale zaistniały pewne okoliczności i nie będziemy już pana potrzebować.

I na koniec, chociaż nie podała mu ręki, to popatrzyła na niego trochę dłużej, jakby przepraszająco.

-Sobol musiał trochę przesadzić z tymi raportami – pomyślał Witek i uśmiechnął się w duchu, ale zrobił smutną minę i zapytał dla porządku, czy pani personalna może mu coś poradzić, bo on musi pracować, bo jego kobieta spodziewa się dziecka i tak dalej.

-Panie Witku – kadrowa jakby trochę zmiękła – ja bym na pana miejscu nie szukała już pracy w gastronomii… Może raczej coś na budowie… Czy ja zresztą wiem? Niech pan uważa na siebie – dodała trochę ciszej.

Zabrał więc swoje manatki i pojechał do domu. Głowę miał pełną myśli o Elzie, oczekiwanym dziecku, konieczności znalezienia własnego domu i tylu innych sprawach. Czuł bowiem, że stoi na progu czegoś nowego co jeszcze nie ma wyraźnego kształtu, ale niesie wielką nadzieję, a wraz z nią jeszcze większą zmianę.

Bliźniaki urodziły się pod koniec września. Chłopak i dziewczynka. Elza rodziła w domu, a poród przyjmowała pani Baziakowa, przez ręce której przeszła chyba połowa wszystkich niemowlaków na Pradze.

Kobieta miała denerwujący zwyczaj nie wypuszczania papierosa z ust, ale na szczęście, w decydujących chwilach przyjmowania nowo narodzonego, kładła palący się papieros na krawędzi stołu. W ferworze działania zapominała potem o nim i brała świeży, a stary kopcił się wolno nadpalając stół, serwetę czy obrus.

Asystująca przy porodzie mama Aniela zwracała Baziakowej uwagę, ale baba miała swoją teorię na temat palenia.

-Co się pani Aniela czepiasz – dymek hartuje! Niech się dzieciaczki przyzwyczajają!

Koło łóżka leżał już stosik bawełnianych pieluch, jakieś mydełka i pudry z amerykańskich paczek, którymi handlowano na bazarze. W przedpokoju czekał,  kupiony przez mamę Anielę, wielki, kremowy wózek z budą.

Urodzenie bliźniaków zbiegło się w czasie z aresztowaniem prymasa Wyszyńskiego i procesem biskupa Kaczmarka, ale wobec tych sensacji Witek pozostawał dość obojętny, bo wszystko co teraz robił skierowane było na powiększoną rodzinę. Niemniej, widać było wyraźnie, że władza mocniej zaciska żelazny uścisk i nikt nie może czuć się bezpiecznie.   Nawet jedno słowo krytyki, mogło spowodować  nieobliczalne konsekwencje.

Od czasu wyrzucenia z pracy w „Kameralnej” pracował w „Anielce” i na razie był zadowolony, ale wielkich pieniędzy z tego nie było. Praska jadłodajnia to nie była restauracja w hotelu Europejskim, czy bar w „Bachusie”! Tutaj nikt nikomu napiwków nie dawał, a jeśli już to groszowe. Inna klientela, inne pieniądze. Poza tym, po styczniowej, makabrycznej podwyżce cen nikt już nie miał pieniędzy i plotki o ponownej wymianie szerzyły się jak pożar.